04.12.2025, 10:00 ✶
Potwierdzam swoją tożsamość, wchodzę do środka i piję eliksir.
Robert miał bardzo mieszane uczucia do całej tej imprezy. Z jednej strony szczerze nie znosił czystokrwistego elitaryzmu. Swoją karierę polityczną poniekąd poświęcał na walkę z systemem dyskryminacji, który wiązał się z poczuciem wyższości magicznej arystokracji. Takie imprezy utwierdzały go w przykrym przekonaniu, że tak naprawdę większości czystków Spalona Noc nie dotknęła na tyle, by niosła się z tym jakakolwiek refleksja. Nadal chodzili na bale, na które nie wpuszczali nikogo, kto nie należał do tej niewątpliwie powiązanej więzami krwi socjety. Winą obarczano Śmierciożerców jako organizację kompletnie odseparowaną od poglądów, które ukazywały się w formie tego przyjęcia.
Jednak Robert też uwielbiał bale. Winił się za to, za tę hipokryzję. Przychodził tu, brał w tym wszystkim udział. Bo mimo postępowych poglądów, był częścią socjety. Wypadało, żeby się pojawił. Usprawiedliwiał się poniekąd tym, stanowiło to swego rodzaju rekonesans, rozpoznanie zwyczajów, nastrojów. Dobry polityk musiał mieć szeroką wiedzę, którą potem można było ewentualnie wykorzystać. Niestety okazywało się, że jego przyjściu na bal towarzyszył ten charakterystyczny przyjemny dreszczyk.
Podszedł do drzwi, uchylił czarną maskę na moment, by strażnicy poznali jego tożsamość. Ubrany był w czerń, rozpięta koszula ukazywała część jego klatki piersiowej. Do pasa przytroczył realistycznie wyglądającą szpadę, którą wyjątkowo trudno byłoby kogokolwiek zranić Wyglądał trochę jak muszkieter w wersji niepoprawnej historycznie, a wziętej z jakiegoś taniego romansidła.
Kiedy przeszedł przez próg sali balowej, otrzymał fiolkę eliksiru. Co za zbytek... tak jakby to przyjęcie nie było dość niesamowite... Cóż, Lestrange'owie mieli swoją historię. Jako gospodarze musieli nosić ją jak najwspanialsze szaty. Robert więc, w gruncie rzeczy z ciekawości, wypił miksturę. Szybko i jednym haustem, jak kieliszek wódki.
!eliksiry
Robert miał bardzo mieszane uczucia do całej tej imprezy. Z jednej strony szczerze nie znosił czystokrwistego elitaryzmu. Swoją karierę polityczną poniekąd poświęcał na walkę z systemem dyskryminacji, który wiązał się z poczuciem wyższości magicznej arystokracji. Takie imprezy utwierdzały go w przykrym przekonaniu, że tak naprawdę większości czystków Spalona Noc nie dotknęła na tyle, by niosła się z tym jakakolwiek refleksja. Nadal chodzili na bale, na które nie wpuszczali nikogo, kto nie należał do tej niewątpliwie powiązanej więzami krwi socjety. Winą obarczano Śmierciożerców jako organizację kompletnie odseparowaną od poglądów, które ukazywały się w formie tego przyjęcia.
Jednak Robert też uwielbiał bale. Winił się za to, za tę hipokryzję. Przychodził tu, brał w tym wszystkim udział. Bo mimo postępowych poglądów, był częścią socjety. Wypadało, żeby się pojawił. Usprawiedliwiał się poniekąd tym, stanowiło to swego rodzaju rekonesans, rozpoznanie zwyczajów, nastrojów. Dobry polityk musiał mieć szeroką wiedzę, którą potem można było ewentualnie wykorzystać. Niestety okazywało się, że jego przyjściu na bal towarzyszył ten charakterystyczny przyjemny dreszczyk.
Podszedł do drzwi, uchylił czarną maskę na moment, by strażnicy poznali jego tożsamość. Ubrany był w czerń, rozpięta koszula ukazywała część jego klatki piersiowej. Do pasa przytroczył realistycznie wyglądającą szpadę, którą wyjątkowo trudno byłoby kogokolwiek zranić Wyglądał trochę jak muszkieter w wersji niepoprawnej historycznie, a wziętej z jakiegoś taniego romansidła.
Kiedy przeszedł przez próg sali balowej, otrzymał fiolkę eliksiru. Co za zbytek... tak jakby to przyjęcie nie było dość niesamowite... Cóż, Lestrange'owie mieli swoją historię. Jako gospodarze musieli nosić ją jak najwspanialsze szaty. Robert więc, w gruncie rzeczy z ciekawości, wypił miksturę. Szybko i jednym haustem, jak kieliszek wódki.
!eliksiry