08.12.2025, 13:08 ✶
Ceolsige z uwagą przyjrzała się twarzy Helloise, gdy ta z dumą prezentowała wybrany zapach. Temat klątw, choć fascynujący w swojej mrocznej naturze i potencjale zarobkowym, postanowiła na ten moment odłożyć na półkę pamięci, tuż obok informacji o cenach rzadkich składników. Tajemnica kryjąca sie za nimi była zbyt kusząco zajmująca by się nią teraz rozpraszać.
Zamiast tego skupiła się na słoiczku z gęstą, czerwoną miksturą. Uśmiechnęła się kącikiem ust, obserwując satysfakcję malującą się na twarzy wiedźmy. Było coś kojącego w patrzeniu na rzemieślnika pewnego swego fachu; przypominało jej to godziny spędzone w dzieciństwie na obserwowaniu ojca przy pracy.
Gdy jednak Helloise wspomniała o szkatułkach i "nowoczesnych" darach, na twarz Ceolsige wpłynął wyraz, który można by określić jedynie mianem uprzejmej, arystokratycznej drwiny.
— Puzderko? — powtórzyła, a słowo to w jej ustach miało coś z obelgi. — Moja droga, przyszłam do wiedźmy z Kniei po wieniec ofiarny, a nie do sklepu z pamiątkami po prezent na rodzinny obiad. — Pokręciła głową z rozbawieniem. — Nie mitrężylabym twojego czasu na półśrodki.
Jej dłoń powędrowała do kosza z figurkami. Długie, smukłe palce wyłowiły drewniany symbol potrójnego księżyca. Obracała go chwilę w świetle, doceniając precyzję wykonania.
— To jest doprawdy piękne — przyznała szczerze, odkładając symbol na bok, by sięgnąć po małą, drewnianą wiewiórkę. Uniosła ją na wysokość oczu Helloise, a potem przeniosła spojrzenie na rude włosy gospodyni. — Wiesz... te wiewiórki jakoś dziwnie do ciebie pasują. Ciągły ruch, zapasy, las... — rzuciła z przekornym błyskiem w oku. — Choć, prawdę mówiąc, podejrzewałabym cię raczej o lisy. Jest w tobie coś z ich przebiegłości.
Westchnęła cicho i odłożyła figurkę z powrotem do kosza. Atmosfera w kuchni zmieniła się nieznacznie, gdy Ceolsige zamilkła. Jej spojrzenie uciekło w stronę okna, błądząc gdzieś po widocznej w oddali ścianie lasu, jakby szukała tam słów.
— Lecąc tutaj, miałam w głowie inny obraz. Bardziej... statyczny — zaczęła powoli, a jej głos stał się niższy, bardziej nastrojowy. — Ale teraz, czując ten las i ten dym... widzę to inaczej.
Oderwała wzrok od szyby i spojrzała prosto w oczy Helloise. W jej spojżeniu było coś surowego. Wewnętrzna pewność wynikająca z nagłego oświecenia.
— Widzę ciemną polanę w głębi Kniei. Pośrodku stoi jedna świeczka, niewielka, dająca nikłe, blade światło. Jak księżyc w nowiu. — Wykonała dłonią powolny, kolisty ruch w powietrzu. — A wokół niej... koń. W pełnym galopie, z rozwianą grzywą. Pędzi dookoła tego światła, zziajany, zdyszany, na granicy sił. Pędzi na ślepo, szukając swojej krawędzi, swojego końca.
Opuściła dłoń, ale intensywność jej spojrzenia nie zmalała.
— Czy mogłabyś spleść i nasączyć ten wieniec tak... — zawiesiła głos, szukając odpowiedniego określenia technicznego — ...żeby ogień trawił go od zewnątrz do środka? Żeby płomienie zacieśniały krąg, goniąc ku centrum, aż zostanie tylko ta jedna świeca na sam koniec? - zapytała z dobrze maskowaną niepewnością, czy nadzieja nie byłaby płonna. Jakby to był kluczowy element, choć sama nie wiedziałą czemu teraz zagościł w niej ten pomysł.
Zamiast tego skupiła się na słoiczku z gęstą, czerwoną miksturą. Uśmiechnęła się kącikiem ust, obserwując satysfakcję malującą się na twarzy wiedźmy. Było coś kojącego w patrzeniu na rzemieślnika pewnego swego fachu; przypominało jej to godziny spędzone w dzieciństwie na obserwowaniu ojca przy pracy.
Gdy jednak Helloise wspomniała o szkatułkach i "nowoczesnych" darach, na twarz Ceolsige wpłynął wyraz, który można by określić jedynie mianem uprzejmej, arystokratycznej drwiny.
— Puzderko? — powtórzyła, a słowo to w jej ustach miało coś z obelgi. — Moja droga, przyszłam do wiedźmy z Kniei po wieniec ofiarny, a nie do sklepu z pamiątkami po prezent na rodzinny obiad. — Pokręciła głową z rozbawieniem. — Nie mitrężylabym twojego czasu na półśrodki.
Jej dłoń powędrowała do kosza z figurkami. Długie, smukłe palce wyłowiły drewniany symbol potrójnego księżyca. Obracała go chwilę w świetle, doceniając precyzję wykonania.
— To jest doprawdy piękne — przyznała szczerze, odkładając symbol na bok, by sięgnąć po małą, drewnianą wiewiórkę. Uniosła ją na wysokość oczu Helloise, a potem przeniosła spojrzenie na rude włosy gospodyni. — Wiesz... te wiewiórki jakoś dziwnie do ciebie pasują. Ciągły ruch, zapasy, las... — rzuciła z przekornym błyskiem w oku. — Choć, prawdę mówiąc, podejrzewałabym cię raczej o lisy. Jest w tobie coś z ich przebiegłości.
Westchnęła cicho i odłożyła figurkę z powrotem do kosza. Atmosfera w kuchni zmieniła się nieznacznie, gdy Ceolsige zamilkła. Jej spojrzenie uciekło w stronę okna, błądząc gdzieś po widocznej w oddali ścianie lasu, jakby szukała tam słów.
— Lecąc tutaj, miałam w głowie inny obraz. Bardziej... statyczny — zaczęła powoli, a jej głos stał się niższy, bardziej nastrojowy. — Ale teraz, czując ten las i ten dym... widzę to inaczej.
Oderwała wzrok od szyby i spojrzała prosto w oczy Helloise. W jej spojżeniu było coś surowego. Wewnętrzna pewność wynikająca z nagłego oświecenia.
— Widzę ciemną polanę w głębi Kniei. Pośrodku stoi jedna świeczka, niewielka, dająca nikłe, blade światło. Jak księżyc w nowiu. — Wykonała dłonią powolny, kolisty ruch w powietrzu. — A wokół niej... koń. W pełnym galopie, z rozwianą grzywą. Pędzi dookoła tego światła, zziajany, zdyszany, na granicy sił. Pędzi na ślepo, szukając swojej krawędzi, swojego końca.
Opuściła dłoń, ale intensywność jej spojrzenia nie zmalała.
— Czy mogłabyś spleść i nasączyć ten wieniec tak... — zawiesiła głos, szukając odpowiedniego określenia technicznego — ...żeby ogień trawił go od zewnątrz do środka? Żeby płomienie zacieśniały krąg, goniąc ku centrum, aż zostanie tylko ta jedna świeca na sam koniec? - zapytała z dobrze maskowaną niepewnością, czy nadzieja nie byłaby płonna. Jakby to był kluczowy element, choć sama nie wiedziałą czemu teraz zagościł w niej ten pomysł.