26.02.2023, 21:53 ✶
Kolejny krzyk przerwał ciszę – już nie dziewczęcy i nie po prostu przerażony, lecz przesycony wręcz niewyobrażalnym cierpieniem. Cruciatus nie bez powodu zaliczany był do grona Zaklęć Niewybaczalnych – to, jak wpływał na ludzkie ciało, a w dalszej perspektywie również i na psychikę…
”Normalni” ludzie uważali, że skazywanie innych na takie cierpienia było czymś, co nie powinno mieć miejsca, a najlepiej, żeby i to zaklęcie nigdy najzwyczajniej w świecie nie powstało. Tyle że nie wszyscy – oczywiście – podzielali takie poglądy. I z całą pewnością Leta nie zaliczała się do tych, co miała jakiekolwiek skrupuły, zresztą…
… czy to naprawdę takie ważne, w jaki sposób zostało ocalone jej życie?
Brzęk noża upadającego na posadzkę, wijące się na niej ciało, obok ostrza. Sama Leta również upadła, na kolana, z trudem łapiąc coraz to kolejne oddechy. Tak, nie należała do kruchych dziewczynek, ale to był naprawdę długi, długi bieg. Dłuższy iż powinien był.
Obróciła się, wpatrując się szeroko otwartymi oczyma w znajomego-nieznajomego mężczyznę…
… pokój zaczął się rozmywać, zanikać.
Wszystko pochłonęła kojąca czerń.
Byli dobre parę lat starsi, Hogwart już dawno odszedł w niepamięć. A raczej szkolne problemy – nie tak łatwo w końcu wypierało się z pamięci te lata, zwłaszcza gdy nie upłynęło jeszcze bardzo wiele wody w rzece. Lato, cmentarz, żałobne stroje. Jeszcze nie tak dawno – wydawałoby się – widzieli się, gdy wychodziła za mąż; małżeństwo jakich wiele. Aranżowane, pomiędzy bogatymi rodami, choć też nie miała raczej najgorszego zdania o swoim partnerze, skoro nie sączyła do ucha Cala hektolitrów jadu.
Ewentualnie postanowiła ukryć przed Shafiqem tę część swojego życia. I nie tylko przed nim.
Teraz stała w pobliżu grobu; nie sprawiając szczególnego wrażenia, żeby wypłakiwała sobie oczy za nieboszczykiem – brakowało charakterystycznej opuchlizny, nie mówiąc już o całkowicie nierozmytym przez łzy makijażu. Kapłanka prowadziła ceremonię, wydającą się ciągnąć w nieskończoność, tym bardziej że słońce naprawdę – jak na angielskie warunki – przygrzewało. Choć wciąż daleko mu było do skwaru pustyni…
Niska, drobna, wydawała się ginąć w otoczeniu wyższych osób. Ktoś obok trzymał dziecko…
… korowód żałobników, składających kondolencje. Te same formułki, wyrazy współczucia, bardzo mi przykro, był wspaniałym człowiekiem, w których na dobrą sprawę przeważnie nie dało się wyczuć rzeczywistego współczucia dla młodej wdowy. Och, tragedia, jak wcześnie odszedł…
… kolejna osoba, bardzo mi przykro, blablabla. Kolejna twarz spośród wielu; Leta miała już przeserdecznie dość. Stała na niewielkim podwyższeniu, zdecydowanie ułatwiającym kontakt z innymi – inaczej niechybnie rozbolałby ją przepotężnie kark od ciągłego zadzierania głowy, by móc spojrzeć tym wszystkim ludziom w oczy.
- … bardzo by się ucieszył, że pan przyszedł – kolejna formułka, wypowiadana wręcz automatycznie. I tak go nie znała, nie wiedziała, kim jest – większość czasu mimo wszystko spędzała na wykopaliskach, świat męża był światem, do którego nie wkraczała. Na własne życzenie, tym bardziej że naprawdę jej nie obchodził. Miała swój świat, w którym na dobrą sprawę nie było miejsca dla męża – on wolał tkwić w Londynie, ona nie wyobrażała sobie, że miałaby utknąć tu razem z nim.
Udusiłaby się.
… w zasadzie całkiem dosłownie, bo ten konkretny żałobnik jednak nie raczył przejść dalej, w ślad za poprzednikami. Nie raczył nawet zawrócić na pięcie i odpuścić sobie całkiem udział w stypie. Raczej…
… chyba uznał, iż żona powinna dołączyć do męża. Dlaczego? Możliwe, że nawet Merlin tego nie wiedział, jednakże zaciskające się gwałtownie dłonie na szyi Lety stopniowo uniemożliwiały zaczerpnięcie oddechu. Próbowała się wyszarpnąć, usiłowała odciągnąć te ręce od własnej szyi.
