04.12.2025, 01:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.12.2025, 21:45 przez Benjy Fenwick.)
Kiedy powiedziała, że „to dobrze, że o tym wiem”, coś drgnęło mi pod skórą, jakby jej słowa chciały zostać na dłużej, przykleić się gdzieś głęboko, na później, na gorsze dni - naprawdę, gdyby ktoś miał mnie komplementować, wolałem, żeby to była ona. Świat mógłby mi powiedzieć sto miłych rzeczy, a i tak tylko jej słowa robiłyby różnicę. Kącik ust drgnął mi w górę, bo zobaczenie jej uśmiechu, kiedy robiłem z siebie idiotę, było warte każdego wysiłku.
A potem zaczęła o tej piątce.
- Piątka to jest „meh”. - Prychnąłem. - To jest takie „o, chyba coś było”, ale tylko jak bardzo się wsłucham. To nie może być dramatyczna połowa drogi do umierania. - Spojrzałem na nią z udawanym niedowierzaniem, jakbym właśnie usłyszał, że ktoś uważał „lekko naciągnięty mięsień” za zagrożenie życia. - Pruey, piątka to nic. - Powtórzyłem z uporem godnym trolla. - To ledwo „au”, nawet nie porządne. - Zasłoniłem się humorem, ale prawda była taka, że jej system ocen boleśnie mi się podobał, bo ona naprawdę martwiła się o rzeczy, które większość ludzi zignorowałaby w sekundę.
- Okej, oczywiście, że byś zauważyła. - Mruknąłem z uśmiechem. - Zauważasz każdą głupotę. Nawet jak mam źle zawiązany szalik, co jest niesprawiedliwe, bo ja nawet nie wiem, jak on ma być zawiązany. - Wywróciłem oczami, wzdychając, bo - co prawda - w domu mnie tego uczono, pilnowano, bym wyglądał jak człowiek, ale w praktyce tego nie lubiłem.
A potem powtórzyła „siedem i pół”, zamyśliła się nad tym tak długo, jakby oceniali razem jakieś fantastyczne stworzenie na lekcji opieki nad magicznymi zwierzętami, więc kiedy w końcu stwierdziła, że „może być siedem i pół”, uśmiechnąłem się szerzej, niż planowałem.
- Siedem i pół. Umowa stoi. - Powtórzyłem z zadowoleniem, jakbyśmy właśnie podpisali najważniejszy kontrakt w historii Hogwartu. - No. Widzisz? Dogadujemy się. Jesteśmy… kompatybilni. - Słowo wymknęło mi się zanim zorientowałem się, że nie powinienem go użyć przy Niej.
Potem… Potem była ta sprawa z jej policzkami. Złapałem moment, kiedy zaczerwieniła się po tym, co powiedziała o tym, że wyglądam dobrze - to już nie był mróz, widziałem na pewno. Serce mnie przy tym kopnęło w żebra, mocniej niż którykolwiek tłuczek. Nie skomentowałem od razu, gdybym to zrobił, pewnie powiedziałbym coś głupiego, ale kiedy zaczęła się tłumaczyć, że „to nic takiego”, coś we mnie się obudziło. Zatrzymało mnie to na pół sekundy, takiej dobrej sekundy, a moje serce znowu zrobiło mi „bum”, za głośno jak na człowieka, który miał zachować pokerową twarz.
- Ej. - Powiedziałem łagodnie, żeby nie uciekła wzrokiem gdzieś jeszcze dalej. - Nie musisz udawać, że nic nie powiedziałaś. To było…
Zawahałem się.
Jak to powiedzieć, żeby nie brzmieć jak ktoś, kto zaraz się przyzna, że lubi każde jej słowo aż za bardzo?
- Miłe. Po prostu. - Kropka - tylko tyle mogłem z siebie wycisnąć, zanim zabrnąłbym w coś, czego sam nie ogarniałem.
- Poza tym… - Dodałem ciszej. - Lubię, jak mówisz, co myślisz. Nawet jak chcesz się schować w cień. Ja też tam bywam, wiesz? Czasem to fajniejsze niż cały ten wrzask świata. - Delikatnie szturchnąłem ją ramieniem, nie puszczając jej dłoni.
A potem…
„Nie wyobrażam sobie, że mogłoby Cię przy mnie zabraknąć.”
