17.12.2025, 09:55 ✶
Te wielkie, niewinne oczy mogłyby pewnie zmylić kogoś, kto nie znał McKinnona - albo kogoś, kto nie zajmował się odgrywaniem ról zawodowo od ósmego roku życia. Hannibal tylko parsknął śmiechem - krótko, bo trzeba było spierdalać.
Teraz, wciąż oparty o ścianę, ponownie się uśmiechnął, podążając wzrokiem za rękami obmacującego się kontrolnie Olivera. Raczej nie wyglądał na poturbowanego, ale warto było się upewnić. Hannibal pomyślał, że na następne wieczorne wyjście w miasto, przynajmniej w jego magiczną część, koniecznie skorzysta z rodowej toaletki. I przy okazji sprawdzi, czy do twarzy by mu było z piegami.
Pytanie o jego własny stan sprawiło, że również oklepał się po klatce piersiowej i brzuchu, choć raczej nie czuł, żeby atak miał pozostawić jakieś długotrwałe skutki. Bezceremonialnie zadarł koszulkę i przyjrzał się formującemu się pomału w miejscu uderzenia siniakowi, ledwie widocznemu w półmroku zaułka. Żadnych poparzeń ani krwi. Żadnych czarnych żył idących w stronę serca.
- Bolało nawet, nawet, ale chyba wyżyję, jak myślisz? - powiedział, wypuszczając ubranie z palców - Całkiem silny cios, jak na takiego konusa.
A z drugiej strony, magiczny cios, a wiadomo przecież, że w czarowaniu rozmiar był kwestią drugorzędną.
- Już się wcale nie dziwię, że tyle problemów z nimi jest - burknął - Przecież to banda pieniaczy jakichś! Dobrze, że więcej ich nie było! Ale ten facet też dobry, w jakieś dysputy chciał się wdawać na środku ulicy! - dodał, jakby sami nie dali się wciągnąć w awanturę na tle rasowym.
Ochota na papierosa przeszła mu wraz z buntowniczym nastawieniem, więc zamiast dołączyć do Olivera, podszedł do wylotu uliczki i wystawił głowę za róg. Cisza i spokój po lewej i po prawej. Nikt ich nie gonił. Nie było słychać nawet odgłosów tamtej przepychanki. Albo ucichla, albo odbiegli dalej, niż się wydawało. Uspokojony wrócił do McKinnona.
- Czysto - wzruszył ramionami - To co teraz?
Teraz, wciąż oparty o ścianę, ponownie się uśmiechnął, podążając wzrokiem za rękami obmacującego się kontrolnie Olivera. Raczej nie wyglądał na poturbowanego, ale warto było się upewnić. Hannibal pomyślał, że na następne wieczorne wyjście w miasto, przynajmniej w jego magiczną część, koniecznie skorzysta z rodowej toaletki. I przy okazji sprawdzi, czy do twarzy by mu było z piegami.
Pytanie o jego własny stan sprawiło, że również oklepał się po klatce piersiowej i brzuchu, choć raczej nie czuł, żeby atak miał pozostawić jakieś długotrwałe skutki. Bezceremonialnie zadarł koszulkę i przyjrzał się formującemu się pomału w miejscu uderzenia siniakowi, ledwie widocznemu w półmroku zaułka. Żadnych poparzeń ani krwi. Żadnych czarnych żył idących w stronę serca.
- Bolało nawet, nawet, ale chyba wyżyję, jak myślisz? - powiedział, wypuszczając ubranie z palców - Całkiem silny cios, jak na takiego konusa.
A z drugiej strony, magiczny cios, a wiadomo przecież, że w czarowaniu rozmiar był kwestią drugorzędną.
- Już się wcale nie dziwię, że tyle problemów z nimi jest - burknął - Przecież to banda pieniaczy jakichś! Dobrze, że więcej ich nie było! Ale ten facet też dobry, w jakieś dysputy chciał się wdawać na środku ulicy! - dodał, jakby sami nie dali się wciągnąć w awanturę na tle rasowym.
Ochota na papierosa przeszła mu wraz z buntowniczym nastawieniem, więc zamiast dołączyć do Olivera, podszedł do wylotu uliczki i wystawił głowę za róg. Cisza i spokój po lewej i po prawej. Nikt ich nie gonił. Nie było słychać nawet odgłosów tamtej przepychanki. Albo ucichla, albo odbiegli dalej, niż się wydawało. Uspokojony wrócił do McKinnona.
- Czysto - wzruszył ramionami - To co teraz?