02.12.2025, 23:33 ✶
Czasem bywało tak, że spojrzenia po prostu się krzyżowały, a wszechświat na moment zatrzymywał oddech. Czasem bywało tak, że najpierw popatrzyło jedno, a potem z dali, to drugie w końcu znajdowało punkt, który był poszukiwany.
Popiół zaś padał ubiegłej nocy na wszystkich po równo, nie patrząc czy to głowa brodacza czy biedaka. Kobiety czy mężczyzny. Czystokrwistego arystokraty, czy mugolackiego żebraka.
Był poranek, 10 września. Jeszcze nie wiedział, że rezydencja Ministry nie doznała żadnej szkody. Pamiętał tylko przedszkole Płomyczek, dziwnie opustoszałe nocą, na którego barwnych ścianach tańczyłī płomienie w obrazoburczym, atawistycznym tańcu życia i śmierci.
Przełknął ślinę.
Podniósł się mocno zaciskając dłoń na oparciu poprzedzającej go ławki.
Wolał modlić się w prywatnej kaplicy, jeśli już w ogóle jego myśli miały uciekać do bogów, którzy ponoć mieli realny wpływ na to, co działo się obecnie między śmiertelnymi. Teraz jednak mierzył się z realiami kowenu i nie zamierzał utyskiwać z tego powodu. Nawet jeśli zatrzymała się w połowie drogi. Nawet jeśli zdawała się zawstydzona tym, że go widzi.
Słabowity uśmiech wypłynął na twarz postarzaną o dekadę wydarzeniami minionych dni. Ruszył ku niej, gdy zawroty głowy ustały, a nogi poddały się mierze kroków narzuconych umysłem.
Żyła.
Czy liczyło się cokolwiek innego?
Kiedy obejmował ją ostatnio, tak szumnie opowiadając o dołączeniu do wojny chwilę wcześniej, oboje nie byli świadomi jak szybko los zweryfikuje ich deklaracje. Wojna dogoniła rzeczywistość, a wyrwa w świecie gdzieś na drugim końcu wyspy stała się problemem wszystkich obywateli.
Czy jej włosy pachniały popiołem?
Zamyślił się, a przecież to i tak nie miało znaczenia. Ani zapach. Ani kolor. Ani biel. Ani szarości. Ani czerń węgli ludzkich ciał zabieranych jedno po drugim z ulic spłukanych łzami.
— Jadłaś coś? — wymamrotał w jej głowę, otulając ją ciasno ramionami, bezmyślnie wobec ludzi, którzy ich otaczali, ale tylko ludzie pozbawieni serca nie zrozumieliby istoty ponownego po spalonej nocy spotkania. Palce dociskały dziewczęcą głowę do piersi, a Lorraine w swej istocie zdała mu się jeszcze drobniejsza. Eteryczna. Jego zjawa z Wyspy Umarłych. Serce waliło mu prędko, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak napięty był podczas nabożeństwa czekając na ten moment. Dopiero łzy płynące mu po policzku dały wyraz uldze, uświadamiając mu jak wiele emocji wciąż i wciąż kłębiło się w nim szukając momentów takich jak ten.
Popiół zaś padał ubiegłej nocy na wszystkich po równo, nie patrząc czy to głowa brodacza czy biedaka. Kobiety czy mężczyzny. Czystokrwistego arystokraty, czy mugolackiego żebraka.
Był poranek, 10 września. Jeszcze nie wiedział, że rezydencja Ministry nie doznała żadnej szkody. Pamiętał tylko przedszkole Płomyczek, dziwnie opustoszałe nocą, na którego barwnych ścianach tańczyłī płomienie w obrazoburczym, atawistycznym tańcu życia i śmierci.
Przełknął ślinę.
Podniósł się mocno zaciskając dłoń na oparciu poprzedzającej go ławki.
Wolał modlić się w prywatnej kaplicy, jeśli już w ogóle jego myśli miały uciekać do bogów, którzy ponoć mieli realny wpływ na to, co działo się obecnie między śmiertelnymi. Teraz jednak mierzył się z realiami kowenu i nie zamierzał utyskiwać z tego powodu. Nawet jeśli zatrzymała się w połowie drogi. Nawet jeśli zdawała się zawstydzona tym, że go widzi.
Słabowity uśmiech wypłynął na twarz postarzaną o dekadę wydarzeniami minionych dni. Ruszył ku niej, gdy zawroty głowy ustały, a nogi poddały się mierze kroków narzuconych umysłem.
Żyła.
Czy liczyło się cokolwiek innego?
Kiedy obejmował ją ostatnio, tak szumnie opowiadając o dołączeniu do wojny chwilę wcześniej, oboje nie byli świadomi jak szybko los zweryfikuje ich deklaracje. Wojna dogoniła rzeczywistość, a wyrwa w świecie gdzieś na drugim końcu wyspy stała się problemem wszystkich obywateli.
Czy jej włosy pachniały popiołem?
Zamyślił się, a przecież to i tak nie miało znaczenia. Ani zapach. Ani kolor. Ani biel. Ani szarości. Ani czerń węgli ludzkich ciał zabieranych jedno po drugim z ulic spłukanych łzami.
— Jadłaś coś? — wymamrotał w jej głowę, otulając ją ciasno ramionami, bezmyślnie wobec ludzi, którzy ich otaczali, ale tylko ludzie pozbawieni serca nie zrozumieliby istoty ponownego po spalonej nocy spotkania. Palce dociskały dziewczęcą głowę do piersi, a Lorraine w swej istocie zdała mu się jeszcze drobniejsza. Eteryczna. Jego zjawa z Wyspy Umarłych. Serce waliło mu prędko, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak napięty był podczas nabożeństwa czekając na ten moment. Dopiero łzy płynące mu po policzku dały wyraz uldze, uświadamiając mu jak wiele emocji wciąż i wciąż kłębiło się w nim szukając momentów takich jak ten.