11.12.2025, 22:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.12.2025, 22:58 przez Benjy Fenwick.)
Parsknąłem pod nosem, kiedy tak z rozbrajającą pewnością mówiła, że „to ona będzie pamiętać na przyszłość” o tych kanapkach. Jej odruch dbania o ludzi był tak naturalny, że człowiek aż czuł się trochę… Przysposobiony, ale w dobrym sensie - takim, który nie przytłaczał. Nie byłem do tego przyzwyczajony, w mojej pracy większość troski kończyła się na zdaniu „daj znać, jeśli przeżyjesz”. Nora była… Innym światem, ciepłym, trochę chaotycznym, ale spójnym na swój sposób.
- Pamiętaj tesz, jeśli zaczniesz mnie dokalmiaś legulalnie, to w końcu będę musiał zacząś płaciś abonament za te kanapki. - Rzuciłem półżartem, chociaż nie miałem nic przeciwko temu, żeby ktoś o mnie dbał w tak prosty, ludzki sposób, gdyby rzeczywiście przyszło co do czego - swoją drogą, to pewnie mogłaby być całkiem opłacalna usługa, katering dla ludzi mojego pokroju, wysyłany przy pomocy sowy czy innego ptaka, nie brzmiał jak zły pomysł, zwłaszcza jesienią, bądź zimą, gdy temperatura nie doskwierała na tyle, by jedzenie popsuło się w trakcie przelotu. - Pszy twoim podejściu - kontynuowałem, zerkając na nią z ukosa - będziesz musiała kiedyś otwoszyś dlugi lokal, tylko na piekalnię, tylko dla ludzi, któlych legularnie kalmisz. - Uśmiechnąłem się pod nosem, to miejsce naprawdę wyglądało, jakby lato zatrzymało się tu specjalnie dla niej. Kwiaty, kolory, ciepłe światło… To wszystko miało sens dopiero, kiedy patrzyło się na Norę.
Kiedy mówiła o tym, że nic się samo nie zrobi, pokiwałem głową - dobrze to znałem, to podejście, może nawet aż za dobrze - tyle, że u mnie objawiało się noszeniem skrzyń z artefaktami albo kopaniem się z upartą klątwą, która nie miała najmniejszej ochoty zejść ze starego grobowca. U niej cała ta walka była słodsza, dosłownie i w przenośni, ale w oczach rozpoznawałem to samo - determinację, która nie potrzebowała fanfar, żeby istnieć. W mojej pracy też nic nie robiło się samo, a jeśli już, to były to rzeczy, które chciały cię zabić. Wyciągnęła ze mnie lekki uśmiech - nie wielki, nie szeroki, ale prawdziwy, a kiedy przeszła do tematu mojej pracy, parsknąłem krótko. Wzruszyłem ramieniem, jakby faktycznie chodziło o wyprawę po świeże bułki, a nie o robotę, przy której ludzie zwykle kończą z brakującymi palcami albo gorzej.
- Dzikość… - Powtórzyłem z lekkim rozbawieniem. - Wiesz, nie tszeba od lasu uganiaś się za anomaliami w dżungli, szeby przeżyś coś dzikiego. Londyn w weekend potlafi byś balsiej niebezpieczny nisz pół Amelyki Południowej. - Nie dodałem, że to akurat z różnych powodów, zamiast tego skinąłem jej głową w odpowiedzi na życzenia powodzenia. I jakimś cudem nagle przeszliśmy do słodyczy.
- Jasne. Jestem w tym dobly. Konsumpcja to jedna z moich najbardziej loswiniętych umiejętności. - Spojrzałem na nią z tym lekkim, nieprzesadzonym uśmiechem, który potrafiłem z siebie wydobyć tylko w miejscach, gdzie czułem się względnie bezpiecznie.
- Jeśli naplawdę chcesz wplowadzaś egzotykę, to zacznij od czegoś, co nie wystlaszy Anglików. Jesteście cholelnie wlaszliwi, z całym szacunkiem, widziałem ludzi, któszy panikowali pszy ostszejszej szalotce. - To był żart - i nie był.
