Nie było mowy o tym, żeby dnia wczorajszego Sauriel był zdolny do czegoś więcej niż proste czynności... nie-życiowe. Już go ktoś oskarżył o bycie komikiem. Nie potrafił sobie teraz przypomnieć, kto to było. Tak czy siak - ten dzień i tak był dniem, w którym można było trzymać nogi na stołku. Niby Cruciastus taki cool i w ogóle, ale skromnym zdaniem czarnowłosego nic nie działało tak dobrze na pobudzenie wyobraźni człowieka niż widok jego własnych paznokci, kiedy są wyrywane. Zawsze był gotów służyć pod tym względem. Ludzie, jak uważał, wtedy szybciej pękali. Ten tutaj jednak albo nic nie wiedział, albo miał narzucony jakiś czar, albo... chuj go wie. Super twarde wole tego świata też się zdarzały. Fakt pozostawał jeden - mieli jeden stracony dzień na próbach przekonania Greybacka, że warto do nich mówić. A on ich opluł. Na tyle, na ile mógł zmasakrowany Greyback, któremu już chyba nawet ciężko było mówić.
- Robercik.- Odpowiedział przywitaniem na przywitanie. - Mówiłem ci, że te całe palenie zwłok jest passe. - Coś mi mówi, a nie wiem co, że Robert wolał zdecydowanie wydanie Sauriela w jego "zamknąłem-mordę" wersji, czyli w momentach, kiedy go coś tak absorbowało, że skupiał się na sobie (i swoim celu, mniam), albo czuł się na tyle chujowo, że nie miał siły pierdolić. Niestety dla Roberta dzisiaj już czarnowłosy czuł się bardzo dobrze. Pojawił się trzymając wianek w ręku, śliczny, z żółtych róż, które zrobiła jego matka. Przy swoich słowach jeszcze poruszył tymi rękoma niczym osoba, która będzie zapowiadać scenę z aktorami. Poniekąd. Czarnowłosego kiedyś przerażało, co potrafiła jego chora głowa wymyślić, ale teraz to zaczął się niemal wstydzić, że wszystkie te popierdolone morderstwa potrafiły go zszokować, bo on na to nie wpadł. Nie mów artyście, co jego muzą, czy coś..? Czarnowłosy spojrzał na ten wianek w ręku, robiąc kilka kroków przez pokój. Zupełnie oswojony z tym, że Robert coś układa. Przestawia. Poprawia. On to wiecznie robił, a Sauriel już dawno przestał pytać.
- Powiedziałbym ci, że nadzieja umiera ostatnia, ale ostatni umiera jednak czarny humor. - Poprawił listeczek na cierniowej koronie. - A zapłacisz za pomoc? - To było pytanie retoryczne, tak jak Robert nie spodziewał się odmowy, tak Sauriel nie spodziewał się potwierdzenia. I tak powstało uniwersum, gdzie sprzeczności się ze sobą łączyły. Czy coś tam. Położył sobie wianek na głowie (oczywiście na jej czubku, bo nie śpieszno mu było do wbijających się w skronie cierni) i podszedł do Roberta, żeby poprzestawiać rzeczy. - O Panie, kto to panu tu tak spierdoolił... - Sauriel nie był pedantem, ale akurat porządek do pewnego stopnia był na nim wymuszony i siłą rzeczy go przyswoił. No a ta biblioteczka to był naprawdę istny dramat.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.