02.12.2025, 23:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2025, 10:45 przez Anthony Shafiq.)
Nie musiał widzieć kolorów, żeby widzieć lśniącą emocjami twarz Jonathana. Jego uśmiechy znał na pamięć, zajęty studiowaniem tej twarzy przez wiele lat. Subtelności mimiki potrafiły zachwycić, zwłaszcza w cichości, w intymności sypialni, w której było miejsce na to aby nie zakładać masek. Nawet tej ostatniej. Ostatecznej. Zwłaszcza jej.
Słowa, które dobierał Jonathan zdawały się jak pięknie nici z których tkany był gobelin. Miękki, puszysty, estetycznie wpisujący się w gusta nawet in potentia, nawet przed własnym powstaniem.
Zacisnął palce mocniej i przyciągnął jego głowę, miękką szarością wpisującą się w srebrne poblaski z aury wodząc po jego twarzy w duchocie emocji i myśli oplatających ich ciaśniej niż pojedyncza czerwona nić. Kochać i być kochanym. Czy nie to stanowiło sens ludzkiego istnienia? Czy nie o miłości była każda opowieść tego świata? Każda książka, każdy wiersz, poemat, pieśń…?
– Zmień to. Chcę być Twoim płótnem. – wyszeptał w słodkie wargi, upite od pierwszych minut świadomości po przebudzeniu. Dusza śpiewająca tęsknotą musiała się nauczyć, ciało drżące pragnieniem musiało nawyknąć. Krótkie chwile zapomnienia wpisać się musiały w rutynę.
Zakwitnij…
Chciał, żeby wróżba się spełniła, wiedział, że wróżba się spełni. Dotyczyła pracy, to fakt, mogła mówić o fundacji, o społeczności, o miłości bliźniego, która prowadziła do wzrostu. Mogła. Ale Anthony widział teraz tylko swoją miłość, ukochanego topiącego się w jego dłoniach, czuł tylko wargi i gorąc rozgrzanej słońcem ziemi. To wszystko dla Ciebie miły. Złote jabłko złożone w dłonie najpiękniejszego - myślał sobie, nie do końca prawdziwie, zdając się zapominać o całkiem wewnętrznej potrzebie samorealizacji, pchającej go do tych działań. Teraz jednak wewnętrzna potrzeba pchała go gdzie indziej, w tym dziwnym barwnym poranku, jakby był ich pierwszym, jakby mógł być ostatnim.
– Nie zamykaj oczu. Chcę… chcę, żebyś mnie widział, żebyś nas widział – poprosił między pocałunkami, choć nie wiedział, czy z tak bliska Jonathan będzie w stanie zobaczyć cokolwiek. Bardzo unikał opowieści aurowidza z alkowy, teraz zaś był jej bardziej niż ciekawy, teraz gdy nie musiał w końcu być zazdrosny, gdy mógł upajać się wrażeniem, jakby Jonathan zatopił się w nim w sposób ostateczny i nieodwracalny, otoczony przestrzenią energetyczną, której nikt w normalnych okolicznościach nie mógł doświadczyć.
Jestem Twój - snuł nieme koronki, wypierając burzę ze swojego serca, chciał wiedzieć, chciał usłyszeć co zmieni się się, czy zmieni się cokolwiek co Jonathan zdoła zobaczyć. Usłyszeć. Poczuć.
Słowa, które dobierał Jonathan zdawały się jak pięknie nici z których tkany był gobelin. Miękki, puszysty, estetycznie wpisujący się w gusta nawet in potentia, nawet przed własnym powstaniem.
Zacisnął palce mocniej i przyciągnął jego głowę, miękką szarością wpisującą się w srebrne poblaski z aury wodząc po jego twarzy w duchocie emocji i myśli oplatających ich ciaśniej niż pojedyncza czerwona nić. Kochać i być kochanym. Czy nie to stanowiło sens ludzkiego istnienia? Czy nie o miłości była każda opowieść tego świata? Każda książka, każdy wiersz, poemat, pieśń…?
– Zmień to. Chcę być Twoim płótnem. – wyszeptał w słodkie wargi, upite od pierwszych minut świadomości po przebudzeniu. Dusza śpiewająca tęsknotą musiała się nauczyć, ciało drżące pragnieniem musiało nawyknąć. Krótkie chwile zapomnienia wpisać się musiały w rutynę.
Zakwitnij…
Chciał, żeby wróżba się spełniła, wiedział, że wróżba się spełni. Dotyczyła pracy, to fakt, mogła mówić o fundacji, o społeczności, o miłości bliźniego, która prowadziła do wzrostu. Mogła. Ale Anthony widział teraz tylko swoją miłość, ukochanego topiącego się w jego dłoniach, czuł tylko wargi i gorąc rozgrzanej słońcem ziemi. To wszystko dla Ciebie miły. Złote jabłko złożone w dłonie najpiękniejszego - myślał sobie, nie do końca prawdziwie, zdając się zapominać o całkiem wewnętrznej potrzebie samorealizacji, pchającej go do tych działań. Teraz jednak wewnętrzna potrzeba pchała go gdzie indziej, w tym dziwnym barwnym poranku, jakby był ich pierwszym, jakby mógł być ostatnim.
– Nie zamykaj oczu. Chcę… chcę, żebyś mnie widział, żebyś nas widział – poprosił między pocałunkami, choć nie wiedział, czy z tak bliska Jonathan będzie w stanie zobaczyć cokolwiek. Bardzo unikał opowieści aurowidza z alkowy, teraz zaś był jej bardziej niż ciekawy, teraz gdy nie musiał w końcu być zazdrosny, gdy mógł upajać się wrażeniem, jakby Jonathan zatopił się w nim w sposób ostateczny i nieodwracalny, otoczony przestrzenią energetyczną, której nikt w normalnych okolicznościach nie mógł doświadczyć.
Jestem Twój - snuł nieme koronki, wypierając burzę ze swojego serca, chciał wiedzieć, chciał usłyszeć co zmieni się się, czy zmieni się cokolwiek co Jonathan zdoła zobaczyć. Usłyszeć. Poczuć.