10.12.2025, 13:06 ✶
Trudno było być przy niej rozsądnym, ale jeszcze trudniej było nim być przy mnie. Wiedziała to i, sądząc po tym tonie, wcale jej to nie przeszkadzało, miała rację - nie byłem stworzony do powagi, mój świat od zawsze działał na lekko przekrzywionych zasadach, z naszej dwójki, wystarczyło, że ona miała w sobie odrobinę rozsądku. Trudno było przy niej być poważnym człowiekiem, cholernie trudno, każde jej słowo miało ten miękki, zadziorny rytm, który rozsadzał moją cierpliwość od środka, nawet kiedy mówiła coś prostego, potrafiła sprawić, że świat nagle stawał się znacznie bardziej kolorowy. Nie dało się zaprzeczyć, że miała rację - powaga nie była mi pisana, a ona skutecznie przypominała mi, dlaczego. Wystarczyło, że się uśmiechała, a cała logika szła do diabła.
- Niee. - Przyznałem bez wahania, z tą miną, za którą zapewne miała ochotę spoliczkować w czasach szóstej klasy. - Powaga umiela pszy mnie w męczalniach. - Parsknąłem, cicho, nisko, bardziej oddechem. Na jej kolejne zdanie o ego tylko wzruszyłem ramionami, znów udając śmiertelną powagę, chociaż oczy śmiały mi się nieprzyzwoicie. - W końcu jestem twoją… Inwestycją. Nie mosesz pozwoliś, szeby moje ego się zdewaluowało. - Dodałem po chwili, z tym udawanym opanowaniem, które już dawno przestało mnie ratować. Spojrzałem na nią przez moment dłużej, niż wypadało - była blisko, zbyt blisko, jak na towarzyszkę człowieka, który miał cokolwiek jeszcze czarować tej nocy.
Wiedziałem, że widziała, jak się staram - naprawdę próbowałem się skupić, traktowałem tę całą zabawę bardziej serio, niż to warte. Problem w tym, że trudno było panować nad różdżką - każdą - kiedy dzieliły nas centymetry. Nie poddawałem się jednak, oczywiście, że nie, nawet wtedy, gdy Prue patrzyła na mnie z tym cieniem sceptycyzmu, z tą mieszaniną rozbawienia i troski. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, tym z rodzaju „za późno, kochanie, ja krzywdę mam we krwi” i uniosłem brew, jakbym usłyszał coś zupełnie egzotycznego.
- Ty - powiedziałem miękko - mówisz to do człowieka, któly las pszetrwał własne zaklęcie petlyfikujące odbite od metalowej łyski. To tylko tlochę magii tlansmutującej, cósz mose pójść nie tak? - Odparłem półgłosem, a to zdanie samo w sobie powinno było zapalić w powietrzu ostrzegawczy znak. Tyle tylko, że zachowało się zgodnie z całą resztą efektów - nie zrobiło zupełnie nic, bo chyba żadne z nas nie przejęło się tym jakoś wyjątkowo, dziś byliśmy w tym bardzo specyficznym nastroju, luźniejszym niż kiedykolwiek, to był czas na głupoty.
Zerknąłem z rozbawieniem, kiedy próbowała zachować powagę, obserwując, jak staram się skupić. Merlinie, jak ja miałem się skupić, kiedy tak na mnie patrzyła? Każdy ruch, każdy jej gest był drobnym zakłóceniem, rozpraszała mnie nawet ciepłym oddechem, który wchodził mi pod skórę. To, że w ogóle jeszcze próbowaliśmy czarować, było samo w sobie cudem, bo cokolwiek robiliśmy, kończyło się śmiechem, półszeptami, albo tym ciepłym napięciem, które wisiało między nami od chwili, gdy złożyliśmy przysięgę. Światło odbiło się w jej włosach, gdy uśmiechała się półgębkiem, a ja pomyślałem, że jeśli to ma być reszta mojego życia - te błyski, te komentarze, to ciepło, które ciągle czułem w jej obecności - to nie miałem nic przeciwko temu, żeby nigdy już nie dojść do siebie.
Potem przyszła porażka numer dwa - moja, druga, cholera, jedna była niczym, ale dwie z rzędu to już zaczynał być schemat - zjawiskowa porażka, z idealnym obłoczkiem, który wyglądał jak preludium do sukcesu, a okazał się… No, preludium do niczego. Przez chwilę naprawdę wydawało się, że coś się dzieje - srebrna mgiełka wypełniła przestrzeń między nami, wirująca, cięższa niż ta wcześniejsza, gęsta, niosąca w sobie obietnicę sukcesu. Ciepły podmuch przeszedł mi po skórze, różdżka drgnęła w dłoni —i nic.
Tylko cisza, potem echo krótkiego, urwanego westchnienia, które wypuściłem z rezygnacją. Zamarłem na sekundę z różdżką w dłoni, a potem odetchnąłem ciężko, przejeżdżając dłonią po włosach. Popatrzyłem na Prue, z lekkim uniesieniem brwi, z tą samą miną, którą przybierałem zawsze, gdy zgrywałem wyluzowanego po nieudanym zaklęciu. Opuściłem różdżkę, między nami znów było tylko powietrze i napięcie. Miałem ochotę się roześmiać, ale zamiast tego kolejny raz zagryzłem dolną wargę, obserwując, jak jej oczy lśnią w półcieniu. Miała rację - żadne zaklęcie rzucone tego wieczoru nie mogło zmienić faktu, że wszystko już wyglądało dokładnie tak, jak powinno.
