Z Robertem to było tak, że po wzięciu go pod włos, trzeba było potem z włosem. Na przykład być grzecznym chociaż chwilę, żeby staruszek zapomniał (a przynajmniej była nadzieja głupców, że zapomni) i potem znowu można było go trochę podrażnić. Z umiarem. I tylko wtedy, kiedy się wiedziało, że można sobie na to pozwolić. Sauriel więc pozwalał sobie w takich momentach jak ten. Albo jak byli przed domem tego "biednego" człowieka, któremu niedługo głowa spadnie z wrażenia. Hehe. Tak czy siak - Robert nie należał do osób, które czarnowłosy chciał wkurwić do końca. Probleem polegał na tym, że mijał czas, a Kot miał coraz bardziej wyjebane. I to po prostu było widać. I czuć. Przynajmniej dla takich osób jak Robert, z którymi po prostu często pracował. Jakoś tak na nieszczęście samego Mulcibera wyszło, że doskonale się uzupełniali umiejętnościami. Choć sam Sauriel wolał mówić, że to po prostu braki w kadrach i jak się nie ma, co się lubi, to się... lubi co się ma? No niekoniecznie lubi. Ale na pewno - pracuje z tym, co ma.
Już skończył swoje pyskowanki i po prostu w ciszy pomagał Robertowi, czy to podając mu książki z podłogi, czy to coś przytrzymując czy przekładając. Widział i rozumiał, do czego porządek tu dąży. Więc słowa między nimi nie były potrzebne. Jak, o zgrozo, zazwyczaj. Ten chwilowy spokój przecinany jedynie dźwiękiem szurających tomiszczy po drewnie i po panelach został przerwany przez pojawienie się kogoś. I o ile zainteresowanie nowym osobnikiem ze strony Sauriela miało moc określoną jako "zainteresowany", tak kiedy padło magiczne słowo ojcze Sauriel otworzył szerzej oczy i opuścił dłoń trzymającą jedną z książek, a jego twarz przyozdobił uśmiech. I to nie był dobry uśmiech. Przypominał moment, w którym pantera napręża swoje mięśnie, skryta między listowiem. Choć Sauriel swoich wcale nie spiął.
- Talerz, ha. Zabawne, że wspominasz... - Czarnowłosy przesunął językiem po zębach, prezentując swoje wysunięte teraz przez moment, ostre kły. Mimo wszystkich romantycznych książek, jakie potrafiły się pojawiać, wampiry z romantyzmem miały tyle wspólnego co gówno z różą. Choć akurat ze strony Rookwooda był to teraz ledwo mały żarcik. Albo i nie..? - Pieszczoty po pracy, Wilhelmiku. - Dodał na wspomnienie o tej trumnie i pieczętowaniu. Szczerze nie miał pojęcia, czy mężczyzna tworzył przytyk do niego samego, czy może naprawdę odnosił się do roboty, jaką mają. Bo jeśli to pierwsze to szacuneczek. To znaczy - szacuneczek ze strony Sauriela. Ale mógł się tylko domyślać co do tego. Odłożył książkę, tracąc nią zainteresowanie.
- Dobrze Misie-Pysie. - Sauriel klasnął w dłonie i zatarł je, uśmiechnięty od ucha do ucha. Oczywiście zrobił to, kiedy Robert skończył. - Przedstawię wam artystyczną wizję. Mężczyznę wieszamy pod sufitem, na hakach wbitych w skórę. Motyw: marionetka. Ucinamy mu głowę - nie, nie w tej kolejności, najpierw głowę, potem wieszanie - i stawiamy na krzesełku naprzeciwko ciała. Korona dla tego pana jest tutaj. - Pokazał palcem na wieniec na swojej głowie. Niekoniecznie tutaj każdy musiał wiedzieć, ale ta ciernista korona z żółtych róż była symbolem tak męczennictwa jak i zarazem zdrady. Albo raczej - żółte róże tym symbolem zdrady były. - A ponieważ nie szanujemy tego pana to ucinamy mu jajca i wsadzamy we własną paszczę. Umiesz, młody, pracować maczetą? - Śmieszna sprawa, bo Sauriel wyglądał młodziej od Stanleya. Ale on ogólnie wyglądał... młodo. Na dwadzieścia lat około. W kwestii wampirów jednak to nigdy nie było oczywiste. - Jak nie to cię nauczę. - Powiedzieć że Sauriel się dobrze bawił to byłoby lekkie niedomówienie. Ale cóż, artyści już tak mają... prawda? - Jestem otwarty na sugestie. - Dodał w razie wątpliwości, że to nie był projekt twórczy... zamknięty.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.