10.12.2025, 20:26 ✶
Kiedy przepychała się do ostatnich sanek, szła jak taran. Ktoś próbował ją odsunąć, jakiś większy kuzyn, ale jej spojrzenie mogłoby zatrzymać galopującego hipogryfa. Cofnął się, ja parsknąłem śmiechem pod nosem, w Hogwarcie nauczyłem się, że takie dzieciaki są najgroźniejsze, bo nie mają jeszcze hamulców, ani strachu, czyli najzabawniej spędza się z nimi czas. Widziałem, jak jej oczy błysnęły tym szczególnym światłem, które dobrze znałem z własnego odbicia w lustrze, to był błysk planu, zemsty i świętej wojny w jednym. Widać było, że ktoś - najpewniej brat, bo kto inny, ugh, ciężko było nie być jedynakiem - ją wkurzył, bo oczy miała ostre i jasne, jak odłamki lodu. Coś knuła, nie znałem jej dobrze, ale to było to spojrzenie ludzi, którzy już układają komuś przyszłe nieszczęście, sortując je w małych w szufladkach. Pomyślałem, że ten jej brat powinien się bać poranków, sam w głębi ducha kibicowałem tej niewinnej zbrodni, rodzeństwo zasługiwało na wszystko.
Oparłem but o płozę i przyjrzałem się sankom - były naprawdę ostatnie, pod wszystkimi względami - najbardziej chybotliwe, zabujały się nawet pod naciskiem nogi, reagując lekkim skrzypnięciem w konstrukcji, które brzmiało jak zapowiedź katastrofy, czyli idealnie.
Blond istota nachyliła się ku mnie konspiracyjnie, tłumacząc z całkowitą powagą mechanikę bujania, przechylania i maksymalnego ryzyka, a ja słuchałem jej, jak ekspert eksperta, kiwając głową. Brzmiała śmiertelnie serio, więc uznałem to za najlepszy dowód, że mówiła prawdę, tym bardziej, iż ja sam nie do końca miałem doświadczenie z kuligami. Wstyd czy nie wstyd przyznać - u nas raczej nie chwaliło się dobrej zabawy, ani jej nie hołdowało, święta zazwyczaj były wyjątkowo sztywne i poważne, gdy spędzaliśmy je z członkami rodu od strony ojca, nie matki. Yaxleyowie byli inni, ojciec nazywał ich szurniętymi, dlatego nieczęsto pojawialiśmy się w Snowdonii, tym razem jednak to określenie brzmiało dla mnie, jak zaleta, nie wada - przynajmniej wiedziano tu, jak się bawić.
- Jasne, ktoś musi pilnować, żebyś nie odleciała w Walię właściwą. - Oczywiście, że napuszyłem się jak paw, byłem w końcu jedynym dorosłym - no, prawie - miejsce z tyłu mi się należało, jak smokowi skarb.
Poprawiła czapkę z lisa, a ja w tym samym momencie poczułem to lekkie ściskanie w żołądku, które zawsze pojawiało się tuż przed czymś nie do końca rozsądnym. Wyjaśniła mi jeszcze, że mamy się przechylać razem, bo wtedy buja bardziej, a to „razem” zabrzmiało jak pakt - jakbyśmy się umawiali na coś ważniejszego niż zwykła przejażdżka. Brzmiało to również jak trening do latania na miotle, tylko bardziej brutalny i bez nauczyciela, który udaje, że panuje nad sytuacją. Za-je-biś-cie.
- Brzmi, jakby ktoś miał zginąć. Super. - Uśmiechnąłem się szeroko, chociaż krzywo - jednym kącikiem ust wyżej, jak zawsze - to był uśmiech ludzi, którzy wiedzą, że zaraz będzie szybko, zimno i wspaniale. - Spadanie to też rodzaj latania. Tylko krótszy, a ja lubię latać. - Skinąłem głową, poważny jak kapitan statku przed sztormem, po czym usiadłem ciężej, niż trzeba, specjalnie, żeby sprawdzić, czy sanki dadzą radę - dały, chociaż zaskrzypiały, jakby ostrzegały, że będą pamiętać każde nasze głupstwo.
- Jak mnie zgubią, to wrócę. - Dodałem jeszcze, niby sucho, ale z wewnętrzną ekscytacją. - A jak nie wrócę, to też będzie epicko. Zamieszkam w lesie z wilkami. - Zapewniłem, ale złapałem się mocniej dokładnie wtedy, gdy Gerard dał znak do ruszania. Konie szarpnęły, metal zadzwonił, śnieg strzelił spod płóz jak biała fontanna. Pierwsze metry były spokojne, prawie rozczarowująco, potem droga skręciła, sanie szarpnęło w bok, dokładnie tak, jak obiecywała. Przechyliliśmy się razem, zbyt mocno, zbyt szybko. Śmiech wyrwał mi się z gardła zanim zdążyłem go powstrzymać, zimne powietrze wpadło do płuc jak fala. Trzymałem się kurczowo, czując, jak płozy pod nami drżą po nierównościach drogi. Śnieg sypał się na kolana, na rękawy, za kołnierz, gdzieś z przodu ktoś krzyknął z ekscytacji albo przerażenia, trudno było odróżnić. I wtedy po raz pierwszy od dawna poczułem coś prostego i czystego - tylko pęd, śmiech i to głupie, cudowne wrażenie, że przez chwilę naprawdę nic nie może mnie dosięgnąć - świat przed nami zamienił się w biały korytarz bez końca, już nie było ani stołu dla dzieci, ani udawanego ojca, ani tej całej oficjalnej otoczki - był tylko prędkość, śnieg w ustach i to uczucie, że przez kilka minut naprawdę wolno mi było być dokładnie taki, jaki byłem.