Okej. To. To mnie trafiło prosto w żołądek, tak jak tłuczek, tylko gorzej, patrzyłem na nią, na jej policzki zaróżowione od zimna, na włosy obsypane śniegiem, na dłoń w mojej dłoni. Zatrzymało mnie to na sekundę, jakby ktoś rzucił we mnie zaklęciem petryfikującym. Cała ta rozmowa potem, to było zaskakujące.
- Spoko. - Odpowiedziałem z tym krzywym uśmiechem. - Czyli zwariowanie jest w pakiecie. Wzięłaś mnie, to i chaos wzięłaś. Reklamacji nie przyjmuję. - Mój głos, gdy w końcu się odezwałem, brzmiał jakbym mówił wolniej niż zwykle - nie z powodu niepewności, tylko dlatego, żeby nie powiedzieć za dużo.
Zrobiłem tę głupią minę, którą lubiła, żeby rozbroić jej lekkie spięcie, i zadziałało + usłyszałem ten krótki, szybki śmiech, mój ulubiony. Odwróciłem głowę, żeby ukryć uśmiech, który był absolutnie nie do opanowania.
- No to super. - Mruknąłem, ale głos miałem przytłumiony, jakbym mówił coś, czego nie chciałem, żeby przejęło nade mną władzę. - Bo ja… - Urwałem na moment - trzeba było to ubrać w coś bezpiecznego. - Też nie planuję chodzić z kimś innym. Też wolę tę naszą drogę. Obok siebie. To jest… Okej. Bardzo okej. - Przełknąłem ślinę, zrobiło mi się gorąco w kark. - Ale gdybyś kiedyś jednak postanowiła chodzić z kimś innym… - Udawałem, że żartuję, ale brwi same mi się zmarszczyły. - To mam nadzieję, że będę wiedział pierwszy. Żeby tego kogoś… Sprawdzić. - Spojrzałem na nią w końcu, na serio. - No. Zostajemy przy chodzeniu obok siebie. Bo to działa. Dla nas. - Może brzmiało to prosto, może niewinnie, może naiwnie, ale pod spodem było wszystko, czego na głos jeszcze nie umiałem nazwać - i wszystko, co ona mogłaby wyczytać, gdyby spojrzała mi trochę za długo w oczy. - Bo nie każdy zasługuje, żeby chodzić tą samą drogą co ty. - Nie dodałem „a ja zasługuję”, chcę zasłużyć, ale serce mówiło to za mnie.
A potem zaczęła o tej piątce.
- Piątka to jest „meh”. - Prychnąłem. - To jest takie „o, chyba coś było”, ale tylko jak bardzo się wsłucham. To nie może być dramatyczna połowa drogi do umierania. - Spojrzałem na nią z udawanym niedowierzaniem, jakbym właśnie usłyszał, że ktoś uważał „lekko naciągnięty mięsień” za zagrożenie życia. - Pruey, piątka to nic. - Powtórzyłem z uporem godnym trolla. - To ledwo „au”, nawet nie porządne. - Zasłoniłem się humorem, ale prawda była taka, że jej system ocen boleśnie mi się podobał, bo ona naprawdę martwiła się o rzeczy, które większość ludzi zignorowałaby w sekundę.
- Okej, oczywiście, że byś zauważyła. - Mruknąłem z uśmiechem. - Zauważasz każdą głupotę. Nawet jak mam źle zawiązany szalik, co jest niesprawiedliwe, bo ja nawet nie wiem, jak on ma być zawiązany. - Wywróciłem oczami, wzdychając, bo - co prawda - w domu mnie tego uczono, pilnowano, bym wyglądał jak człowiek, ale w praktyce tego nie lubiłem.
A potem powtórzyła „siedem i pół”, zamyśliła się nad tym tak długo, jakby oceniali razem jakieś fantastyczne stworzenie na lekcji opieki nad magicznymi zwierzętami, więc kiedy w końcu stwierdziła, że „może być siedem i pół”, uśmiechnąłem się szerzej, niż planowałem.
- Siedem i pół. Umowa stoi. - Powtórzyłem z zadowoleniem, jakbyśmy właśnie podpisali najważniejszy kontrakt w historii Hogwartu. - No. Widzisz? Dogadujemy się. Jesteśmy… kompatybilni. - Słowo wymknęło mi się zanim zorientowałem się, że nie powinienem go użyć przy Niej.
