04.12.2025, 21:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.12.2025, 21:46 przez Benjy Fenwick.)
„Wiadomo, dla Ciebie to jest meh, bo Ty jesteś specjalny”, przewróciłem oczami, tak przesadnie, że aż mnie zabolały, ale prawda była taka, że coś w mojej klatce piersiowej zrobiło dziwny, lekko podskakujący ruch. Coś mnie ukłuło w środku. Takie ciepłe ukłucie. No, bo kto mówił o mnie w ten sposób? Nie znałem nikogo, kto potrafił rzucić takie zdanie tak po prostu - bez wahania, bez kalkulowania, bez zastanawiania się, czy „specjalny” to nie za mocno. Zawsze miała talent do rzucania słów, które we mnie zostawały, pewnie zostaną też te - przy mnie, który próbował udawać, że wszystko mnie spływa jak po kaczce.
- Piątka to nie jest „pół umieram”, tylko… To jak przeciągniesz się rano i stwierdzisz, że coś strzeliło. Żyjesz dalej. A ja to mam codziennie. - Oznajmiłem poważnym tonem kogoś, kto właśnie wygłasza wykład z anatomii. - To nawet nie jest ból, to jest… Komunikat. Takie „halo, pamiętaj, że masz ciało”. - Zerknąłem na nią kątem oka, wiedząc, że pamiętała wszystko, dosłownie wszystko. - Okej, ale ty pamiętasz za dobrze. - Spojrzałem na nią z lekkim przerażeniem, bo pamięć Prue była jak pułapka - nie wypuszczała niczego. - Za dwadzieścia lat mi powiesz „Wish, pamiętasz, 6 grudnia 1952, jak zrobiłeś minę przy drzwiach?” I ja będę musiał udawać, że pamiętam.
Patrzyła na świat inaczej niż ja - wszystko było detalem, wszystkim trzeba było się przejąć, wszystko mogło być ważne. Może dlatego ja musiałem być od odciążania jej głowy od ciężaru tego wszystkiego.
Prychnęła na moje żarty, a ja od razu poczułem się lepiej, kiedy ona udawała oburzenie, to było jak gra, w którą oboje graliśmy, a gdy zaoferowała, że nauczy mnie wiązać szalik, spojrzałem na nią spod byka.
- A kto powiedział, że chcę wyglądać na kogoś, kto umie wiązać szalik? - Zrobiłem poważną minę. - To moja marka. Moja estetyka bałaganu. Nie odbieraj mi jej. - A jednak, gdy spojrzała na mój szalik z cichą rezygnacją, przysunąłem się o krok. - Ale… - Dodałem mniej pewnie. - Możesz kiedyś pokazać. Tylko nie tu, bo jak zobaczy to cała drużyna, to umrę szybciej niż od dziesiątki na skali bólu. - Nie wiedziałem, dlaczego brzmiało to tak, jakby nauka wiązania szalika była czymś… Intymnym. Może dlatego, że wszystko przy niej nagle takie było.
- Umowa stoi. - Stuknąłem jej palcem w grzbiet dłoni, jakbyśmy podpisywali traktat.
Potem przyszła ta jej wpadka ze „zawsze wyglądasz”. Jej rumieniec po tym, jak wyszło, że uważa, iż zawsze dobrze wyglądam, był… Trudny do ogarnięcia, w sensie - trudny do zniesienia bez jakiejś reakcji, ale nie chciałem jej zawstydzać bardziej - a może siebie? nie, siebie nie - chociaż mogłem to ciągnąć, bo wyglądała wtedy jakby chciała się zakopać w śniegu, a to było trochę zabawne.
- Głupie niegłupie… - Mruknąłem, prostując się, a potem pochylając trochę, żeby móc spojrzeć jej w twarz. - Jeśli coś jest miłe, to może nie trzeba tego tak od razu zakopywać w śniegu.
Poczułem coś absurdalnego - jakbym chciał, żeby jednak jeszcze raz to powiedziała. - Gdybyśmy mogli zostać w cieniu na dłużej… - Zacząłem, bardziej do siebie niż do niej. - To by mi pasowało. Bardzo. - Szybko jednak wróciłem do tonu, który potrafiłem kontrolować. - Przy mnie możesz gadać cokolwiek. - Powiedziałem z pewnością, której nie wiedziałem, że mam. Na Merlina, powinienem przestać mówić zanim powiem coś, czego nie będę umiał wytłumaczyć.
A potem rzuciła „bez ciebie też bym zwariowała, ale w trochę inną stronę”, i nagle moje serce zrobiło coś jak potknięcie, takie miękkie, niewidoczne, ścisnąłem jej rękę mocniej, bo prawda była taka, że gdy była obok - wszystko we mnie cichło, jakby naprawdę trzymała mnie w jednym kawałku.
„Nie będę szukać nikogo innego, nigdy.”
Otworzyłem usta, zamknąłem.
Raz.
Drugi.
Ziemia była bardzo śliska, ale w tamtym momencie miałem wrażenie, że to nie śnieg mnie destabilizuje.
W końcu wydusiłem:
- To dobrze… - Trochę zachrypniętym głosem, który nie chciał wrócić do normy, a gdy potem powiedziała „ty zasługujesz, ale to chyba wiesz, prawda?”, zatrzymałem się na sekundę.
Nie fizycznie - mój krok szedł dalej - ale głowa, myśli, serce weszły w dziwny tryb pauzy. Spojrzałem na nasze splecione dłonie, potem na nią. - Może wiem. - Odpowiedziałem powoli. - Ale… Lepiej się tego słucha od ciebie. Jakoś bardziej to wtedy działa. - Uśmiechnąłem się, nie głupkowato, nie cwaniacko - cicho, prawdziwie.
