Los był przewrotny, bo wspomnienia Lucy, pokazane przez dziewczynkę z zapałkami, były raniące dla ich oboje. Wszystkie dotyczyły śmierci Derwina. Dziewczynka zaśmiała się w sposób, którego nie dało się nazwać ani dziecięcym ani serdecznymi i zniknęła, nie biegnąc, ale rozpływając się w powietrzu. W końcu była jedynie jakimś rodzajem poltergeista, który zamiast animować przedmioty, zakradał się do głów swoich ofiar i animował ich wspomnienia. Tak okrutnie, jak sama umarła, tak okrutnie czyniła sobie z tymi, których nawiedzała.
Nie pokazała wspólnych wakacji, gdy młodszy brat Derwina wylegiwał się w słońcu z książką o zaawansowanych procesach astrokartograficznych, dzieciaki bawiły się nad jeziorem, a jej ojciec przynosił im dzbanki z lemoniadą oraz kanapki z twarogiem i rzodkiewkami i przestrzegał przed wirami wodnymi. Ani wspólnych świat, ani wycieczek na Pokątną po wyprawkę do szkoły.
Jedynyn pocieszeniem teraz było to, że Derwin nie nawiedzał nikogo, odszedł w spokoju do Limbo. Do Bogów.
— Wracajmy do Warowni — zaproponował wujek cicho. — Pewnie czekają na nas z obiadem.