Rozszerzyła oczy w niemym strachu, gdy Lazaurs powtórzył o tym, że teleportacja nie działa, ale za chwilę ta emocja uległa rozproszeniu, a McGonagall przeniosła spojrzenie na niebo, wyczekując kolejnej błyskawicy, która miała rozświetlić niebo. Długo czekać nie musiała i, co trzeba było przyznać, nieznajomy najpewniej miał rację. Co… niespecjalnie polepszało ich sytuację, chociaż oczywiście tłumaczyło pewne rzeczy. Musieli wpaść w jakiś kocioł magicznej energii, który zakłócił teleportację i kto wie, może nawet wywiało ich gdzieś całkowicie daleko od celu podróży, ale też miejsca, z którego w ogóle się przenosili.
Nie zdążyła nawet w żaden sposób zareagować na to, że mężczyzna złapał ją za rękę i pociągną za sobą, zmuszając, żeby się ruszyła i pobiegła za nim, próbując mu dotrzymać tępa. W pierwszej chwili chciała stanąć i mu się wyrwać, ale głośny grzmot sprawiający wrażenie, jakby strzeliło gdzieś blisko nich szybko wywiał jej z głowy te pomysły – i tak właśnie znaleźli się pomiędzy drzewami tuż przed tym, jak z chmur oberwała się woda idąc w ślad za tymi pojedynczymi kroplami, które były tylko wstępem do całej historii.
– Chyba nigdy jeszcze nie widziałam takiej burzy – przyznała, gdy już znaleźli się pomiędzy drzewami, a Ginny zadzierała głowę trochę z ciekawości, chcąc zobaczyć jak te drzewa radzą sobie z deszczem. Pewnie byłoby lepiej gdyby nie to, że te już potraciły liście, a Egipcjanka przestała się gapić w niebo jak kilka kropel wpadło jej prosto do oka. – To chyba faktycznie może być magiczne – dodała po chwili zastanowienia i przetarła czoło wierzchem dłoni. Nie miała wielkiego doświadczenia w burzach z deszczem – to co znała, to w większości były burze piaskowe, więc w tym momencie czuła się mocno skonfundowana.
– Guinevere McGonagall – przedstawiła się po chwili, również orientując się, że po takim czasie dopiero doszło do wymiany imion, ale z drugiej strony w tej dość dynamicznej scenerii nie było to nadzwyczaj dziwne.
Gdyby nie to, że miała poczucie, że ciągle czuje mdłości – od tej dziwacznej teleportacji, bardziej gwałtownej niż zwykle, od tego nagłego biegu, to może by jakoś zareagowała i odmówiła wejście pod płaszcz bądź co bądź nieznajomego, ale w tych warunkach i z deszczem, który na ten moment lał już tak mocno, że z każdym krokiem czuła, że ma coraz więcej wody z butach, nawet nie zaprotestowała, teraz skupiając się tylko na tym, by iść… Dokądś. Nie wiedziała dokąd, ale widziała na ziemi ścieżkę.
– Może… Tu musi się dziać coś dziwnego. Ta dziwna burza, wielki deszcz, to że teleportacja nagle nie działa – mruczała pod nosem, próbując wysilić pamięć i odkopać w pamięci podobne zdarzenie, o którym mogła gdzieś przeczytać. Nic takiego nie przychodziło jej jednak do głowy, co nie było specjalnie dziwne, skoro obszarem jej głównej pracy przez bardzo długi czas był zupełnie inny obszar na ziemi. Zdecydowanie mniej deszczowy. Trzymała teraz przedramię przy brzuchu, jakby w geście obronnym, czując ciągle jak coś tam jej się wywraca w żołądku. A najgorsze w tym wszystkim było to, że ten deszcz był zwyczajnie zimny. I dokąd tak zmierzali? Jak długo miało jeszcze padać? Za chwilę zrobi się zupełnie ciemno, a oni byli w tym lesie, co prawda nie jakoś bardzo gęstym, ale jednak…
W oddali zamajaczyły światła. Guinevere zmrużyła oczy, wciąż trzymając różdżkę w dłoni i skupiła się, by zmienić swoje oczy na złote o pionowych źrenicach, chcąc lepiej widać w szybko gasnącym świetle dnia.
– Tam coś chyba jest – wskazała ręką przed nich. I… wyglądało to jakby to były światła w jakimś… budynku? Domu? Ale tutaj? McGonagall nie zamierzała wybrzydzać. – Może pozwolą nam się schować i przeczekać deszcz – mruknęła.