03.12.2025, 15:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 15:33 przez Benjy Fenwick.)
Wywróciłem oczami, ale tylko delikatnie, żeby wyglądało to bardziej na „masz rację, ale i tak będę udawał, że nie”. Kiedy mówiła, że „dla niej większość ludzi porusza się super szybko”, a ja „najbardziej wyjątkowo”, miałem ochotę schować twarz w szaliku, żeby nie było widać, jak idiotycznie zaczynają mi drżeć kąciki ust, ale utrzymałem fason. Ledwo, bo ledwo, ale utrzymałem. Zatrzymałem oddech, na krótką sekundę, chyba pierwszą taką w życiu, której potrzebowałem, żeby pozbierać rozum do kupy. Zerknąłem na nią kątem oka, zrobiło mi się tak gorąco w uszy, że mogłem przysiąc, że zaraz zacznie się z nich unosić para. Ugryzłem się w język, żeby nie palnąć czegoś idiotycznego.
- Eee… - Próbowałem złożyć jakąś mądrą odpowiedź, ale mój mózg postanowił wyjść z pracy pięć godzin wcześniej. Przerzuciłem torbę na drugie ramię, udając, że mnie to wcale nie kompromituje. - To może muszę chodzić głośniej. - Wzruszyłem ramionami. - Albo zacząć gwizdać, zanim podejdę. - Spróbowałem powiedzieć to lekko, żeby nie zauważyła, że kompletnie mnie tą „wyjątkowością” rozstrzeliła. Może trochę mi to schlebiało, może bardziej niż trochę.
Powinienem przewidzieć, że nie odpuści - gdy jej twarz od razu zmieniła wyraz, kiedy wspomniałem o tłuczku, chciałem sobie w tamtym momencie odgryźć język. Prue miała w sobie ten rodzaj troski, który najpierw się martwił, a potem się martwił jeszcze bardziej, uniosła brew - ta jedna brew potrafiła mnie załatwić szybciej niż wystrzelony tłuczek. Zrobiła tę swoją minę „teraz mów prawdę”, a ja, trzynastoletni idiota, który nienawidził wyglądać jak ktoś słaby, mogłem jedynie zrobić to, co ona - unieść brwi, tylko obie, nie jedną. Westchnąłem i spojrzałem na nią spod rzęs.
- No… Dobra, może nie od razu. - Przyznałem, unosząc ręce w obronnym geście. - Ale powiedziałbym, jakby było bardzo źle. Tak na dziewięć w skali dziesięć. Powiedziałbym, zanim bym umarł, obiecuję. - Rzuciłem, udając powagę. Spojrzała na mnie tak poważnie, jakbyśmy podpisywali magiczną umowę krwi, a nie ustalali, czy powiem jej, gdy mnie coś zaboli. - A twojemu tacie wierzę, tylko… On robi to dla ciebie. A ja mam wrażenie, że jakbym ja tego użył, to skład mógłby się aktywować i wyrosłaby mi na plecach jakaś… Roślinka. Albo drugie skrzela, coś w ten deseń. - O „maściach od taty” nie chciałem słyszeć, ale znowu spojrzała w ten sposób, że trudno było odmówić. - No, dobra. Umowa stoi. Powiem. - Skapitulowałem, ale to nie miało gorzkiego smaku porażki, nie przy niej.
„Nie pozwalam ludziom pytać”, musiałem ugryźć się w policzek, żeby się nie roześmiać.
- Pruey, ty nie „nie pozwalasz im pytać”. Ty patrzysz na ludzi, jakbyś miała plan ich otruć w ciągu najbliższych pięciu minut. Myślą, że jak cię o coś zapytają, to rzucisz w nich klątwą. - Pochyliłem się trochę w jej stronę. - Gdyby wiedzieli, jaka naprawdę jesteś, to by się nie bali pytać.
