10.12.2025, 01:01 ✶
Śnieg był wszędzie, to fakt, ale ja widziałem w nim przede wszystkim amunicję. Albo pułapki, albo coś, w co dało się wpaść z impetem i udawać bohatera wojennego. Snowdonia pachniała zimą tak prawdziwie, aż szczypało w nos, a słońce odbijało się od zasp jak od tysięcy luster. Po Hogwarcie to i tak było inne. Bardziej… Dzikie. Bez murów, bez nauczycieli krzyczących, żebym nie biegał. Wciągnąłem lodowate powietrze tak głęboko, że aż zapiekło w płucach.
Rodzice grali w zadowolonych, to była nowa sztuka, dedykowana tylko temu sabatowi, uśmiechy mieli takie jak z zaczarowanych obrazów, które wiszą krzywo, ale nikt nie ma odwagi ich poprawić. Kolacja była męką, bo wpakowali mnie do stołu dzieci, gdzie czułem się jak zesłany na karną ławkę, chociaż byłem już w Gryffindorze i miałem za sobą pierwszą bójkę na korytarzu - drugą, trzecią i czwartą też, co oznaczało, że byłem już prawie mężczyzną. Siedziałem tam niby posłusznie, ale kopnąłem stół trzy razy, żeby pokazać, co o tym sądziłem. Udawałem znudzonego, chociaż w środku wszystko mi się rwało do biegania, do rzucania się w zaspy, do robienia rzeczy, których absolutnie nie wypadało robić synowi Rookwoodów. Na szczęście planowany na wieczór kulig był jak wybawienie, tam na pewno można było coś odwalić, a potem jeszcze ognisko… To brzmiało jak coś, od czego serce robiło mi się nieprzyzwoicie szybkie.
Rodzina matki gadała i śmiała się za dużo, ale przynajmniej nikt nie patrzył na mnie jak na kłopot, który trzeba było dyscyplinować. Moje siostry chichotały, jakieś kuzynki paplały o prezentach, a ja już myślałem o tym, by wyjść na zewnątrz. Ojciec trzymał się krótko, z tą swoją uśmiechniętą maską, która zawsze drżała mu na krawędziach. Wiedziałem, że wrócimy do domu i znowu będzie tym, kim jest naprawdę, ale tutaj udawał człowieka. Nie miałem zamiaru go z tym konfrontować. Miałem ferie, Yule, święty czas zawieszenia broni. Kiedy dorośli zaczęli śpiewać po tych ich kolorowych napojach, uznałem, że są już nieprzydatni i można im uciec - wymknąłem się na zewnątrz szybciej, niż ktokolwiek zdążył mnie zganić spojrzeniem. Zazdrościłem im trochę, bo mnie jeszcze nikt takich nie dawał, chociaż pewnie bym nie ustał na nogach po jednym, ale przynajmniej byłoby mi ciepło - tak mówili, gdy już się pojawili, zabierając ze sobą piersiówki na dwór.
Potem znowu zrobiło się głośno, jeszcze bardziej chaotycznie - te wszystkie ustalenia i drobne spięcia o to, kto gdzie siada, kto z kim, kto komu zabrał miejsce. Moje najmłodsze siostry znowu próbowały zająć przód sań, więc usłyszałem swoje imię wrzeszczane w trzech tonacjach naraz, wraz z „nawet nie próbuj”, które już brzmiało dokładnie tak samo, niezależnie od ust, spomiędzy których wypadło. Śmieszne - nawet nie planowałem tam siadać, właśnie szukałem najszybszych sanek, gdy zobaczyłem ją przy tych ostatnich. Jakaś dziewczynka - kuzynka od strony matki, chyba trzy czy cztery lata młodsza ode mnie - przeszła obok sanek starszego chłopca, chyba swojego brata, i walnęła w niego spojrzeniem, jakby właśnie zepsuł jej plan podboju świata. Wkurzona, z iskrą w oku, była gotowa kogoś kopnąć w kostkę, nie dało się tego nie zauważyć. Brzmiało znajomo.
A potem padło pytanie.
Podniosłem brwi, jakby mnie to nie ruszało, ale w środku aż mnie ścisnęło z ekscytacji. Spojrzałem na nią z ukosa, udając, że się waham, chociaż decyzja zapadła w sekundę, jeszcze zanim otworzyła usta.
