09.12.2025, 19:29 ✶
Savoy był miejscem, w którym ludzie nigdy nie musieli zadawać sobie pytania, czy ich na coś stać. Ja je zadawałem codziennie przez ostatnie piętnaście lat, Prue też - tyle że ona robiła to z rozsądku, ja z konieczności, bo cholera wiedziała, jakie i kiedy dostanę zlecenia. Tym razem jednak oboje stawialiśmy na celebrację, dokładnie taką, na jaką zasługiwała ta noc, nasza chwila. Patrzyłem, jak Prue mierzyła wzrokiem fasadę budynku, jak jej oczy biegły po złotych oknach, po światłach, po misternych gzymsach, które wyglądały jak wyjęte z mugolskiego filmu o arystokracji. Widziałem lekkie napięcie w jej ramionach, to subtelne, jednostajne drgnięcie palców na mojej dłoni, a jednak nie było w tym obawy, ta nam już nie towarzyszyła.
Ta noc zostawiła swoje ślady na naszych twarzach, ubraniach, włosach - zdecydowanie nie wyglądaliśmy jak typowi goście podobnych miejsc - byliśmy mieszaniną deszczu, ciemności i czegoś intensywnie prywatnego, wyglądaliśmy jak ludzie, którzy przez lata mieli do czynienia ze wszystkim oprócz złotych klamek i kelnerów w białych rękawiczkach. Savoy mógł być jednak ogromny, mugolski i absurdalnie pretensjonalny…
Ale tej nocy był nasz.
Przygryzłem dolną wargę, czekając aż pomysł, który zakiełkował w mojej głowie, dojrzeje… A kiedy go wypowiedziałem, jej reakcja była czystym déjà vu - zmrużone oczy, drobne westchnięcie, jakby powoli godziła się z faktem, że właśnie zmierzamy ku katastrofie, która z jakiegoś powodu zawsze kończyła się dobrze. Każdy mój pomysł, który zaczynał się od „mam plan”, powinien budzić instynkt samozachowawczy. U niej budził… Coś zupełnie innego. Spojrzała na mnie, z tym charakterystycznym „co tam znowu chodzi ci po głowie”, a ja poczułem uderzenie wspomnień - Prue z błoni, Prue śmiejąca się pod drzewem, Prue na szóstym roku mówiąca „Rookwood…” takim tonem, jakby wyzywała mnie do pojedynku, a potem idąca za mną, bo „coś kombinowałem…”
- No tak, moja specjalistka od teolii. - Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy rzuciła komentarz o swojej transmutacji. - Pamiętam. Balso dobsze pamiętam. - Złapałem powietrze w krótkim, wstrzymanym rozbawieniu, ale nie pozwoliłem, by wymsknęło mi się zbyt głośno, nie chciałem, żeby myślała, że z niej żartuję.
Oczywiście, że pamiętałem jej przeboje z transmutacją - pamiętałem każde „nie wierzę, że to nie zadziałało, bo powinno”, pamiętałem jej minę, kiedy zaklęcie miało mieć prosty efekt, a wychodziło coś kompletnie niezamierzonego.
- Potlafiłaś intuicyjnie zamieniś tylko jedną szesz w tlakcie całej siódmej klasy. Swoją cielpliwość. Na wściekłość. Głównie pszeze mnie. - To też pamiętałem, a jakże, chcąc to teraz obrócić w żart, by trochę ją rozbawić albo przynajmniej wywołać wywrócenie oczami - identyczne do tego, jakie ja zrobiłem chwilę później, gdy powiedziała, byśmy nie przesadzali. Jej mina na wzmiankę o „moich genialnych pomysłach” była tak znajoma, że prawie parsknąłem śmiechem,
Prue mogła być sceptyczna wobec wszystkiego poza mną - w moją głupotę i moje błyskotliwości wierzyła od zawsze. Oczywiście, że lubiłem przesadzać - znała mnie, to była ta moja część bardzo dalekiego, a jednak, pokrewieństwa z rodem Greengrassów.
A potem mugole - za dużo spojrzeń, za dużo świateł, a magia nie znosiła świadków - wokół nas kręcili się ludzie, którzy nie powinni nas widzieć, to byłoby zbyt ryzykowne, nawet ja nie zamierzałem machać różdżką pod nosem kierowcy taksówki.
- No. - Odpowiedziałem z absolutnie arogancką skromnością. - Mam dłuszsze nogi. - Zanim zdążyła się rozejrzeć, pociągnąłem ją za rękę, prowadząc w bok, tam gdzie ludzkie spojrzenia już nie sięgały, do wąskiego przejścia, które pachniało restauracją i wodą znad rzeki.
