04.12.2025, 17:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2025, 10:45 przez Anthony Shafiq.)
I rzeczywiście czuł się jak płótno i było to uczucie co najmniej dziwne. W rękach swojego artysty pozostawał bezwolny w przyjmowaniu pieszczot, w nietłumionych bynajmniej reakcjach na działania rozentuzjazmowanego malarza. Nie był przyzwyczajony, nie miał zrozumienia dla tej dziwacznej dynamiki, w której kolejny raz partner zdejmował z jego barków odpowiedzialność za… właściwie za wszystko. Pomysł, scenariusz, realizacja, Jonathan przychodził i…
… i rozkwitał.
Słowa znad kominka w małym alpejskim schronisku powracały do Anthony'ego co jakiś czas, powróciły i teraz słodką pieszczotą w miłosnym amoku, zmywając wątpliwości i tęsknotę za tym co nigdy nie mogłoby ich być udziałem.
– Nie, wolę… – umilkł gwałtownie tracąc oddech, czując miękkie palce eksplorujące ciało, pozwalając oczyma wyobraźni widzieć siebie w głębokim indygo, gdy Jonathan rozmazuje po nim srebrne smugi zgodnie ze swoim upodobaniem. Ta cynamonka wzięła go z zaskoczenia, biegunowo odległa od artystycznej pracowni, którą stało się selwyńskie łoże, ale wziął to pytanie z ostateczną powagą, nie rozpoznając w nim psoty towarzysza. – …wolę być Twoją cynamonką. – Dreszcz, znów dreszcz ale teraz na myśl o ustach rozprawiających o jego słodyczy, o korzennej przyprawie inhalującej podniebienie zamiast minionej malarskiej metafory, zamiast imaginowanej terpentyny, na myśl o ciele uginającym się w mocnym i pewnym zagnieceniu. To było takie głupiutkie, to było takie obezwładniające. Uzależniające. I może by się zawstydził tym zdaniem, swą prośbą kolejną w której zbyt łatwo pozbawiał się ludzkich przymiotów. Może byłoby mu zbyt niezręcznie wobec przyjaciela, w którego oczach i pochwałach słyszał tyle podziwu za sprawczość, którą teraz pośród pościeli pośród sztalug pośród rozgrzanej blachy i rozsypanej mąki, a ktorą teraz tak ochoczo oddawał, pozbywał się na rzecz nieskończonego czucia. A jednak nie było w tym wstydu, nie było czasu chocby go zauważyć w galopadzie, w tempie narzuconym przez Jonathana.
– Jestem Twój – myśl wymsknęła się przez rozchylone usta, w zdziwieniu, w ufności, w rozchodzącej się po ciele euforii, w poddaniu i rozkochaniu. I chciał coś dodać, ale Jonathan postanowił zabrać mu też słowa, a on… och jak bardzo nie miał nic przeciwko temu.
… i rozkwitał.
Słowa znad kominka w małym alpejskim schronisku powracały do Anthony'ego co jakiś czas, powróciły i teraz słodką pieszczotą w miłosnym amoku, zmywając wątpliwości i tęsknotę za tym co nigdy nie mogłoby ich być udziałem.
– Nie, wolę… – umilkł gwałtownie tracąc oddech, czując miękkie palce eksplorujące ciało, pozwalając oczyma wyobraźni widzieć siebie w głębokim indygo, gdy Jonathan rozmazuje po nim srebrne smugi zgodnie ze swoim upodobaniem. Ta cynamonka wzięła go z zaskoczenia, biegunowo odległa od artystycznej pracowni, którą stało się selwyńskie łoże, ale wziął to pytanie z ostateczną powagą, nie rozpoznając w nim psoty towarzysza. – …wolę być Twoją cynamonką. – Dreszcz, znów dreszcz ale teraz na myśl o ustach rozprawiających o jego słodyczy, o korzennej przyprawie inhalującej podniebienie zamiast minionej malarskiej metafory, zamiast imaginowanej terpentyny, na myśl o ciele uginającym się w mocnym i pewnym zagnieceniu. To było takie głupiutkie, to było takie obezwładniające. Uzależniające. I może by się zawstydził tym zdaniem, swą prośbą kolejną w której zbyt łatwo pozbawiał się ludzkich przymiotów. Może byłoby mu zbyt niezręcznie wobec przyjaciela, w którego oczach i pochwałach słyszał tyle podziwu za sprawczość, którą teraz pośród pościeli pośród sztalug pośród rozgrzanej blachy i rozsypanej mąki, a ktorą teraz tak ochoczo oddawał, pozbywał się na rzecz nieskończonego czucia. A jednak nie było w tym wstydu, nie było czasu chocby go zauważyć w galopadzie, w tempie narzuconym przez Jonathana.
– Jestem Twój – myśl wymsknęła się przez rozchylone usta, w zdziwieniu, w ufności, w rozchodzącej się po ciele euforii, w poddaniu i rozkochaniu. I chciał coś dodać, ale Jonathan postanowił zabrać mu też słowa, a on… och jak bardzo nie miał nic przeciwko temu.