Miała to do siebie, że wstawała dość wcześnie, wschód słońca przywitał ją więc ślamazarnie, ale w obozie czekała niespodzianka. Guinevere miała w zwyczaju co rano parzyć kawę, a później stawiać sobie tarota, dzisiaj jednak był dzień szczególny: Yule. Co drugi rok wraz z rodziną świętowała w Anglii, wiedziała więc, że dla Anglików jest to cholernie ważne i rozumiała też pewną magię, jaki ten dzień przynosił. To było święto rodzinne, a wielu z archeologów tutaj nie miało jak spędzić ze swoimi bliskimi tego dnia, trzymali się więc razem. Nie mogła ich winić. I dlatego gdy zobaczyła tę wysoką choinkę, po wyjściu ze swojego namiotu, uśmiechnęła się tylko pod nosem. Jej Egipska rodzina zupełnie inaczej spędzała Yule, nikt nie ubierał choinki, w ogóle nie było choinek. Było za to mnóstwo kadzideł i obiad, po którym każdy rozchodził się do swoich zajęć; na pewno nie było to obchodzone z takim zapałem jak w Europie. Mocniej opatuliła się grubym swetrem, poranki były wszak cholernie zimne, a lekki wiatr rozwiał jej włosy.
Wtedy zobaczyła, że światła choinki są czymś przysłonięte – ktoś stał przy niej… Ale niewielu było tutaj tak postawnych mężczyzn. Odpowiedź na to kto dokładnie, nie była obarczona ryzykiem wielkiej pomyłki, a przywoławszy na twarz leniwy uśmieszek, Ginny poszła w stronę drzewka.
– Nie sądziłam, że tak lubisz angielskie tradycje, że sprowadzisz na środek pustyni choinkę – nie widziała w okolicy żadnego innego winowajcy, wniosek więc nasuwał się sam: to dzieło mrukliwego, cynicznego i jakże czasami bezczelnego Cathala. – A tym bardziej, że tak ją przystroisz – dodała i stanęła obok, podziwiając świecące drzewko. Pachniało… Kojarzyło się z lasem, którego w Egipcie nie dało się uświadczyć. Wydawało jej się przy tym, że wyczuwa, pomiędzy wonią drzewka, charakterystyczny zapach żywicy – pamiętała go doskonale po tym, jak jako dziecko bawiła się w sadzie za domem dziadków i palcami dotknęła coś jasnego i śmiesznie lepkiego, a potem biegała po całym podwórku i wysmarowała sobie przy tym ubrania.