Prue uniosła różdżkę, mruknęła zaklęcie pod nosem, a w powietrzu rzeczywiście zamigotał drobny, mleczny błysk - taki, który zapowiadał iluzję, ale nie potrafił się jeszcze w nią ułożyć. Światło rozeszło się cienką falą… I zgasło - ani najmniejszego efektu - mój płaszcz pozostał dokładnie taki sam - skórzany, poprzecierany, ciemny, absolutnie niegodny Savoyu.
- No. - Uniosłem brwi, zbyt zadowolony, jak na kogoś, kogo zaklęcie zupełnie nie objęło. - Wygląda na to, sze według ciebie i tak jusz jestem welsją idealną. - Przechyliłem głowę, patrząc na nią z tym udawanym zadumaniem, którego używałem, kiedy chciałem ją sprowokować, bo wtedy zdecydowanie była jeszcze bardziej zdeterminowana. - Skolo twoja wizja nic nie zmieniła, to chyba oznacza, sze wyglądam dokładnie tak, jak tszeba. Muszę pszyznaś, chélie, to balso pokszepiające dla mojego ego. - Odchrząknąłem - raz, dla porządku, drugi, żeby się nie roześmiać zbyt głośno z samego faktu, jak bardzo jej teraz pewnie podpadłem. - Moja kolej.
Wyciągnąłem różdżkę, ale zatrzymałem ją na moment w pół ruchu, bo twarz Prudence była tak blisko, że mój mózg uznał to za priorytet. Odchrząknąłem, niezgrabnie, za nisko, zbyt zachrypnięcie jak na kogoś, kto zamierzał skupić się na magii, próbując zebrać myśli, jakbym był uczniem, a nie mężczyzną, który miał na koncie więcej pojedynków niż zdrowych decyzji.
- Dobsze… Splóbujmy… - Mruknąłem, mrużąc oczy, próbując nie zauważać tego, że każdy, absolutnie każdy fragment ciała mojej drogiej małżonki przyciągał mój wzrok bardziej niż własna różdżka. - To tylko iluzja, tak? Bułka s masłem.
Ale - niestety, albo stety - wciąż byłem rozproszony jej zapachem, jej bliskością, jej faktem istnienia pół centymetra od mojej klatki piersiowej. Odchrząknąłem, żeby zebrać się w sobie i odsunąć wszelkie „rozpraszacze” na niedalekie później, chociaż cholera, gdy była tak blisko, nie miałem siły ani ochoty odsuwać czegokolwiek. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, celowo, powoli, zbierając skupienie, by wreszcie rzucić zaklęcie, sięgając po prosty czar z dziedziny transmutacji, aby trochę podrasować jej ubrania i zrobić lekki porządek z włosami. Zacząłem formować w głowie zaklęcie, czując ciepło delikatnej dłoni w mojej.
[i]transmutacja ○○○○○ - prezencja Prue]
Ta noc zostawiła swoje ślady na naszych twarzach, ubraniach, włosach - zdecydowanie nie wyglądaliśmy jak typowi goście podobnych miejsc - byliśmy mieszaniną deszczu, ciemności i czegoś intensywnie prywatnego, wyglądaliśmy jak ludzie, którzy przez lata mieli do czynienia ze wszystkim oprócz złotych klamek i kelnerów w białych rękawiczkach. Savoy mógł być jednak ogromny, mugolski i absurdalnie pretensjonalny…
Ale tej nocy był nasz.
Przygryzłem dolną wargę, czekając aż pomysł, który zakiełkował w mojej głowie, dojrzeje… A kiedy go wypowiedziałem, jej reakcja była czystym déjà vu - zmrużone oczy, drobne westchnięcie, jakby powoli godziła się z faktem, że właśnie zmierzamy ku katastrofie, która z jakiegoś powodu zawsze kończyła się dobrze. Każdy mój pomysł, który zaczynał się od „mam plan”, powinien budzić instynkt samozachowawczy. U niej budził… Coś zupełnie innego. Spojrzała na mnie, z tym charakterystycznym „co tam znowu chodzi ci po głowie”, a ja poczułem uderzenie wspomnień - Prue z błoni, Prue śmiejąca się pod drzewem, Prue na szóstym roku mówiąca „Rookwood…” takim tonem, jakby wyzywała mnie do pojedynku, a potem idąca za mną, bo „coś kombinowałem…”
- No tak, moja specjalistka od teolii. - Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy rzuciła komentarz o swojej transmutacji. - Pamiętam. Balso dobsze pamiętam. - Złapałem powietrze w krótkim, wstrzymanym rozbawieniu, ale nie pozwoliłem, by wymsknęło mi się zbyt głośno, nie chciałem, żeby myślała, że z niej żartuję.
