Tak, skala tego dziwnego zjawiska rzeczywiście była dziwnie duża, bo Guinevere robiła kilka skoków z Walii do Londynu (nie mając odwagi pokonać tego wszystkiego na raz), a stamtąd pod Londyn i… po drodze ewidentnie coś poszło mocno nie tak. Nie miała jednak czasu tego analizować, czy raczej – czas miała, tylko głowy jakoś niespecjalnie, bo rozmyślała teraz nad ogólną osobliwością tegoż tajemniczego zjawiska, próbując przy tym powstrzymać mdłości i ból brzucha. To znaczy nie sądziła, żeby miała zaraz znowu wymiotować, ale ewidentnie ta teleportacja była bardziej gwałtowna niż wszystkie inne w ostatnim czasie, bo no jasne – często szła na boczek, ale dzisiaj nie była w stanie wytrzymać nawet kilku sekund, a poza tym powaliło ją na kolana.
Przyspieszyła trochę, zmuszając i Lazarusa do tego samego, żeby po prostu dostać się do tego domku jak najszybciej. Nawet jeśli mieliby ich nie wpuścić do środka, to jakoś o wiele przytulniej było przycupnąć pod daszkiem blisko budynku, niż w środku lasu, w którym robiło się coraz ciemniej, a grzmoty wcale nie ustępowały, podążając za co i rusz rozświetlającymi niebo błyskami. Tam, na ganku, McGonagall odruchowo wykręciła sobie włosy z wody i trzepnęła kilka razy nogą, jakby to miało pomóc z wylaniem wody z butów (a nie pomogło wcale, więc szybko dała sobie spokój).
– Tak… Źle znoszę teleportację, to nic takiego, przejdzie mi – odparła na jego pytanie i spróbowała się uśmiechnąć, a ostatecznie wzięła kilka głębszych oddechów, po czym kiwnęła głową. Tak, to mogli być mugole… i Dobrze, że Lazarus zwrócił jej uwagę na oczy. – Racja – mruknęła i te dwa uderzenia serca później wróciły już do normalności, czyli do bycia jasnobrązowymi i o całkowicie normalnych źrenicach. Różdżkę wsadziła sobie do kieszeni. Bez kociego wzroku wydawało się nagle tak… nieostro, ciemno wręcz w tym półmroku. Stanęła za to obok Lovegooda, gdy ten zastukał w drzwi i… czekali.
Przez moment nic się nie działo, ale za chwilę ich uszu dobiegło radosne szczekanie, potem miękkie kroki, a drzwi w końcu się otwarły.
– Dobry wieczór, przepraszamy, że prze- zaczęła Ginevra, ale nie zdążyła dokończyć, bo zaraz jej przerwano.
– Ojjj – padło od progu, bo blondwłosa, piękna dziewczyna zmarszczyła brwi, znowu błysnęło i zobaczyła w pełni dwie przemoczone osoby. Nie wydawała się być szczególnie zdziwiona. – Tak myślałam, że niedługo ktoś się zjawi. Wchodźcie, wchodźcie! Te burze są niebezpieczne, za każdym razem ktoś gubi się w tej głuszy, a nie każdemu udaje się odnaleźć drogę – odsunęła się, robiąc miejsce dwójce przemoczonym wędrowców. Przy tym Ginny wybałuszyła trochę oczy, bo była gotowa na wielką przemowę o tym, że się zgubili i prośbę, czy mogą przeczekać, ale nie spodziewała się, że zostaną zaproszeni do środka tak od razu. – Nie patrzcie tak na mnie, przecież was nie zjem – roześmiała się dziewczyna.
– Goście! Goście! – krzyczał dziwaczny, niski głos z wyjątkowo dziwnym akcentem, a gdy McGonagall przekręciła głowę, to w polu widzenia zobaczyła… psa.
Gadającego psa.
Chyba jednak nie trafili wcale na mugoli. Westchnęła więc z pewną ulgą i przekroczyła próg domu, odwracając jeszcze spojrzenie na Lazarusa. Nie czuła się do końca komfortowo, nie wiedziała jednak jak na to wszystko zareaguje ten… znajomy-nieznajomy.
– Cichaj, Burek! – dziewczyna odwróciła głowę, po czym spojrzała na Lazarusa i Ginny nieco zakłopotana. – Nie przejmujcie się, zawsze jest podekscytowany nowymi osobami. Przyniosę wam ręczniki – i zniknęła w korytarzu.
– Co myślisz? – to Ginny szepnęła do Lazarusa. Było… niezręcznie. Ale darowanemu koniu nie zaglądało się w zęby, tak?