03.03.2023, 01:04 ✶
- Och. W porządku, ale jakby pani zmieniła zdanie, to proszę koniecznie dać znać – ustąpiła; wciskanie na siłę czegoś swoim gościom – do których w tym przypadku podchodziła jeszcze z pewną dozą nieufności – nieszczególnie obejmował upór, którym ta mała kobieta czasem się wykazywała.
Z siłą, której na pierwszy rzut oka być może nie można było nawet podejrzewać.
Co do miejsca zaś – cóż, wyglądało na to, że pani Crouch naprawdę nie lubowała się w porządku, albo raczej: „porządek” w jej słowniku miał zupełnie inną definicję niż w przypadku znakomitej większości ludzi. Biedny skrzat, chyba musiał dostawać palpitacji, gdy jego pani akurat przebywała w tym domu – rozsiewała wokół siebie chaos i absolutnie nie pozwalała go ruszać. W każdym razie… ruch różdżki i sterta papierów poderwała się z fotela, tym samym go zwalniając, by skończyć gdzieś pod ścianą. Zapraszającym gestem wskazała mebel Brennie, wyraźnie dając znać, żeby usiadła.
Co do krępowania się – w istocie, nie planowała się krępować. Jak i szczególnie wysilać. Parę odpowiednich dyspozycji – i mogła siedzieć spokojnie w fotelu, w jednej dłoni trzymając filiżankę pełną aromatycznej kawy, a w drugiej – cytrynowe ciasteczko (w końcu na co komu „normalne” śniadanie, gdy właściwie było się dorosłym i mogło jeść dokładnie to, co się chciało? Ciasteczka to coś w sam raz na początek dnia i koniec, kropka). Zresztą, na stoliku znalazł się cały talerz tychże ciasteczek; gdyby Brennę naszła ochotę, to oczywiście mogła się poczęstować.
W oczach Crouch pojawił się pewien błysk, gdy tylko padło słowo „klątwa”. Tak. Naprawdę nie trzeba było wiele, żeby przykuć uwagę Lety – ot, wystarczyło pomachać zaklątwionym czy też potencjalnie zaklątwionym przedmiotem przed jej nosem, by już mieć jej uwagę. Całą lub prawie całą, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż nie zdążyła jeszcze osuszyć porządnie swej filiżanki.
Ale za to po prostu pochłonęła całe ciasteczko, by móc zwolnioną w ten sposób dłonią sięgnąć po miotłę i ułożyć ją sobie na kolanach. Dość niefrasobliwe podejście do potencjalnie przeklętego przedmiotu, owszem, ale być może wyszła z założenia, że skoro Brenny szlag nie trafił od dotknięcia jej, a same objawy wskazywały, że uaktywnia się podczas lotu… cóż, bynajmniej nie miała zamiaru na miotłę wskakiwać i sprawdzać jej działanie w praktyce, więc…
Pokiwała głową z namysłem, zdając się słuchać teraz swego gościa jednym uchem. W rzeczywistości jednak przyswajała podane informacje, nawet jeśli wydawać się mogło, iż nie istniało teraz nic poza tą stertą gałązek, przyczepionych do solidnego kija.
- W istocie brzmi jak klątwa… rozumiem, że zdejmowanie jej w tej chwili pani absolutnie nie interesuje? – upewniła się, unosząc spojrzenie na kobietę, jednocześnie sięgając po własną różdżkę. Zdejmowanie jak zdejmowanie, ale ostateczne potwierdzenie wymagało czegoś więcej niż tylko zmacania i obejrzenia, obracając przedmiot na wszelkie możliwe strony.
- James? Coś słyszałam – przytaknęła, odstawiając filiżankę, nie wchodząc jednak w szczegóły; nie sprawiała też wrażenia kogoś będącego w żałobie, więc pewnie nie znajdowała się z nim w zażyłych stosunkach – o ile w ogóle znała mężczyznę. Przymrużyła też nieznacznie oczy, słysząc nazwisko „Bones” – może i mało przebywała w kraju, niemniej z pewnych rzeczy najzwyczajniej w świecie zdawało się sprawę. Z drugiej strony – niekoniecznie zbieżność nazwisk faktycznie musiała coś znaczyć; równie dobrze pokrewieństwo i więzi mogły być takie, jak między nią a przywołanym Jamesem, czyli praktycznie żadne.
Ruchem głowy wskazała stolik, dając tym samym znać, żeby papiery póki co odłożyć – przynajmniej dopóki nie skończy z miotłą. Stuknęła w nią lekko różdżką, mamrocząc coś pod nosem, zastygła w bezruchu, zdając się teraz wyłącznie obserwować przedmiot. Niczym szakale, strzegące wejścia do jej małego królestwa.
- Och, w istocie, mamy tu do czynienia z klątwą, jednakże ktokolwiek ją rzucił, nie umiał tego zrobić dobrze. Na szczęście dla tego, kto na niej leciał – stwierdziła, między wierszami komunikując, iż na dobrą sprawę mogło być o wiele, wiele gorzej i nie skończyć się jedynie na pętaniu więzami, by sprowadzić na ziemię – Mam sporządzić jakąś opinię na piśmie czy coś w tym stylu? Wie pani, długo w Londynie nie planuję zostawać – choćby dlatego, że aktualnie nie prowadzono tu żadnych prac archeologicznych, do których mogłaby się przyłączyć – I zapewne zależy pani na czasie w kwestii tych dokumentów? – upewniła się na wszelki wypadek.