Oparłem but o płozę i przyjrzałem się sankom - były naprawdę ostatnie, pod wszystkimi względami - najbardziej chybotliwe, zabujały się nawet pod naciskiem nogi, reagując lekkim skrzypnięciem w konstrukcji, które brzmiało jak zapowiedź katastrofy, czyli idealnie.
Blond istota nachyliła się ku mnie konspiracyjnie, tłumacząc z całkowitą powagą mechanikę bujania, przechylania i maksymalnego ryzyka, a ja słuchałem jej, jak ekspert eksperta, kiwając głową. Brzmiała śmiertelnie serio, więc uznałem to za najlepszy dowód, że mówiła prawdę, tym bardziej, iż ja sam nie do końca miałem doświadczenie z kuligami. Wstyd czy nie wstyd przyznać - u nas raczej nie chwaliło się dobrej zabawy, ani jej nie hołdowało, święta zazwyczaj były wyjątkowo sztywne i poważne, gdy spędzaliśmy je z członkami rodu od strony ojca, nie matki. Yaxleyowie byli inni, ojciec nazywał ich szurniętymi, dlatego nieczęsto pojawialiśmy się w Snowdonii, tym razem jednak to określenie brzmiało dla mnie, jak zaleta, nie wada - przynajmniej wiedziano tu, jak się bawić.
- Jasne, ktoś musi pilnować, żebyś nie odleciała w Walię właściwą. - Oczywiście, że napuszyłem się jak paw, byłem w końcu jedynym dorosłym - no, prawie - miejsce z tyłu mi się należało, jak smokowi skarb.
Poprawiła czapkę z lisa, a ja w tym samym momencie poczułem to lekkie ściskanie w żołądku, które zawsze pojawiało się tuż przed czymś nie do końca rozsądnym. Wyjaśniła mi jeszcze, że mamy się przechylać razem, bo wtedy buja bardziej, a to „razem” zabrzmiało jak pakt - jakbyśmy się umawiali na coś ważniejszego niż zwykła przejażdżka. Brzmiało to również jak trening do latania na miotle, tylko bardziej brutalny i bez nauczyciela, który udaje, że panuje nad sytuacją. Za-je-biś-cie.
- Brzmi, jakby ktoś miał zginąć. Super. - Uśmiechnąłem się szeroko, chociaż krzywo - jednym kącikiem ust wyżej, jak zawsze - to był uśmiech ludzi, którzy wiedzą, że zaraz będzie szybko, zimno i wspaniale. - Spadanie to też rodzaj latania. Tylko krótszy, a ja lubię latać. - Skinąłem głową, poważny jak kapitan statku przed sztormem, po czym usiadłem ciężej, niż trzeba, specjalnie, żeby sprawdzić, czy sanki dadzą radę - dały, chociaż zaskrzypiały, jakby ostrzegały, że będą pamiętać każde nasze głupstwo.
- Jak mnie zgubią, to wrócę. - Dodałem jeszcze, niby sucho, ale z wewnętrzną ekscytacją. - A jak nie wrócę, to też będzie epicko. Zamieszkam w lesie z wilkami. - Zapewniłem, ale złapałem się mocniej dokładnie wtedy, gdy Gerard dał znak do ruszania. Konie szarpnęły, metal zadzwonił, śnieg strzelił spod płóz jak biała fontanna. Pierwsze metry były spokojne, prawie rozczarowująco, potem droga skręciła, sanie szarpnęło w bok, dokładnie tak, jak obiecywała. Przechyliliśmy się razem, zbyt mocno, zbyt szybko. Śmiech wyrwał mi się z gardła zanim zdążyłem go powstrzymać, zimne powietrze wpadło do płuc jak fala. Trzymałem się kurczowo, czując, jak płozy pod nami drżą po nierównościach drogi. Śnieg sypał się na kolana, na rękawy, za kołnierz, gdzieś z przodu ktoś krzyknął z ekscytacji albo przerażenia, trudno było odróżnić. I wtedy po raz pierwszy od dawna poczułem coś prostego i czystego - tylko pęd, śmiech i to głupie, cudowne wrażenie, że przez chwilę naprawdę nic nie może mnie dosięgnąć - świat przed nami zamienił się w biały korytarz bez końca, już nie było ani stołu dla dzieci, ani udawanego ojca, ani tej całej oficjalnej otoczki - był tylko prędkość, śnieg w ustach i to uczucie, że przez kilka minut naprawdę wolno mi było być dokładnie taki, jaki byłem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)