Chociaż…
Nie chciałem, żeby wiedzieli. Ona była moja. W tym sensie, że… Że byłem jej jedynym przyjacielem, i ona była moją najważniejszą osobą, nie chciałem tego dzielić. Coś we mnie odpaliło ten idiotyczny, pewniacki tryb, który uruchamiał się tylko przy niej, jakbym musiał jej udowodnić, że potrafię być jakąś wersją bohatera, nawet jeśli miałem mokrą koszulkę i krzywo założony szalik.
- To dobrze. - Rzuciłem po prostu. - Będę cię łapał. Znam się na łapaniu. To tak jakby moja specjalizacja.
Ledwo wyszliśmy na ścieżkę, a ona już poślizgnęła się tak elegancko, że gdybym jej nie złapał, zostałby po niej tylko kształtny odcisk w śniegu. Odruchowo zacisnąłem palce na jej dłoni, ustawiając ją z powrotem w pionie.
- No i widzisz? Mówiłem, że przy mnie się nie wywrócisz. - Rzuciłem z triumfalnym tonem, jakbym właśnie wygrał finał Quidditcha. Patrzyła na mnie tym swoim uśmiechem, takim półzawstydzonym, pół-ciepłym, i wtedy, zanim zdążyłem pomyśleć, wyrwało mi się. - Masz szczęście, że chodzisz z najlepszym. - Wypaliłem to z automatu, z tą samą miną, co wcześniej, jakbym właśnie ogłaszał oczywisty fakt, ale w sekundę po tym, jak to powiedziałem, zorientowałem się, jak to zabrzmiało.
„Chodzisz.” „Z najlepszym.”
Merlinie.
Słowa zabrzmiały inaczej, niż planowałem, i od razu coś we mnie zamarło. „Chodzisz z najlepszym”? Świetnie, Rookwood. Doskonały wybór słów. Jeszcze trochę, a będziesz się rumienił jak pierwszak.
Zamrugałem, kilka razy, w takim tempie, jakby ktoś wcisnął mi restart mózgu. Naturalnie udawałem, że nic mnie to nie rusza - nie po to całe życie trenowałem miny obojętności, żeby dać się wyłożyć trzynastolatce o wzroście skrzata domowego.
- Yh… No… - Chrząknąłem, czując, jak kark robi mi się gorący. Świetnie, jeszcze się zająknij, Rookwood. Będzie idealnie. Brzmiało, jakbyśmy… A przecież nie… Poczułem, jak zrobiło mi się cieplej na karku, a przecież to grudzień, powinno być odwrotnie. - Znaczy, nie… - Parsknąłem i spojrzałem w bok, udając, że skupiłem się na ścieżce. - Nie „chodzisz ze mną”. No chodzisz, ale… - Skrzywiłem się w stronę własnych słów, które odbiły się echem w przestrzeni. - Po tej samej drodze. Chodzimy po tej samej drodze. To miałem na myśli. - Wspaniale, Rookwood. Genialne. Ścisnąłem jej dłoń trochę mocniej - tak, jakbym chciał przytrzymać nie tylko ją, ale i własne słowa, żeby nie uciekły dalej i nie zrobiły większego bałaganu. - Po prostu… - Mruknąłem ciszej, bardzo ostrożnie dobierając ton, który nie brzmiał jak żart, ale też nie jak wyznanie. - Dobrze, że idziesz ze mną. Zawsze. Bo… - Zawiesiłem głos, udając, że muszę skupić się na miejscu, gdzie lód robił się bardziej zdradliwy. - To tak… Póki ja jestem obok, żadna gleba ci nie grozi. Chronię swoich. - Zanim zdążyłem uświadomić sobie, co powiedziałem, zaczęło to brzmieć podejrzanie ciepło, więc chrząknąłem i patrzyłem jak idiota w śnieg, jakby miał tam być cały mój ratunek. Całe szczęście padło „swoich.” Tak właśnie to powiedziałem, nie „ją” - nie „ciebie”. „Swoich”. Trzymała mnie za rękę, a ja podświadomie zacisnąłem palce odrobinę mocniej, przez te wszystkie jej i moje słowa coś mi się wyginało w środku, jakby ktoś wziął mi wnętrzności i zawiązał je na supeł. - Tak czy siak, gdybym naprawdę źle oberwał, nie trzymałbym się tak dobrze. Zaufałabyś mojemu barkowi, gdyby miał się rozsypać? Nie. A właśnie się na nim niemal opierasz. No i… Serio. Masz szczęście, że jestem najlepszy, bo jakbyś szła z kimś innym, to już byś leżała w śniegu, a ja bym nie miał okazji cię złapać. - To zabrzmiało kompletnie głupio.
