10.12.2025, 21:54 ✶
Gdy tylko dzwonek nad drzwiami ucichł, a ja zdążyłem zrobić dwa kroki w głąb lokalu, coś w powietrzu się zmieniło, jakby ktoś odkręcił pokrętło intensywności zapachów. Sezonowa herbata waliła po zmysłach tak, że prawie poczułem ją w oczach, jak wyjątkowo intensywną parę z eliksiru, ale pod tym wszystkim kryła się słodsza nuta - charakterystyczna dla miejsca, w którym ktoś naprawdę wierzył, że cukier rozwiązuje więcej problemów, niż powinien. Może rzeczywiście coś w tym było, może dlatego nigdy nie byłem fanem słodyczy - jeszcze miałbym za spokojne życie, a ja przecież żyłem problemami, zarówno cudzymi, jak i własnymi, chociaż tych ostatnich zaczęło się robić jakby mniej, a przynajmniej takie miałem wrażenie po ostatniej, wyjątkowo dobrej nocy.
Zrobiłem kilka kroków, pozwalając spojrzeniu jeszcze raz prześlizgnąć się po pomieszczeniu, przyzwyczajając wzrok do bursztynowego światła, które zdawało się tu sączyć z każdej lampy. Dopiero po sekundzie dostrzegłem ruch, którego szukałem - Nora była pochylona nad gablotą, co oznaczało, że ze swoimi gabarytami prawie znikła za pączkami. Widziałem tylko jej ramiona, wciąż zajęte pracą, i tę charakterystyczną determinację, którą znałem aż za dobrze. Potrafiła traktować swoje wypieki tak jak niektórzy traktowali artefakty wymagające odpowiedniego ustawienia, podświetlenia, szacunku. Nie chciałem być przyczyną katastrofy cukierniczej, więc po prostu czekałem, stojąc w półcieniu, z rękami w kieszeniach.
A potem nagle wyskoczyła zza lady, jakby ktoś nacisnął ukryty przycisk, zdążyłem ledwie zamrugać i już zobaczyłem w jej spojrzeniu tę iskierkę rozpoznania, która u większości ludzi zwykle była zarezerwowana dla osób darzonych prawdziwą sympatią. To mnie trochę dziwiło - to, że kiedy Nora Figg patrzyła na ludzi, z którymi teoretycznie nie łączyły jej wieloletnie znajomości, czyli jak ze mną, jej twarz od samego początku wyglądała, jakby naprawdę się cieszyła, że istnieją. Na jej ustach pojawił się ten charakterystyczny, szeroki uśmiech, który zawsze sprawiał, że człowiek czuł się mile widziany, nawet jeśli przyszedł tu z połową głowy w innym świecie. Pomachała do mnie z takim entuzjazmem, że przez sekundę miałem wrażenie, iż jeśli nie odwzajemnię gestu, to popełnię jakieś towarzyskie przestępstwo. Podniosłem rękę, odmachiwując jej na powitanie - krótkie, trochę niezdarne, ale szczere.
Zrobiłem kilka kroków w jej stronę, ostrożnie omijając krzesło, które ktoś niedbale odsunął, zatrzymałem się tuż przed ladą, wciągając powietrze, jakbym próbował odgadnąć skład wszystkiego naraz. Entuzjazm Nory nie malał, a ja zdałem sobie sprawę, że chyba naprawdę się było jej miło, że mnie widzi. To było… Rzadkie uczucie ostatnio. Tym bardziej łatwo było polubić tę blondynę. Wyglądała, jakby cały lokal trzymał się na jej energii, a nie na fundamentach.
- Cześć. - Oparłem dłoń o ladę, starając się nie wdychać zbyt głęboko jej zabójczo intensywnej herbaty. - Placowity wieczól? - Zapytałem, unosząc brew.
Zrobiłem kilka kroków, pozwalając spojrzeniu jeszcze raz prześlizgnąć się po pomieszczeniu, przyzwyczajając wzrok do bursztynowego światła, które zdawało się tu sączyć z każdej lampy. Dopiero po sekundzie dostrzegłem ruch, którego szukałem - Nora była pochylona nad gablotą, co oznaczało, że ze swoimi gabarytami prawie znikła za pączkami. Widziałem tylko jej ramiona, wciąż zajęte pracą, i tę charakterystyczną determinację, którą znałem aż za dobrze. Potrafiła traktować swoje wypieki tak jak niektórzy traktowali artefakty wymagające odpowiedniego ustawienia, podświetlenia, szacunku. Nie chciałem być przyczyną katastrofy cukierniczej, więc po prostu czekałem, stojąc w półcieniu, z rękami w kieszeniach.
A potem nagle wyskoczyła zza lady, jakby ktoś nacisnął ukryty przycisk, zdążyłem ledwie zamrugać i już zobaczyłem w jej spojrzeniu tę iskierkę rozpoznania, która u większości ludzi zwykle była zarezerwowana dla osób darzonych prawdziwą sympatią. To mnie trochę dziwiło - to, że kiedy Nora Figg patrzyła na ludzi, z którymi teoretycznie nie łączyły jej wieloletnie znajomości, czyli jak ze mną, jej twarz od samego początku wyglądała, jakby naprawdę się cieszyła, że istnieją. Na jej ustach pojawił się ten charakterystyczny, szeroki uśmiech, który zawsze sprawiał, że człowiek czuł się mile widziany, nawet jeśli przyszedł tu z połową głowy w innym świecie. Pomachała do mnie z takim entuzjazmem, że przez sekundę miałem wrażenie, iż jeśli nie odwzajemnię gestu, to popełnię jakieś towarzyskie przestępstwo. Podniosłem rękę, odmachiwując jej na powitanie - krótkie, trochę niezdarne, ale szczere.
Zrobiłem kilka kroków w jej stronę, ostrożnie omijając krzesło, które ktoś niedbale odsunął, zatrzymałem się tuż przed ladą, wciągając powietrze, jakbym próbował odgadnąć skład wszystkiego naraz. Entuzjazm Nory nie malał, a ja zdałem sobie sprawę, że chyba naprawdę się było jej miło, że mnie widzi. To było… Rzadkie uczucie ostatnio. Tym bardziej łatwo było polubić tę blondynę. Wyglądała, jakby cały lokal trzymał się na jej energii, a nie na fundamentach.
- Cześć. - Oparłem dłoń o ladę, starając się nie wdychać zbyt głęboko jej zabójczo intensywnej herbaty. - Placowity wieczól? - Zapytałem, unosząc brew.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)