11.12.2025, 00:15 ✶
Czułem to znajome, łagodnie niebezpieczne ciepło rozlewające mi się po klatce piersiowej -
to, które robiło ze mnie kretyna, bohatera i zakochanego człowieka jednocześnie, w kolejności przypadkowej, bardzo dowolnej, trochę zależnej od sytuacji.
- No tak, telaz jak nigdy naleszy o nią dbaś. W końcu jedno potknięcie i tszeba będzie lenegocjowaś umowę małszeńską. - Uniosłem brew z tym moim aroganckim, a jednak całkowicie miękkim pod spodem uśmiechem. Spojrzałem na nią, jakbym naprawdę rozważał prawne aspekty jej działania na moją osobę, albo też jego braku, chociaż oczy… Och, oczy z pewnością całkowicie mnie zdradzały - były rozbawione, przepełnione świadomością, że mieliśmy całkowite prawo do tej lekkości. Zbyt… „Próbuję nie myśleć o twoich ustach, ale mi to nie wychodzi”. Było cudowne widzieć, jak bardzo walczyła z rozbawieniem. Staliśmy absurdalnie blisko, jakbyśmy nie stali w przesmyku przed hotelowym kolosem, tylko w znacznie intymniejszym miejscu, w którym dwoje dorosłych ludzi miało tylko jedno miejsce, by złapać oddech - tuż przed ustami drugiej osoby.
Oczywiście, że musiałem się posunąć aż do wytłumaczenia historii tej nieszczęsnej łyżki, przedtem jednak westchnąłem ciężko, jak człowiek zmuszony do przyznania się do swojej najgłupszej legendy. Wciąż legendy! W moim głosie pobrzmiewała duma kogoś, kto przeżył coś, co absolutnie nie powinno było się wydarzyć.
- Dobsze, ale słuchaj uwasznie. - Zacząłem tonem wykładowcy od obrony przed czarną magią, który znał już finał lekcji. - To nie była zwykła łyszka. To była wyjątkowo podła łyszka. - Machnąłem ręką w powietrzu, jakby to był absolutnie normalny epizod w życiu każdego czarodzieja. - Miedziana. Wyczyszczona na gładko. Błyszcząca jak lustlo. - Przerwałem, bo to było clou sprawy. - I, jak się okazało, miedź odbija zaklęcia jak pojebana, jeśli jest dobsze wypolelowana. Wiedziałaś o tym? - Musiałem zadać to pytanie, nawet jeśli odpowiedź miała być pewnie twierdząca, w końcu to była Prue, kto miał wiedzieć, jeśli nie ona. - No i cósz… Zaklęcie było szybkie, kąt odbicia paskudny, łyszka miała charakter, a ja golszy lefleks nisz zwykle. Tlafiło mnie w lamię. - Machnąłem dłonią, wskazując orientacyjne miejsce.
No, cóż - wyglądało na to, że dzisiaj także nie byłem w szczytowej formie, żadne z nas nie było, prawdę mówiąc, ani transmutacja, ani iluzja nie chciały się nas słuchać. Prue spojrzała na mnie, już całkiem pogodzona z losem, i powiedziała coś, co ostatecznie zakończyło tę żałosną przygodę z magią. Nie mogłem jej nie przytaknąć. Schowałem różdżkę, uniosłem dłoń małżonki, całując krótko jej palce - tylko raz, tylko przez ułamek sekundy, bo inaczej nie mieliśmy ruszyć się stąd do rana. Potem skierowaliśmy się do wyjścia z przesmyku, prosto ku jasnym drzwiom Savoyu, gotowi wejść tam dokładnie tacy, jacy byliśmy po tej nocy. Szybkim, energicznym ruchem, już bez zwlekania, bo jeśli miał zobaczyć nas takimi, jacy jesteśmy… To niech ma na co patrzeć.
to, które robiło ze mnie kretyna, bohatera i zakochanego człowieka jednocześnie, w kolejności przypadkowej, bardzo dowolnej, trochę zależnej od sytuacji.
- No tak, telaz jak nigdy naleszy o nią dbaś. W końcu jedno potknięcie i tszeba będzie lenegocjowaś umowę małszeńską. - Uniosłem brew z tym moim aroganckim, a jednak całkowicie miękkim pod spodem uśmiechem. Spojrzałem na nią, jakbym naprawdę rozważał prawne aspekty jej działania na moją osobę, albo też jego braku, chociaż oczy… Och, oczy z pewnością całkowicie mnie zdradzały - były rozbawione, przepełnione świadomością, że mieliśmy całkowite prawo do tej lekkości. Zbyt… „Próbuję nie myśleć o twoich ustach, ale mi to nie wychodzi”. Było cudowne widzieć, jak bardzo walczyła z rozbawieniem. Staliśmy absurdalnie blisko, jakbyśmy nie stali w przesmyku przed hotelowym kolosem, tylko w znacznie intymniejszym miejscu, w którym dwoje dorosłych ludzi miało tylko jedno miejsce, by złapać oddech - tuż przed ustami drugiej osoby.
Oczywiście, że musiałem się posunąć aż do wytłumaczenia historii tej nieszczęsnej łyżki, przedtem jednak westchnąłem ciężko, jak człowiek zmuszony do przyznania się do swojej najgłupszej legendy. Wciąż legendy! W moim głosie pobrzmiewała duma kogoś, kto przeżył coś, co absolutnie nie powinno było się wydarzyć.
- Dobsze, ale słuchaj uwasznie. - Zacząłem tonem wykładowcy od obrony przed czarną magią, który znał już finał lekcji. - To nie była zwykła łyszka. To była wyjątkowo podła łyszka. - Machnąłem ręką w powietrzu, jakby to był absolutnie normalny epizod w życiu każdego czarodzieja. - Miedziana. Wyczyszczona na gładko. Błyszcząca jak lustlo. - Przerwałem, bo to było clou sprawy. - I, jak się okazało, miedź odbija zaklęcia jak pojebana, jeśli jest dobsze wypolelowana. Wiedziałaś o tym? - Musiałem zadać to pytanie, nawet jeśli odpowiedź miała być pewnie twierdząca, w końcu to była Prue, kto miał wiedzieć, jeśli nie ona. - No i cósz… Zaklęcie było szybkie, kąt odbicia paskudny, łyszka miała charakter, a ja golszy lefleks nisz zwykle. Tlafiło mnie w lamię. - Machnąłem dłonią, wskazując orientacyjne miejsce.
No, cóż - wyglądało na to, że dzisiaj także nie byłem w szczytowej formie, żadne z nas nie było, prawdę mówiąc, ani transmutacja, ani iluzja nie chciały się nas słuchać. Prue spojrzała na mnie, już całkiem pogodzona z losem, i powiedziała coś, co ostatecznie zakończyło tę żałosną przygodę z magią. Nie mogłem jej nie przytaknąć. Schowałem różdżkę, uniosłem dłoń małżonki, całując krótko jej palce - tylko raz, tylko przez ułamek sekundy, bo inaczej nie mieliśmy ruszyć się stąd do rana. Potem skierowaliśmy się do wyjścia z przesmyku, prosto ku jasnym drzwiom Savoyu, gotowi wejść tam dokładnie tacy, jacy byliśmy po tej nocy. Szybkim, energicznym ruchem, już bez zwlekania, bo jeśli miał zobaczyć nas takimi, jacy jesteśmy… To niech ma na co patrzeć.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)