- Jasne, że jadę. Jak ma bujać, to ma bujać porządnie. Z przodu są nudziarze. - Uśmiechnąłem się krzywo, poprawiłem rękawice, zamierzając zająć miejsce, zanim ktoś mógł mnie sprzątnąć na „bezpieczne miejsce dla grzecznych dzieci”.
Rodzice grali w zadowolonych, to była nowa sztuka, dedykowana tylko temu sabatowi, uśmiechy mieli takie jak z zaczarowanych obrazów, które wiszą krzywo, ale nikt nie ma odwagi ich poprawić. Kolacja była męką, bo wpakowali mnie do stołu dzieci, gdzie czułem się jak zesłany na karną ławkę, chociaż byłem już w Gryffindorze i miałem za sobą pierwszą bójkę na korytarzu - drugą, trzecią i czwartą też, co oznaczało, że byłem już prawie mężczyzną. Siedziałem tam niby posłusznie, ale kopnąłem stół trzy razy, żeby pokazać, co o tym sądziłem. Udawałem znudzonego, chociaż w środku wszystko mi się rwało do biegania, do rzucania się w zaspy, do robienia rzeczy, których absolutnie nie wypadało robić synowi Rookwoodów. Na szczęście planowany na wieczór kulig był jak wybawienie, tam na pewno można było coś odwalić, a potem jeszcze ognisko… To brzmiało jak coś, od czego serce robiło mi się nieprzyzwoicie szybkie.
Rodzina matki gadała i śmiała się za dużo, ale przynajmniej nikt nie patrzył na mnie jak na kłopot, który trzeba było dyscyplinować. Moje siostry chichotały, jakieś kuzynki paplały o prezentach, a ja już myślałem o tym, by wyjść na zewnątrz. Ojciec trzymał się krótko, z tą swoją uśmiechniętą maską, która zawsze drżała mu na krawędziach. Wiedziałem, że wrócimy do domu i znowu będzie tym, kim jest naprawdę, ale tutaj udawał człowieka. Nie miałem zamiaru go z tym konfrontować. Miałem ferie, Yule, święty czas zawieszenia broni. Kiedy dorośli zaczęli śpiewać po tych ich kolorowych napojach, uznałem, że są już nieprzydatni i można im uciec - wymknąłem się na zewnątrz szybciej, niż ktokolwiek zdążył mnie zganić spojrzeniem. Zazdrościłem im trochę, bo mnie jeszcze nikt takich nie dawał, chociaż pewnie bym nie ustał na nogach po jednym, ale przynajmniej byłoby mi ciepło - tak mówili, gdy już się pojawili, zabierając ze sobą piersiówki na dwór.
Potem znowu zrobiło się głośno, jeszcze bardziej chaotycznie - te wszystkie ustalenia i drobne spięcia o to, kto gdzie siada, kto z kim, kto komu zabrał miejsce. Moje najmłodsze siostry znowu próbowały zająć przód sań, więc usłyszałem swoje imię wrzeszczane w trzech tonacjach naraz, wraz z „nawet nie próbuj”, które już brzmiało dokładnie tak samo, niezależnie od ust, spomiędzy których wypadło. Śmieszne - nawet nie planowałem tam siadać, właśnie szukałem najszybszych sanek, gdy zobaczyłem ją przy tych ostatnich. Jakaś dziewczynka - kuzynka od strony matki, chyba trzy czy cztery lata młodsza ode mnie - przeszła obok sanek starszego chłopca, chyba swojego brata, i walnęła w niego spojrzeniem, jakby właśnie zepsuł jej plan podboju świata. Wkurzona, z iskrą w oku, była gotowa kogoś kopnąć w kostkę, nie dało się tego nie zauważyć. Brzmiało znajomo.
A potem padło pytanie.
Podniosłem brwi, jakby mnie to nie ruszało, ale w środku aż mnie ścisnęło z ekscytacji. Spojrzałem na nią z ukosa, udając, że się waham, chociaż decyzja zapadła w sekundę, jeszcze zanim otworzyła usta.
- Jasne, że jadę. Jak ma bujać, to ma bujać porządnie. Z przodu są nudziarze. - Uśmiechnąłem się krzywo, poprawiłem rękawice, zamierzając zająć miejsce, zanim ktoś mógł mnie sprzątnąć na „bezpieczne miejsce dla grzecznych dzieci”.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)