27.02.2023, 20:41 ✶
Nóż upadł, potoczył się gdzieś po posadzce.
Sen się rozpadł.
Ale trwał dalej.
Ciemność.
Siedzieli na stopniach altany, rozmawiając cicho. O przyszłości, o wykopaliskach, o tym, co odnalazł w Peru. Że nie da się zamknąć w klatce małżeństwa, poczeka może miesiąc czy dwa i niech się dzieje, co chce.
Ciemność.
Trzymał ją „na barana”, gdy uważnie studiowała runiczny tekst na szczycie bramy.
Ciemność.
Siedzieli na hipogryfach, wiatr targał włosy. Biegli przez łąki, pęd burzył im futro. Machnięcie skrzydeł – wzbijali się wyżej w powietrze, czując, jak prądy nieomalże same ich niosą. Podziemne królestwo, zbudowane z kryształów. Kraina chmur, gdzie wszystko było tak miękkie w dotyku, jak się wyobrażało, spoglądając w niebo na niektóre obłoki.
Każda scena była coraz krótsza i krótsza, choć z początku różnicy nie dało się zauważyć. A jednak… skoki były coraz szybsze i szybsze, otoczenie się zmieniało jak w kalejdoskopie.
Jezioro zdające się być wypełnione światłem gwiazd. Ogród pełen róż. Ławice różnobarwnych ryb, dłonie przesuwające się po koralowcu o niezwykle żywych barwach. Świat urósł nagle do gigantycznych rozmiarów – zmieli się w tycie mrówki, uciekające przed pikującym właśnie ptakiem…
Ciemność.
Krąg świec, spalane zioła, gryzący w nos dym. Cichy, monotonny szept, smak popiołu w ustach. Jeżące się włosy.
Feeria kolorów, ale nie jaskrawych, przytłumionych, zżeranych przez szarość, osuwających się w czerń. Utrata gruntu pod nogami.
Długie, naprawdę długie spadanie, bez możliwości zaczepienia gdziekolwiek. Tylko czerń i morderczy pęd, nic więcej nie istniało…
… jasność.
Leta gwałtownie zaczerpnęła oddechu, zrywając się do pozycji siedzącej. To nie była dobra noc, bynajmniej, nie czuła, żeby przyniosła jej zwyczajowy wypoczynek. Wewnętrzne uczucie paniki stopniowo ustępowało, im bardziej sobie uświadamiała, że przecież naprawdę znajduje się we własnym domu, we własnym łóżku i nikt nie stoi tu obok z nożem w ręce.
Nożem. W. Ręce.
Jeszcze tego nie czuła – zerknęła – poczuła. Czerwień rozlała się po rękawie koszuli nocnej, zaplamiła też prześcieradło i kołdrę. Zaklęła – nie, spróbowała zakląć – odkryła, że mówienie sprawia trudności, choć nie powinno było.
Sen nie był tylko snem, pojmowała to coraz lepiej z każdą sekundą. I z każdą sekundą furia coraz bardziej podnosiła swój łeb, a w gardle wzbierał warkot, mający przerodzić się we wściekłe wycie.
Już mu taką klątwę dojebie, że się nie pozbiera do końca swoich dni – tego była pewna.
… tylko najpierw musiała go znaleźć, prawda?
I znaleźć w sobie dość siły, żeby spuścić stopy na podłogę.
Sen się rozpadł.
Ale trwał dalej.
Ciemność.
Siedzieli na stopniach altany, rozmawiając cicho. O przyszłości, o wykopaliskach, o tym, co odnalazł w Peru. Że nie da się zamknąć w klatce małżeństwa, poczeka może miesiąc czy dwa i niech się dzieje, co chce.
Ciemność.
Trzymał ją „na barana”, gdy uważnie studiowała runiczny tekst na szczycie bramy.
Ciemność.
Siedzieli na hipogryfach, wiatr targał włosy. Biegli przez łąki, pęd burzył im futro. Machnięcie skrzydeł – wzbijali się wyżej w powietrze, czując, jak prądy nieomalże same ich niosą. Podziemne królestwo, zbudowane z kryształów. Kraina chmur, gdzie wszystko było tak miękkie w dotyku, jak się wyobrażało, spoglądając w niebo na niektóre obłoki.
Każda scena była coraz krótsza i krótsza, choć z początku różnicy nie dało się zauważyć. A jednak… skoki były coraz szybsze i szybsze, otoczenie się zmieniało jak w kalejdoskopie.
Jezioro zdające się być wypełnione światłem gwiazd. Ogród pełen róż. Ławice różnobarwnych ryb, dłonie przesuwające się po koralowcu o niezwykle żywych barwach. Świat urósł nagle do gigantycznych rozmiarów – zmieli się w tycie mrówki, uciekające przed pikującym właśnie ptakiem…
Ciemność.
Krąg świec, spalane zioła, gryzący w nos dym. Cichy, monotonny szept, smak popiołu w ustach. Jeżące się włosy.
Feeria kolorów, ale nie jaskrawych, przytłumionych, zżeranych przez szarość, osuwających się w czerń. Utrata gruntu pod nogami.
Długie, naprawdę długie spadanie, bez możliwości zaczepienia gdziekolwiek. Tylko czerń i morderczy pęd, nic więcej nie istniało…
… jasność.
Leta gwałtownie zaczerpnęła oddechu, zrywając się do pozycji siedzącej. To nie była dobra noc, bynajmniej, nie czuła, żeby przyniosła jej zwyczajowy wypoczynek. Wewnętrzne uczucie paniki stopniowo ustępowało, im bardziej sobie uświadamiała, że przecież naprawdę znajduje się we własnym domu, we własnym łóżku i nikt nie stoi tu obok z nożem w ręce.
Nożem. W. Ręce.
Jeszcze tego nie czuła – zerknęła – poczuła. Czerwień rozlała się po rękawie koszuli nocnej, zaplamiła też prześcieradło i kołdrę. Zaklęła – nie, spróbowała zakląć – odkryła, że mówienie sprawia trudności, choć nie powinno było.
Sen nie był tylko snem, pojmowała to coraz lepiej z każdą sekundą. I z każdą sekundą furia coraz bardziej podnosiła swój łeb, a w gardle wzbierał warkot, mający przerodzić się we wściekłe wycie.
Już mu taką klątwę dojebie, że się nie pozbiera do końca swoich dni – tego była pewna.
… tylko najpierw musiała go znaleźć, prawda?
I znaleźć w sobie dość siły, żeby spuścić stopy na podłogę.
388/2096