- Eee… - Próbowałem złożyć jakąś mądrą odpowiedź, ale mój mózg postanowił wyjść z pracy pięć godzin wcześniej. Przerzuciłem torbę na drugie ramię, udając, że mnie to wcale nie kompromituje. - To może muszę chodzić głośniej. - Wzruszyłem ramionami. - Albo zacząć gwizdać, zanim podejdę. - Spróbowałem powiedzieć to lekko, żeby nie zauważyła, że kompletnie mnie tą „wyjątkowością” rozstrzeliła. Może trochę mi to schlebiało, może bardziej niż trochę.
Powinienem przewidzieć, że nie odpuści - gdy jej twarz od razu zmieniła wyraz, kiedy wspomniałem o tłuczku, chciałem sobie w tamtym momencie odgryźć język. Prue miała w sobie ten rodzaj troski, który najpierw się martwił, a potem się martwił jeszcze bardziej, uniosła brew - ta jedna brew potrafiła mnie załatwić szybciej niż wystrzelony tłuczek. Zrobiła tę swoją minę „teraz mów prawdę”, a ja, trzynastoletni idiota, który nienawidził wyglądać jak ktoś słaby, mogłem jedynie zrobić to, co ona - unieść brwi, tylko obie, nie jedną. Westchnąłem i spojrzałem na nią spod rzęs.
- No… Dobra, może nie od razu. - Przyznałem, unosząc ręce w obronnym geście. - Ale powiedziałbym, jakby było bardzo źle. Tak na dziewięć w skali dziesięć. Powiedziałbym, zanim bym umarł, obiecuję. - Rzuciłem, udając powagę. Spojrzała na mnie tak poważnie, jakbyśmy podpisywali magiczną umowę krwi, a nie ustalali, czy powiem jej, gdy mnie coś zaboli. - A twojemu tacie wierzę, tylko… On robi to dla ciebie. A ja mam wrażenie, że jakbym ja tego użył, to skład mógłby się aktywować i wyrosłaby mi na plecach jakaś… Roślinka. Albo drugie skrzela, coś w ten deseń. - O „maściach od taty” nie chciałem słyszeć, ale znowu spojrzała w ten sposób, że trudno było odmówić. - No, dobra. Umowa stoi. Powiem. - Skapitulowałem, ale to nie miało gorzkiego smaku porażki, nie przy niej.
„Nie pozwalam ludziom pytać”, musiałem ugryźć się w policzek, żeby się nie roześmiać.
- Pruey, ty nie „nie pozwalasz im pytać”. Ty patrzysz na ludzi, jakbyś miała plan ich otruć w ciągu najbliższych pięciu minut. Myślą, że jak cię o coś zapytają, to rzucisz w nich klątwą. - Pochyliłem się trochę w jej stronę. - Gdyby wiedzieli, jaka naprawdę jesteś, to by się nie bali pytać.
Chociaż…
Nie chciałem, żeby wiedzieli. Ona była moja. W tym sensie, że… Że byłem jej jedynym przyjacielem, i ona była moją najważniejszą osobą, nie chciałem tego dzielić. Coś we mnie odpaliło ten idiotyczny, pewniacki tryb, który uruchamiał się tylko przy niej, jakbym musiał jej udowodnić, że potrafię być jakąś wersją bohatera, nawet jeśli miałem mokrą koszulkę i krzywo założony szalik.
- To dobrze. - Rzuciłem po prostu. - Będę cię łapał. Znam się na łapaniu. To tak jakby moja specjalizacja.