A potem padło pytanie, przez które przestałem się uśmiechać, bo przeszło mi przez głowę tyle smaków, wspomnień i miejsc, że musiałem na moment przymknąć oczy. Ludzie rzadko kiedy interesowali się moim żołądkiem, chyba że chcieli mi coś w nim rozerwać - niewielka odmiana.
- Dobla, skolo chcesz egzotyki… - To słowo „egzotyka” nadal mnie bawiło, tak lekko, w tym kontekście, gdy oparłem się o ladę, jakbym zaraz miał wygłosić referat. - Kilka opcji by się znalazło. - Kiwnąłem głową, namyślając się przez chwilę. - Pão de mel. Miodowe ciastka, cięszkie i tlochę pszyplawowe, oblane czekoladą. Kilka wystalcza, by człowiek nie musiał jeść pszez pół dnia. - Pół życia w krajach, w których różne rzeczy smażyło się, piekło i karmelizowało albo dlatego, że było to pyszne, albo dlatego, że nie było nic innego do jedzenia… Dawało szerokie spektrum przykładów. - Pouding chômeul. To taki desel, któly sam sobie lobi sos. Wkładasz do piekalnika, zalewasz sylopem klonowym, wyjmujesz mokle i słodkie. Polvolones. - Dodałem zaraz po tym. - Kluche, lospadające się ciasteczka z masłem i cuklem. Sypią się wszędzie, ale walto. Niechcący zjada się wszystkie. Albo queijadinha. - Przekrzywiłem głowę, dochodząc do wniosku, że było tego od cholery, jak na kogoś, kto nie uważał się za „słodyczowego” człowieka. - Małe, kokosowo-selowe babeczki. Wilgotne, słodkie, lekko ciągnące. Wyglądają sklomnie, ale mają chalaktel. No i dulce de zapallo. - Skinąłem głową. - Plastly dyni gotowane w słodkim sylopie s pszyplawami. Lepkie, miękkie, alomatyczne. Doble na jesień. - Na koniec uśmiechnąłem się lekko. - I pan de muelto. - Powiedziałem, akcentując nazwę. - Słodkie, miękkie ciasto pachnące anyżem i skólką cytrusów. Jada się je na święto zmalłych. - Nachyliłem się nieco, porozumiewawczo. - Na Samhain miałabyś gigantyczną kolejkę pod dszwiami, gwalantuję. - Teoretycznie to był żart, w praktyce pewnie i tak miała ją mieć, ale fakt faktem, z pewnością cieszyłoby się zainteresowaniem.
- Pamiętaj tesz, jeśli zaczniesz mnie dokalmiaś legulalnie, to w końcu będę musiał zacząś płaciś abonament za te kanapki. - Rzuciłem półżartem, chociaż nie miałem nic przeciwko temu, żeby ktoś o mnie dbał w tak prosty, ludzki sposób, gdyby rzeczywiście przyszło co do czego - swoją drogą, to pewnie mogłaby być całkiem opłacalna usługa, katering dla ludzi mojego pokroju, wysyłany przy pomocy sowy czy innego ptaka, nie brzmiał jak zły pomysł, zwłaszcza jesienią, bądź zimą, gdy temperatura nie doskwierała na tyle, by jedzenie popsuło się w trakcie przelotu. - Pszy twoim podejściu - kontynuowałem, zerkając na nią z ukosa - będziesz musiała kiedyś otwoszyś dlugi lokal, tylko na piekalnię, tylko dla ludzi, któlych legularnie kalmisz. - Uśmiechnąłem się pod nosem, to miejsce naprawdę wyglądało, jakby lato zatrzymało się tu specjalnie dla niej. Kwiaty, kolory, ciepłe światło… To wszystko miało sens dopiero, kiedy patrzyło się na Norę.
Kiedy mówiła o tym, że nic się samo nie zrobi, pokiwałem głową - dobrze to znałem, to podejście, może nawet aż za dobrze - tyle, że u mnie objawiało się noszeniem skrzyń z artefaktami albo kopaniem się z upartą klątwą, która nie miała najmniejszej ochoty zejść ze starego grobowca. U niej cała ta walka była słodsza, dosłownie i w przenośni, ale w oczach rozpoznawałem to samo - determinację, która nie potrzebowała fanfar, żeby istnieć. W mojej pracy też nic nie robiło się samo, a jeśli już, to były to rzeczy, które chciały cię zabić. Wyciągnęła ze mnie lekki uśmiech - nie wielki, nie szeroki, ale prawdziwy, a kiedy przeszła do tematu mojej pracy, parsknąłem krótko. Wzruszyłem ramieniem, jakby faktycznie chodziło o wyprawę po świeże bułki, a nie o robotę, przy której ludzie zwykle kończą z brakującymi palcami albo gorzej.
