Kochany Laurencie,
czy jeśli napiszę ci „nie uwierzysz, ale…” to rzeczywiście zrobisz wielkie oczy? Mam wrażenie, że wyczerpałam już wszelki limit na zdziwienia tego świata, a każda nowa rzecz jest właśnie tym: potwierdzeniem pewnej reguły.
Tym niemniej: nie uwierzysz, ale wydaje mi się, że mój dom jest przeklęty. To znaczy mam na myśli kamienicę na Pokątnej. Pamiętasz, jak miałam tam poltergeista, którego trzeba było wyegzorcyzmować? No, to dzisiaj z Brenną znalazłyśmy kolejną rzecz, której nie powinno tam być. Nie mam już na to siły. I podjęłam decyzję: w końcu muszę się zdecydować na dom i przestać to odkładać. Powiem Ci więcej, jak się zobaczymy.
A tymczasem… WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! Wiem, że już ci życzyłam w tym roku, ale jesteś właśnie jedyną znaną mi osoba, która będzie mieć urodziny dwa razy, a przynajmniej w tym jakże dziwacznym roku. Nie wiem którą datę wolałbyś świętować, ale pomyślałam sobie, że upominek z tej okazji nie zaszkodzi. Mam nadzieję, że Ci się spodoba i uśmiechniesz się w tym wyjątkowo parszywym czasie. Napisz mi kiedy masz chwilę, ja Ci napiszę kiedy mam ja… Może jakoś uda się spotkać?
Na odwrocie kartki wypisane były dni wraz z godzinami, w których Victoria nie pracowała – i nie powinno dziwić, że wyglądało to jak zbiór bardzo losowych momentów wyrwanych z kalendarza; nie było tego zbyt dużo.
Do koperty dołączono ponownie już bombonierkę z ruszającymi się pralinami. Tym razem były to kolorowe kwiaty, których płatki wyglądały, jakby powiewały na wietrze: nachyłki, magnolie, szachownice cesarskie, słoneczniki i narcyze.