Oczywiście, że pamiętałem jej przeboje z transmutacją - pamiętałem każde „nie wierzę, że to nie zadziałało, bo powinno”, pamiętałem jej minę, kiedy zaklęcie miało mieć prosty efekt, a wychodziło coś kompletnie niezamierzonego.
- Potlafiłaś intuicyjnie zamieniś tylko jedną szesz w tlakcie całej siódmej klasy. Swoją cielpliwość. Na wściekłość. Głównie pszeze mnie. - To też pamiętałem, a jakże, chcąc to teraz obrócić w żart, by trochę ją rozbawić albo przynajmniej wywołać wywrócenie oczami - identyczne do tego, jakie ja zrobiłem chwilę później, gdy powiedziała, byśmy nie przesadzali. Jej mina na wzmiankę o „moich genialnych pomysłach” była tak znajoma, że prawie parsknąłem śmiechem,
Prue mogła być sceptyczna wobec wszystkiego poza mną - w moją głupotę i moje błyskotliwości wierzyła od zawsze. Oczywiście, że lubiłem przesadzać - znała mnie, to była ta moja część bardzo dalekiego, a jednak, pokrewieństwa z rodem Greengrassów.
A potem mugole - za dużo spojrzeń, za dużo świateł, a magia nie znosiła świadków - wokół nas kręcili się ludzie, którzy nie powinni nas widzieć, to byłoby zbyt ryzykowne, nawet ja nie zamierzałem machać różdżką pod nosem kierowcy taksówki.
- No. - Odpowiedziałem z absolutnie arogancką skromnością. - Mam dłuszsze nogi. - Zanim zdążyła się rozejrzeć, pociągnąłem ją za rękę, prowadząc w bok, tam gdzie ludzkie spojrzenia już nie sięgały, do wąskiego przejścia, które pachniało restauracją i wodą znad rzeki.
Prue uniosła różdżkę, mruknęła zaklęcie pod nosem, a w powietrzu rzeczywiście zamigotał drobny, mleczny błysk - taki, który zapowiadał iluzję, ale nie potrafił się jeszcze w nią ułożyć. Światło rozeszło się cienką falą… I zgasło - ani najmniejszego efektu - mój płaszcz pozostał dokładnie taki sam - skórzany, poprzecierany, ciemny, absolutnie niegodny Savoyu.
- No. - Uniosłem brwi, zbyt zadowolony, jak na kogoś, kogo zaklęcie zupełnie nie objęło. - Wygląda na to, sze według ciebie i tak jusz jestem welsją idealną. - Przechyliłem głowę, patrząc na nią z tym udawanym zadumaniem, którego używałem, kiedy chciałem ją sprowokować, bo wtedy zdecydowanie była jeszcze bardziej zdeterminowana. - Skolo twoja wizja nic nie zmieniła, to chyba oznacza, sze wyglądam dokładnie tak, jak tszeba. Muszę pszyznaś, chélie, to balso pokszepiające dla mojego ego. - Odchrząknąłem - raz, dla porządku, drugi, żeby się nie roześmiać zbyt głośno z samego faktu, jak bardzo jej teraz pewnie podpadłem. - Moja kolej.
Wyciągnąłem różdżkę, ale zatrzymałem ją na moment w pół ruchu, bo twarz Prudence była tak blisko, że mój mózg uznał to za priorytet. Odchrząknąłem, niezgrabnie, za nisko, zbyt zachrypnięcie jak na kogoś, kto zamierzał skupić się na magii, próbując zebrać myśli, jakbym był uczniem, a nie mężczyzną, który miał na koncie więcej pojedynków niż zdrowych decyzji.
- Dobsze… Splóbujmy… - Mruknąłem, mrużąc oczy, próbując nie zauważać tego, że każdy, absolutnie każdy fragment ciała mojej drogiej małżonki przyciągał mój wzrok bardziej niż własna różdżka. - To tylko iluzja, tak? Bułka s masłem.
Ale - niestety, albo stety - wciąż byłem rozproszony jej zapachem, jej bliskością, jej faktem istnienia pół centymetra od mojej klatki piersiowej. Odchrząknąłem, żeby zebrać się w sobie i odsunąć wszelkie „rozpraszacze” na niedalekie później, chociaż cholera, gdy była tak blisko, nie miałem siły ani ochoty odsuwać czegokolwiek. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, celowo, powoli, zbierając skupienie, by wreszcie rzucić zaklęcie, sięgając po prosty czar z dziedziny transmutacji, aby trochę podrasować jej ubrania i zrobić lekki porządek z włosami. Zacząłem formować w głowie zaklęcie, czując ciepło delikatnej dłoni w mojej.
[i]transmutacja ○○○○○ - prezencja Prue]
Rzut T 1d100 - 30
Akcja nieudana
Akcja nieudana
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)