Za późno zdała sobie sprawę, iż już gdzieś widziała tę twarz – sen rządził się swoimi prawami…
”Normalni” ludzie uważali, że skazywanie innych na takie cierpienia było czymś, co nie powinno mieć miejsca, a najlepiej, żeby i to zaklęcie nigdy najzwyczajniej w świecie nie powstało. Tyle że nie wszyscy – oczywiście – podzielali takie poglądy. I z całą pewnością Leta nie zaliczała się do tych, co miała jakiekolwiek skrupuły, zresztą…
… czy to naprawdę takie ważne, w jaki sposób zostało ocalone jej życie?
Brzęk noża upadającego na posadzkę, wijące się na niej ciało, obok ostrza. Sama Leta również upadła, na kolana, z trudem łapiąc coraz to kolejne oddechy. Tak, nie należała do kruchych dziewczynek, ale to był naprawdę długi, długi bieg. Dłuższy iż powinien był.
Obróciła się, wpatrując się szeroko otwartymi oczyma w znajomego-nieznajomego mężczyznę…
… pokój zaczął się rozmywać, zanikać.
Wszystko pochłonęła kojąca czerń.
Byli dobre parę lat starsi, Hogwart już dawno odszedł w niepamięć. A raczej szkolne problemy – nie tak łatwo w końcu wypierało się z pamięci te lata, zwłaszcza gdy nie upłynęło jeszcze bardzo wiele wody w rzece. Lato, cmentarz, żałobne stroje. Jeszcze nie tak dawno – wydawałoby się – widzieli się, gdy wychodziła za mąż; małżeństwo jakich wiele. Aranżowane, pomiędzy bogatymi rodami, choć też nie miała raczej najgorszego zdania o swoim partnerze, skoro nie sączyła do ucha Cala hektolitrów jadu.
Ewentualnie postanowiła ukryć przed Shafiqem tę część swojego życia. I nie tylko przed nim.
Teraz stała w pobliżu grobu; nie sprawiając szczególnego wrażenia, żeby wypłakiwała sobie oczy za nieboszczykiem – brakowało charakterystycznej opuchlizny, nie mówiąc już o całkowicie nierozmytym przez łzy makijażu. Kapłanka prowadziła ceremonię, wydającą się ciągnąć w nieskończoność, tym bardziej że słońce naprawdę – jak na angielskie warunki – przygrzewało. Choć wciąż daleko mu było do skwaru pustyni…
Niska, drobna, wydawała się ginąć w otoczeniu wyższych osób. Ktoś obok trzymał dziecko…
… korowód żałobników, składających kondolencje. Te same formułki, wyrazy współczucia, bardzo mi przykro, był wspaniałym człowiekiem, w których na dobrą sprawę przeważnie nie dało się wyczuć rzeczywistego współczucia dla młodej wdowy. Och, tragedia, jak wcześnie odszedł…
… kolejna osoba, bardzo mi przykro, blablabla. Kolejna twarz spośród wielu; Leta miała już przeserdecznie dość. Stała na niewielkim podwyższeniu, zdecydowanie ułatwiającym kontakt z innymi – inaczej niechybnie rozbolałby ją przepotężnie kark od ciągłego zadzierania głowy, by móc spojrzeć tym wszystkim ludziom w oczy.
- … bardzo by się ucieszył, że pan przyszedł – kolejna formułka, wypowiadana wręcz automatycznie. I tak go nie znała, nie wiedziała, kim jest – większość czasu mimo wszystko spędzała na wykopaliskach, świat męża był światem, do którego nie wkraczała. Na własne życzenie, tym bardziej że naprawdę jej nie obchodził. Miała swój świat, w którym na dobrą sprawę nie było miejsca dla męża – on wolał tkwić w Londynie, ona nie wyobrażała sobie, że miałaby utknąć tu razem z nim.
Udusiłaby się.
… w zasadzie całkiem dosłownie, bo ten konkretny żałobnik jednak nie raczył przejść dalej, w ślad za poprzednikami. Nie raczył nawet zawrócić na pięcie i odpuścić sobie całkiem udział w stypie. Raczej…
… chyba uznał, iż żona powinna dołączyć do męża. Dlaczego? Możliwe, że nawet Merlin tego nie wiedział, jednakże zaciskające się gwałtownie dłonie na szyi Lety stopniowo uniemożliwiały zaczerpnięcie oddechu. Próbowała się wyszarpnąć, usiłowała odciągnąć te ręce od własnej szyi.
Za późno zdała sobie sprawę, iż już gdzieś widziała tę twarz – sen rządził się swoimi prawami…
569/1119