A potem dodałem, jeszcze ciszej:
- Tak jakby… Twoja wersja mnie była tą, którą najbardziej lubię być.
Nie wiem, czy zrozumiała.
Może nie musiała. Instynktownie wiedziała wszystko.
- Piątka to nie jest „pół umieram”, tylko… To jak przeciągniesz się rano i stwierdzisz, że coś strzeliło. Żyjesz dalej. A ja to mam codziennie. - Oznajmiłem poważnym tonem kogoś, kto właśnie wygłasza wykład z anatomii. - To nawet nie jest ból, to jest… Komunikat. Takie „halo, pamiętaj, że masz ciało”. - Zerknąłem na nią kątem oka, wiedząc, że pamiętała wszystko, dosłownie wszystko. - Okej, ale ty pamiętasz za dobrze. - Spojrzałem na nią z lekkim przerażeniem, bo pamięć Prue była jak pułapka - nie wypuszczała niczego. - Za dwadzieścia lat mi powiesz „Wish, pamiętasz, 6 grudnia 1952, jak zrobiłeś minę przy drzwiach?” I ja będę musiał udawać, że pamiętam.
Patrzyła na świat inaczej niż ja - wszystko było detalem, wszystkim trzeba było się przejąć, wszystko mogło być ważne. Może dlatego ja musiałem być od odciążania jej głowy od ciężaru tego wszystkiego.
Prychnęła na moje żarty, a ja od razu poczułem się lepiej, kiedy ona udawała oburzenie, to było jak gra, w którą oboje graliśmy, a gdy zaoferowała, że nauczy mnie wiązać szalik, spojrzałem na nią spod byka.
- A kto powiedział, że chcę wyglądać na kogoś, kto umie wiązać szalik? - Zrobiłem poważną minę. - To moja marka. Moja estetyka bałaganu. Nie odbieraj mi jej. - A jednak, gdy spojrzała na mój szalik z cichą rezygnacją, przysunąłem się o krok. - Ale… - Dodałem mniej pewnie. - Możesz kiedyś pokazać. Tylko nie tu, bo jak zobaczy to cała drużyna, to umrę szybciej niż od dziesiątki na skali bólu. - Nie wiedziałem, dlaczego brzmiało to tak, jakby nauka wiązania szalika była czymś… Intymnym. Może dlatego, że wszystko przy niej nagle takie było.
- Umowa stoi. - Stuknąłem jej palcem w grzbiet dłoni, jakbyśmy podpisywali traktat.
Potem przyszła ta jej wpadka ze „zawsze wyglądasz”. Jej rumieniec po tym, jak wyszło, że uważa, iż zawsze dobrze wyglądam, był… Trudny do ogarnięcia, w sensie - trudny do zniesienia bez jakiejś reakcji, ale nie chciałem jej zawstydzać bardziej - a może siebie? nie, siebie nie - chociaż mogłem to ciągnąć, bo wyglądała wtedy jakby chciała się zakopać w śniegu, a to było trochę zabawne.
- Głupie niegłupie… - Mruknąłem, prostując się, a potem pochylając trochę, żeby móc spojrzeć jej w twarz. - Jeśli coś jest miłe, to może nie trzeba tego tak od razu zakopywać w śniegu.
Poczułem coś absurdalnego - jakbym chciał, żeby jednak jeszcze raz to powiedziała. - Gdybyśmy mogli zostać w cieniu na dłużej… - Zacząłem, bardziej do siebie niż do niej. - To by mi pasowało. Bardzo. - Szybko jednak wróciłem do tonu, który potrafiłem kontrolować. - Przy mnie możesz gadać cokolwiek. - Powiedziałem z pewnością, której nie wiedziałem, że mam. Na Merlina, powinienem przestać mówić zanim powiem coś, czego nie będę umiał wytłumaczyć.
A potem rzuciła „bez ciebie też bym zwariowała, ale w trochę inną stronę”, i nagle moje serce zrobiło coś jak potknięcie, takie miękkie, niewidoczne, ścisnąłem jej rękę mocniej, bo prawda była taka, że gdy była obok - wszystko we mnie cichło, jakby naprawdę trzymała mnie w jednym kawałku.
„Nie będę szukać nikogo innego, nigdy.”
Otworzyłem usta, zamknąłem.
Raz.
Drugi.
Ziemia była bardzo śliska, ale w tamtym momencie miałem wrażenie, że to nie śnieg mnie destabilizuje.
W końcu wydusiłem:
- To dobrze… - Trochę zachrypniętym głosem, który nie chciał wrócić do normy, a gdy potem powiedziała „ty zasługujesz, ale to chyba wiesz, prawda?”, zatrzymałem się na sekundę.
Nie fizycznie - mój krok szedł dalej - ale głowa, myśli, serce weszły w dziwny tryb pauzy. Spojrzałem na nasze splecione dłonie, potem na nią. - Może wiem. - Odpowiedziałem powoli. - Ale… Lepiej się tego słucha od ciebie. Jakoś bardziej to wtedy działa. - Uśmiechnąłem się, nie głupkowato, nie cwaniacko - cicho, prawdziwie.
A potem dodałem, jeszcze ciszej:
- Tak jakby… Twoja wersja mnie była tą, którą najbardziej lubię być.
Nie wiem, czy zrozumiała.
Może nie musiała. Instynktownie wiedziała wszystko.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)