Z siłą, której na pierwszy rzut oka być może nie można było nawet podejrzewać.
Co do miejsca zaś – cóż, wyglądało na to, że pani Crouch naprawdę nie lubowała się w porządku, albo raczej: „porządek” w jej słowniku miał zupełnie inną definicję niż w przypadku znakomitej większości ludzi. Biedny skrzat, chyba musiał dostawać palpitacji, gdy jego pani akurat przebywała w tym domu – rozsiewała wokół siebie chaos i absolutnie nie pozwalała go ruszać. W każdym razie… ruch różdżki i sterta papierów poderwała się z fotela, tym samym go zwalniając, by skończyć gdzieś pod ścianą. Zapraszającym gestem wskazała mebel Brennie, wyraźnie dając znać, żeby usiadła.
Co do krępowania się – w istocie, nie planowała się krępować. Jak i szczególnie wysilać. Parę odpowiednich dyspozycji – i mogła siedzieć spokojnie w fotelu, w jednej dłoni trzymając filiżankę pełną aromatycznej kawy, a w drugiej – cytrynowe ciasteczko (w końcu na co komu „normalne” śniadanie, gdy właściwie było się dorosłym i mogło jeść dokładnie to, co się chciało? Ciasteczka to coś w sam raz na początek dnia i koniec, kropka). Zresztą, na stoliku znalazł się cały talerz tychże ciasteczek; gdyby Brennę naszła ochotę, to oczywiście mogła się poczęstować.
W oczach Crouch pojawił się pewien błysk, gdy tylko padło słowo „klątwa”. Tak. Naprawdę nie trzeba było wiele, żeby przykuć uwagę Lety – ot, wystarczyło pomachać zaklątwionym czy też potencjalnie zaklątwionym przedmiotem przed jej nosem, by już mieć jej uwagę. Całą lub prawie całą, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż nie zdążyła jeszcze osuszyć porządnie swej filiżanki.
Ale za to po prostu pochłonęła całe ciasteczko, by móc zwolnioną w ten sposób dłonią sięgnąć po miotłę i ułożyć ją sobie na kolanach. Dość niefrasobliwe podejście do potencjalnie przeklętego przedmiotu, owszem, ale być może wyszła z założenia, że skoro Brenny szlag nie trafił od dotknięcia jej, a same objawy wskazywały, że uaktywnia się podczas lotu… cóż, bynajmniej nie miała zamiaru na miotłę wskakiwać i sprawdzać jej działanie w praktyce, więc…
Pokiwała głową z namysłem, zdając się słuchać teraz swego gościa jednym uchem. W rzeczywistości jednak przyswajała podane informacje, nawet jeśli wydawać się mogło, iż nie istniało teraz nic poza tą stertą gałązek, przyczepionych do solidnego kija.
- W istocie brzmi jak klątwa… rozumiem, że zdejmowanie jej w tej chwili pani absolutnie nie interesuje? – upewniła się, unosząc spojrzenie na kobietę, jednocześnie sięgając po własną różdżkę. Zdejmowanie jak zdejmowanie, ale ostateczne potwierdzenie wymagało czegoś więcej niż tylko zmacania i obejrzenia, obracając przedmiot na wszelkie możliwe strony.
- James? Coś słyszałam – przytaknęła, odstawiając filiżankę, nie wchodząc jednak w szczegóły; nie sprawiała też wrażenia kogoś będącego w żałobie, więc pewnie nie znajdowała się z nim w zażyłych stosunkach – o ile w ogóle znała mężczyznę. Przymrużyła też nieznacznie oczy, słysząc nazwisko „Bones” – może i mało przebywała w kraju, niemniej z pewnych rzeczy najzwyczajniej w świecie zdawało się sprawę. Z drugiej strony – niekoniecznie zbieżność nazwisk faktycznie musiała coś znaczyć; równie dobrze pokrewieństwo i więzi mogły być takie, jak między nią a przywołanym Jamesem, czyli praktycznie żadne.
Ruchem głowy wskazała stolik, dając tym samym znać, żeby papiery póki co odłożyć – przynajmniej dopóki nie skończy z miotłą. Stuknęła w nią lekko różdżką, mamrocząc coś pod nosem, zastygła w bezruchu, zdając się teraz wyłącznie obserwować przedmiot. Niczym szakale, strzegące wejścia do jej małego królestwa.
- Och, w istocie, mamy tu do czynienia z klątwą, jednakże ktokolwiek ją rzucił, nie umiał tego zrobić dobrze. Na szczęście dla tego, kto na niej leciał – stwierdziła, między wierszami komunikując, iż na dobrą sprawę mogło być o wiele, wiele gorzej i nie skończyć się jedynie na pętaniu więzami, by sprowadzić na ziemię – Mam sporządzić jakąś opinię na piśmie czy coś w tym stylu? Wie pani, długo w Londynie nie planuję zostawać – choćby dlatego, że aktualnie nie prowadzono tu żadnych prac archeologicznych, do których mogłaby się przyłączyć – I zapewne zależy pani na czasie w kwestii tych dokumentów? – upewniła się na wszelki wypadek.
674/1141