- Dzikość… - Powtórzyłem z lekkim rozbawieniem. - Wiesz, nie tszeba od lasu uganiaś się za anomaliami w dżungli, szeby przeżyś coś dzikiego. Londyn w weekend potlafi byś balsiej niebezpieczny nisz pół Amelyki Południowej. - Nie dodałem, że to akurat z różnych powodów, zamiast tego skinąłem jej głową w odpowiedzi na życzenia powodzenia. I jakimś cudem nagle przeszliśmy do słodyczy.
- Jasne. Jestem w tym dobly. Konsumpcja to jedna z moich najbardziej loswiniętych umiejętności. - Spojrzałem na nią z tym lekkim, nieprzesadzonym uśmiechem, który potrafiłem z siebie wydobyć tylko w miejscach, gdzie czułem się względnie bezpiecznie.
- Jeśli naplawdę chcesz wplowadzaś egzotykę, to zacznij od czegoś, co nie wystlaszy Anglików. Jesteście cholelnie wlaszliwi, z całym szacunkiem, widziałem ludzi, któszy panikowali pszy ostszejszej szalotce. - To był żart - i nie był.
A potem padło pytanie, przez które przestałem się uśmiechać, bo przeszło mi przez głowę tyle smaków, wspomnień i miejsc, że musiałem na moment przymknąć oczy. Ludzie rzadko kiedy interesowali się moim żołądkiem, chyba że chcieli mi coś w nim rozerwać - niewielka odmiana.
- Dobla, skolo chcesz egzotyki… - To słowo „egzotyka” nadal mnie bawiło, tak lekko, w tym kontekście, gdy oparłem się o ladę, jakbym zaraz miał wygłosić referat. - Kilka opcji by się znalazło. - Kiwnąłem głową, namyślając się przez chwilę. - Pão de mel. Miodowe ciastka, cięszkie i tlochę pszyplawowe, oblane czekoladą. Kilka wystalcza, by człowiek nie musiał jeść pszez pół dnia. - Pół życia w krajach, w których różne rzeczy smażyło się, piekło i karmelizowało albo dlatego, że było to pyszne, albo dlatego, że nie było nic innego do jedzenia… Dawało szerokie spektrum przykładów. - Pouding chômeul. To taki desel, któly sam sobie lobi sos. Wkładasz do piekalnika, zalewasz sylopem klonowym, wyjmujesz mokle i słodkie. Polvolones. - Dodałem zaraz po tym. - Kluche, lospadające się ciasteczka z masłem i cuklem. Sypią się wszędzie, ale walto. Niechcący zjada się wszystkie. Albo queijadinha. - Przekrzywiłem głowę, dochodząc do wniosku, że było tego od cholery, jak na kogoś, kto nie uważał się za „słodyczowego” człowieka. - Małe, kokosowo-selowe babeczki. Wilgotne, słodkie, lekko ciągnące. Wyglądają sklomnie, ale mają chalaktel. No i dulce de zapallo. - Skinąłem głową. - Plastly dyni gotowane w słodkim sylopie s pszyplawami. Lepkie, miękkie, alomatyczne. Doble na jesień. - Na koniec uśmiechnąłem się lekko. - I pan de muelto. - Powiedziałem, akcentując nazwę. - Słodkie, miękkie ciasto pachnące anyżem i skólką cytrusów. Jada się je na święto zmalłych. - Nachyliłem się nieco, porozumiewawczo. - Na Samhain miałabyś gigantyczną kolejkę pod dszwiami, gwalantuję. - Teoretycznie to był żart, w praktyce pewnie i tak miała ją mieć, ale fakt faktem, z pewnością cieszyłoby się zainteresowaniem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)