Potem… Potem była ta sprawa z jej policzkami. Złapałem moment, kiedy zaczerwieniła się po tym, co powiedziała o tym, że wyglądam dobrze - to już nie był mróz, widziałem na pewno. Serce mnie przy tym kopnęło w żebra, mocniej niż którykolwiek tłuczek. Nie skomentowałem od razu, gdybym to zrobił, pewnie powiedziałbym coś głupiego, ale kiedy zaczęła się tłumaczyć, że „to nic takiego”, coś we mnie się obudziło. Zatrzymało mnie to na pół sekundy, takiej dobrej sekundy, a moje serce znowu zrobiło mi „bum”, za głośno jak na człowieka, który miał zachować pokerową twarz.
- Ej. - Powiedziałem łagodnie, żeby nie uciekła wzrokiem gdzieś jeszcze dalej. - Nie musisz udawać, że nic nie powiedziałaś. To było…
Zawahałem się.
Jak to powiedzieć, żeby nie brzmieć jak ktoś, kto zaraz się przyzna, że lubi każde jej słowo aż za bardzo?
- Miłe. Po prostu. - Kropka - tylko tyle mogłem z siebie wycisnąć, zanim zabrnąłbym w coś, czego sam nie ogarniałem.
- Poza tym… - Dodałem ciszej. - Lubię, jak mówisz, co myślisz. Nawet jak chcesz się schować w cień. Ja też tam bywam, wiesz? Czasem to fajniejsze niż cały ten wrzask świata. - Delikatnie szturchnąłem ją ramieniem, nie puszczając jej dłoni.
A potem…
„Nie wyobrażam sobie, że mogłoby Cię przy mnie zabraknąć.”
Okej. To. To mnie trafiło prosto w żołądek, tak jak tłuczek, tylko gorzej, patrzyłem na nią, na jej policzki zaróżowione od zimna, na włosy obsypane śniegiem, na dłoń w mojej dłoni. Zatrzymało mnie to na sekundę, jakby ktoś rzucił we mnie zaklęciem petryfikującym. Cała ta rozmowa potem, to było zaskakujące.
- Spoko. - Odpowiedziałem z tym krzywym uśmiechem. - Czyli zwariowanie jest w pakiecie. Wzięłaś mnie, to i chaos wzięłaś. Reklamacji nie przyjmuję. - Mój głos, gdy w końcu się odezwałem, brzmiał jakbym mówił wolniej niż zwykle - nie z powodu niepewności, tylko dlatego, żeby nie powiedzieć za dużo.
Zrobiłem tę głupią minę, którą lubiła, żeby rozbroić jej lekkie spięcie, i zadziałało + usłyszałem ten krótki, szybki śmiech, mój ulubiony. Odwróciłem głowę, żeby ukryć uśmiech, który był absolutnie nie do opanowania.
- No to super. - Mruknąłem, ale głos miałem przytłumiony, jakbym mówił coś, czego nie chciałem, żeby przejęło nade mną władzę. - Bo ja… - Urwałem na moment - trzeba było to ubrać w coś bezpiecznego. - Też nie planuję chodzić z kimś innym. Też wolę tę naszą drogę. Obok siebie. To jest… Okej. Bardzo okej. - Przełknąłem ślinę, zrobiło mi się gorąco w kark. - Ale gdybyś kiedyś jednak postanowiła chodzić z kimś innym… - Udawałem, że żartuję, ale brwi same mi się zmarszczyły. - To mam nadzieję, że będę wiedział pierwszy. Żeby tego kogoś… Sprawdzić. - Spojrzałem na nią w końcu, na serio. - No. Zostajemy przy chodzeniu obok siebie. Bo to działa. Dla nas. - Może brzmiało to prosto, może niewinnie, może naiwnie, ale pod spodem było wszystko, czego na głos jeszcze nie umiałem nazwać - i wszystko, co ona mogłaby wyczytać, gdyby spojrzała mi trochę za długo w oczy. - Bo nie każdy zasługuje, żeby chodzić tą samą drogą co ty. - Nie dodałem „a ja zasługuję”, chcę zasłużyć, ale serce mówiło to za mnie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)