- Wchodzimy tak, jak stoimy. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, przekrzywiając lekko głowę. - W końcu, skolo świat sugeluje, sze wyglądamy idealnie, głupio byłoby mu zapszeczaś, fakt. - Przytaknąłem, bo nie było innej opcji, niż zgodzić się z tym stwierdzeniem. No, chyba że chcielibyśmy tu stać do brzasku.
- Niee. - Przyznałem bez wahania, z tą miną, za którą zapewne miała ochotę spoliczkować w czasach szóstej klasy. - Powaga umiela pszy mnie w męczalniach. - Parsknąłem, cicho, nisko, bardziej oddechem. Na jej kolejne zdanie o ego tylko wzruszyłem ramionami, znów udając śmiertelną powagę, chociaż oczy śmiały mi się nieprzyzwoicie. - W końcu jestem twoją… Inwestycją. Nie mosesz pozwoliś, szeby moje ego się zdewaluowało. - Dodałem po chwili, z tym udawanym opanowaniem, które już dawno przestało mnie ratować. Spojrzałem na nią przez moment dłużej, niż wypadało - była blisko, zbyt blisko, jak na towarzyszkę człowieka, który miał cokolwiek jeszcze czarować tej nocy.
Wiedziałem, że widziała, jak się staram - naprawdę próbowałem się skupić, traktowałem tę całą zabawę bardziej serio, niż to warte. Problem w tym, że trudno było panować nad różdżką - każdą - kiedy dzieliły nas centymetry. Nie poddawałem się jednak, oczywiście, że nie, nawet wtedy, gdy Prue patrzyła na mnie z tym cieniem sceptycyzmu, z tą mieszaniną rozbawienia i troski. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, tym z rodzaju „za późno, kochanie, ja krzywdę mam we krwi” i uniosłem brew, jakbym usłyszał coś zupełnie egzotycznego.
- Ty - powiedziałem miękko - mówisz to do człowieka, któly las pszetrwał własne zaklęcie petlyfikujące odbite od metalowej łyski. To tylko tlochę magii tlansmutującej, cósz mose pójść nie tak? - Odparłem półgłosem, a to zdanie samo w sobie powinno było zapalić w powietrzu ostrzegawczy znak. Tyle tylko, że zachowało się zgodnie z całą resztą efektów - nie zrobiło zupełnie nic, bo chyba żadne z nas nie przejęło się tym jakoś wyjątkowo, dziś byliśmy w tym bardzo specyficznym nastroju, luźniejszym niż kiedykolwiek, to był czas na głupoty.
Zerknąłem z rozbawieniem, kiedy próbowała zachować powagę, obserwując, jak staram się skupić. Merlinie, jak ja miałem się skupić, kiedy tak na mnie patrzyła? Każdy ruch, każdy jej gest był drobnym zakłóceniem, rozpraszała mnie nawet ciepłym oddechem, który wchodził mi pod skórę. To, że w ogóle jeszcze próbowaliśmy czarować, było samo w sobie cudem, bo cokolwiek robiliśmy, kończyło się śmiechem, półszeptami, albo tym ciepłym napięciem, które wisiało między nami od chwili, gdy złożyliśmy przysięgę. Światło odbiło się w jej włosach, gdy uśmiechała się półgębkiem, a ja pomyślałem, że jeśli to ma być reszta mojego życia - te błyski, te komentarze, to ciepło, które ciągle czułem w jej obecności - to nie miałem nic przeciwko temu, żeby nigdy już nie dojść do siebie.
Potem przyszła porażka numer dwa - moja, druga, cholera, jedna była niczym, ale dwie z rzędu to już zaczynał być schemat - zjawiskowa porażka, z idealnym obłoczkiem, który wyglądał jak preludium do sukcesu, a okazał się… No, preludium do niczego. Przez chwilę naprawdę wydawało się, że coś się dzieje - srebrna mgiełka wypełniła przestrzeń między nami, wirująca, cięższa niż ta wcześniejsza, gęsta, niosąca w sobie obietnicę sukcesu. Ciepły podmuch przeszedł mi po skórze, różdżka drgnęła w dłoni —i nic.
Tylko cisza, potem echo krótkiego, urwanego westchnienia, które wypuściłem z rezygnacją. Zamarłem na sekundę z różdżką w dłoni, a potem odetchnąłem ciężko, przejeżdżając dłonią po włosach. Popatrzyłem na Prue, z lekkim uniesieniem brwi, z tą samą miną, którą przybierałem zawsze, gdy zgrywałem wyluzowanego po nieudanym zaklęciu. Opuściłem różdżkę, między nami znów było tylko powietrze i napięcie. Miałem ochotę się roześmiać, ale zamiast tego kolejny raz zagryzłem dolną wargę, obserwując, jak jej oczy lśnią w półcieniu. Miała rację - żadne zaklęcie rzucone tego wieczoru nie mogło zmienić faktu, że wszystko już wyglądało dokładnie tak, jak powinno.
- Wchodzimy tak, jak stoimy. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, przekrzywiając lekko głowę. - W końcu, skolo świat sugeluje, sze wyglądamy idealnie, głupio byłoby mu zapszeczaś, fakt. - Przytaknąłem, bo nie było innej opcji, niż zgodzić się z tym stwierdzeniem. No, chyba że chcielibyśmy tu stać do brzasku.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)