02.12.2025, 23:23 ✶
— W Egipcie… jest taka klątwa, która sprawia, że trafiasz do świata po drugiej stronie tafli. To bardzo niebezpieczne miejsce i jeśli do świtu nie znajdziesz powrotnej drogi… — umilkł, zdjęty nagłą grozą, ponownym zagrożeniem tak dla siebie, jak i swojej podopiecznej. Wysiłkiem woli opanował jednak strach, rozpaczliwie próbując dopuścić do głosu rozsądek i wiedzę gromadzoną w tych szarych komórkach przez całe życie.
Plakat eksponujący selwynowski profil nie pomagał.
— Być może… być może to nie jest ta sama klątwa. — W lustrzanym świecie czarnego lądu nie można było spotkać tych samych ludzi. Były cienie zaginionych, były cienie mocy ifrytów i dżinów, byli inaczej. Stojąc jednak pod tym plakatem bardzo dosadnie musiał się zmierzyć z myślą, że tu było gorzej. Zdecydowanie gorzej, a słowa Mony bardzo nie pomagały.
Spełnił swoje marzenie…
— Nie wiem — odpowiedział całkiem uczciwie, tonem bezradności, zbyt dosadnie odsłaniającej jego obecny stan ducha. A potem dołączył do nich lokalny mieszkaniec, którego stan bardzo sprawnie weryfikował przypuszczenia Mony. Anthony zdecydowanie wątpił, aby skoczny i rezolutny Hannibal marzył o wózku…
Dyrektorze?
Przypatrywał się całej scenie z mieszaniną grozy i rozbawienia zahaczającego bardziej o groteskę odruchu, aniżeli realną wesołość.
— Cospleyer? — parsknął z niedowierzaniem — Chyba nie mylisz mnie z tym francuskim… — spojrzał na Monę i stłumił falę zazdrości, której i tak nie potrafił ani właściwie nazwać ani poprawnie zaadresować. Jeszcze nie. — Hannibalu, nawet jeśli w tym świecie Jonathan nie podjął pracy w ministerstwie, z pewnością nie utraciliśmy ze sobą kontaktu i musisz mnie znać osobiście. — Jego ton zdawał się być obecnie bardzo spokojny, uporządkowany, jego zgarbione plecy wyprostowały się, po czym opadły swobodnie. Wszedł w rolę. — We Francji co jakiś czas mylono mnie z hrabią de la Rochefoucauldem, ale ja Anthony Shafiq, mam się całkiem dobrze bez względu na porę dnia. — To nie była prawda. Obecnie miał się bardzo źle bez względu na to jaka pora dnia była. I chociaż Jonathan w ich rzeczywistości podjął pracę, to nie dawał ich przyjaźni wiele dni w katordze i przymusie codziennej obecności. Odwrócił głową w stronę plakatu. — Czy mógłbym dostać jeden plakat? — Zapytał gnany dziwną potrzebą. Niestety nie mógł za niego zapłacić, w tym stroju nie miał kieszeni w monetami, a nie chciałby nachodzić swojego lustrzanego odbicia — Powieszę go w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, mamy tam całkiem niezłą kolekcję plakatów… — To znaczy mieli. Mieli w swoim rodzimym świecie. W prawdziwym świecie. Mieli bo Jonathan kochał teatr, a oprawione plakaty wyglądały lepiej niż niekończące się regały z dokumentami.
Westchnął.
— Jeśli istnieje możliwość zabrania stąd czegokolwiek. Chciałbym to mieć — przyznał, a w jego głosie pobrzmiewała prośba, miękka jak wspomnienie pierwszych promieni słońca po bezsennej w żałości nocy.
Plakat eksponujący selwynowski profil nie pomagał.
— Być może… być może to nie jest ta sama klątwa. — W lustrzanym świecie czarnego lądu nie można było spotkać tych samych ludzi. Były cienie zaginionych, były cienie mocy ifrytów i dżinów, byli inaczej. Stojąc jednak pod tym plakatem bardzo dosadnie musiał się zmierzyć z myślą, że tu było gorzej. Zdecydowanie gorzej, a słowa Mony bardzo nie pomagały.
Spełnił swoje marzenie…
— Nie wiem — odpowiedział całkiem uczciwie, tonem bezradności, zbyt dosadnie odsłaniającej jego obecny stan ducha. A potem dołączył do nich lokalny mieszkaniec, którego stan bardzo sprawnie weryfikował przypuszczenia Mony. Anthony zdecydowanie wątpił, aby skoczny i rezolutny Hannibal marzył o wózku…
Dyrektorze?
Przypatrywał się całej scenie z mieszaniną grozy i rozbawienia zahaczającego bardziej o groteskę odruchu, aniżeli realną wesołość.
— Cospleyer? — parsknął z niedowierzaniem — Chyba nie mylisz mnie z tym francuskim… — spojrzał na Monę i stłumił falę zazdrości, której i tak nie potrafił ani właściwie nazwać ani poprawnie zaadresować. Jeszcze nie. — Hannibalu, nawet jeśli w tym świecie Jonathan nie podjął pracy w ministerstwie, z pewnością nie utraciliśmy ze sobą kontaktu i musisz mnie znać osobiście. — Jego ton zdawał się być obecnie bardzo spokojny, uporządkowany, jego zgarbione plecy wyprostowały się, po czym opadły swobodnie. Wszedł w rolę. — We Francji co jakiś czas mylono mnie z hrabią de la Rochefoucauldem, ale ja Anthony Shafiq, mam się całkiem dobrze bez względu na porę dnia. — To nie była prawda. Obecnie miał się bardzo źle bez względu na to jaka pora dnia była. I chociaż Jonathan w ich rzeczywistości podjął pracę, to nie dawał ich przyjaźni wiele dni w katordze i przymusie codziennej obecności. Odwrócił głową w stronę plakatu. — Czy mógłbym dostać jeden plakat? — Zapytał gnany dziwną potrzebą. Niestety nie mógł za niego zapłacić, w tym stroju nie miał kieszeni w monetami, a nie chciałby nachodzić swojego lustrzanego odbicia — Powieszę go w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, mamy tam całkiem niezłą kolekcję plakatów… — To znaczy mieli. Mieli w swoim rodzimym świecie. W prawdziwym świecie. Mieli bo Jonathan kochał teatr, a oprawione plakaty wyglądały lepiej niż niekończące się regały z dokumentami.
Westchnął.
— Jeśli istnieje możliwość zabrania stąd czegokolwiek. Chciałbym to mieć — przyznał, a w jego głosie pobrzmiewała prośba, miękka jak wspomnienie pierwszych promieni słońca po bezsennej w żałości nocy.