Ledwo wyszliśmy na ścieżkę, a ona już poślizgnęła się tak elegancko, że gdybym jej nie złapał, zostałby po niej tylko kształtny odcisk w śniegu. Odruchowo zacisnąłem palce na jej dłoni, ustawiając ją z powrotem w pionie.
- No i widzisz? Mówiłem, że przy mnie się nie wywrócisz. - Rzuciłem z triumfalnym tonem, jakbym właśnie wygrał finał Quidditcha. Patrzyła na mnie tym swoim uśmiechem, takim półzawstydzonym, pół-ciepłym, i wtedy, zanim zdążyłem pomyśleć, wyrwało mi się. - Masz szczęście, że chodzisz z najlepszym. - Wypaliłem to z automatu, z tą samą miną, co wcześniej, jakbym właśnie ogłaszał oczywisty fakt, ale w sekundę po tym, jak to powiedziałem, zorientowałem się, jak to zabrzmiało.
„Chodzisz.” „Z najlepszym.”
Merlinie.
Słowa zabrzmiały inaczej, niż planowałem, i od razu coś we mnie zamarło. „Chodzisz z najlepszym”? Świetnie, Rookwood. Doskonały wybór słów. Jeszcze trochę, a będziesz się rumienił jak pierwszak.
Zamrugałem, kilka razy, w takim tempie, jakby ktoś wcisnął mi restart mózgu. Naturalnie udawałem, że nic mnie to nie rusza - nie po to całe życie trenowałem miny obojętności, żeby dać się wyłożyć trzynastolatce o wzroście skrzata domowego.
- Yh… No… - Chrząknąłem, czując, jak kark robi mi się gorący. Świetnie, jeszcze się zająknij, Rookwood. Będzie idealnie. Brzmiało, jakbyśmy… A przecież nie… Poczułem, jak zrobiło mi się cieplej na karku, a przecież to grudzień, powinno być odwrotnie. - Znaczy, nie… - Parsknąłem i spojrzałem w bok, udając, że skupiłem się na ścieżce. - Nie „chodzisz ze mną”. No chodzisz, ale… - Skrzywiłem się w stronę własnych słów, które odbiły się echem w przestrzeni. - Po tej samej drodze. Chodzimy po tej samej drodze. To miałem na myśli. - Wspaniale, Rookwood. Genialne. Ścisnąłem jej dłoń trochę mocniej - tak, jakbym chciał przytrzymać nie tylko ją, ale i własne słowa, żeby nie uciekły dalej i nie zrobiły większego bałaganu. - Po prostu… - Mruknąłem ciszej, bardzo ostrożnie dobierając ton, który nie brzmiał jak żart, ale też nie jak wyznanie. - Dobrze, że idziesz ze mną. Zawsze. Bo… - Zawiesiłem głos, udając, że muszę skupić się na miejscu, gdzie lód robił się bardziej zdradliwy. - To tak… Póki ja jestem obok, żadna gleba ci nie grozi. Chronię swoich. - Zanim zdążyłem uświadomić sobie, co powiedziałem, zaczęło to brzmieć podejrzanie ciepło, więc chrząknąłem i patrzyłem jak idiota w śnieg, jakby miał tam być cały mój ratunek. Całe szczęście padło „swoich.” Tak właśnie to powiedziałem, nie „ją” - nie „ciebie”. „Swoich”. Trzymała mnie za rękę, a ja podświadomie zacisnąłem palce odrobinę mocniej, przez te wszystkie jej i moje słowa coś mi się wyginało w środku, jakby ktoś wziął mi wnętrzności i zawiązał je na supeł. - Tak czy siak, gdybym naprawdę źle oberwał, nie trzymałbym się tak dobrze. Zaufałabyś mojemu barkowi, gdyby miał się rozsypać? Nie. A właśnie się na nim niemal opierasz. No i… Serio. Masz szczęście, że jestem najlepszy, bo jakbyś szła z kimś innym, to już byś leżała w śniegu, a ja bym nie miał okazji cię złapać. - To zabrzmiało kompletnie głupio.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)