• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[09.10.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy

[09.10.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
12.12.2025, 18:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2025, 18:17 przez Benjy Fenwick.)  
Przekroczenie progu Savoyu nie było symbolicznym wejściem w nowe życie, ale też zupełnie się tego nie spodziewałem - to miało stać się dopiero w prywatnym pokoju, tymczasem pierwsze kroki w hotelu były dla mnie jak wciśnięcie ukrytego, genetycznego przełącznika - tego, który przez całe życie próbowałem zagłuszyć, zakopać, zakląć, odciąć, ale wystarczył blask marmuru, stukot obcasów o kamień, zapach nabłyszczanej posadzki i to pierwsze krzywe spojrzenie portiera— pstryk - coś we mnie, coś starego, zakurzonego, co wolałbym mieć pogrzebane, uniosło głowę. Nie tak, jak wracają wspomnienia, bardziej jak instynkt, który przetrwał pomimo wszystkiego, co próbowałem z siebie wyrzucić. Nie musiałem się nawet starać - chłód spłynął mi po kręgosłupie odruchowo, aktywował się automatyczny mechanizm obronny, który wpojono we mnie, zanim umiałem pisać, wyuczony, nim jeszcze potrafiłem poprawnie trzymać różdżkę.
Savoy emanował tym samym, czym pachniały bankiety moich krewniaków - pieniędzmi, polerowanym mosiądzem i ludźmi, którzy myślą, że świat należy do nich z definicji, bo posiadają tytuły i pieniądze. To było całkowicie spodziewane, brakowało tylko tej sztucznej życzliwości, którą można było sobie kupić albo, jak dzisiaj, wywalczyć właściwym ruchem, a jeśli ktoś znał tę grę lepiej niż ci, którzy tu pracowali, to ja. Wychowali mnie do niej niemal od kołyski, potrafiłem zachowywać się jak ktoś, kto nie musiał unosić głosu, by wzbudzić rezon. Zdecydowanie wolałbym nie musieć tego robić, ale najwyraźniej to była jedna z cen tego, byśmy mogli spędzić noc, na jaką zasługiwaliśmy.
Dłoń Prue w mojej pozostała ciepła, miękka, realna - była kotwicą, która trzymała mnie przy teraźniejszości, nawet kiedy moja postawa, mój krok, moje spojrzenie zaczęły przypominać echo rodu, od którego uciekłem pół życia temu.
Zesztywniałem w barkach i w zaledwie kilka sekund byłem już kimś, kogo kiedyś chciano ze mnie ulepić. Gdyby mój ojciec był w pobliżu, pewnie skinąłby z uznaniem, ale to spojrzenie, które posłałem dziewczynie, nie pochodziło już od niego - tylko ode mnie. Ode mnie, który był zmęczony, poobijany i zbyt zakochany, żeby pozwolić komukolwiek potraktować moją żonę takim wyrazem twarzy. Tak - zdecydowanie widziała we mnie człowieka, którym mógłbym być, gdyby historia potoczyła się inaczej. Na szczęście potoczyła się właściwie, jednak ta część mnie, której nie znosiłem, i tak wpełzła na wierzch, jak dobrze wyćwiczony odruch. Pewnie bym jej nie wykorzystał, nie sięgnąłbym po podobną zagrywkę, gdyby chodziło wyłącznie o mnie - zamierzałem spędzić tę noc tutaj, bez cienia wątpliwości, ale spędziłbym ją na własnych zasadach, po prostu biorąc klucze. Tyle tylko, że tym razem było inaczej - chciałem to zrobić, tfu, legalnie, godnie, jak człowiek - i tym razem spojrzenie pracownicy hotelu nie zostało wycelowane wyłącznie we mnie.
Padło również na Prudence - blondyna obdarzyła kobietę, która ledwie kilka godzin temu ściskała moją dłoń, kiedy przysięgaliśmy sobie wszystko, i ta część mnie - ta cholernie dumna - poderwała się jak pies obronny. Recepcjonistka zmierzyła nas spojrzeniem, które miało być dyskretne, ale wyszło pogardliwe - to w zupełności wystarczyło. Tu, w tych ścianach pełnych blichtru, marmuru i udawanego uśmiechu, człowiek mojego nazwiska powinien wyglądać jak u siebie, więc nie zamierzałem dać nas tak traktować. Wysoki, ubrany w skórę i cienie, z pozoru nie pasowałem do złotych ram i ciętych kryształów… W tej roli nie byłem jednak Fenwickiem - nie tym, którego ciągnęło do żony w wąskim przesmyku - byłem cieniem tego, kim mieli mnie zrobić, człowiekiem, na którego zamierzano mnie wychować, wykrzywioną projekcją młodego dziedzica, którym nigdy nie chciałem zostać. Arystokratyczna dykcja, spokojna dominacja, chłód szlacheckiego wychowania, które wbijano we mnie wbrew mojej woli, ten typ tonacji, który oznaczał „to ja dyktuję zasady, ty im podlegasz” - wszystko to wskoczyło na właściwe miejsce, jak doskonale dobrane puzzle. Ruch stał się cichy, dokładny, symetryczny, głowa uniosła się lekko, jakby mój kark pamiętał więcej dyplomatycznych kolacji niż pojedynków, a dłoń Prue - chociaż trzymałem ją tak samo jak przed chwilą - spoczęła w mojej z nienaturalnym, niemal ceremonialnym spokojem. Drugą rękę oparłem o ladę w sposób, który był… Nieodwołalny.
Wyglądałem tak, jakby ktoś odkurzył część mnie, którą zakopałem lata temu pod warstwą kurzu, krwi i fałszywych papierów. Podałem kobiecie dokumenty, nie spiesząc się, z tą manierą, która mówiła „pracujesz tu, ja płacę” - neutralną, ale niewyobrażalnie ostrą. Prudence trzymała mnie za rękę, nie wypuściła mojej dłoni ani na moment, za co była mi bliższa niż ktokolwiek w piekielnie długim życiu - naprawdę. W każdej sekundzie tego przedstawienia czułem, jak bardzo wolałbym stać gdziekolwiek indziej, niż przy recepcji - w przesmyku, w deszczu, w jej ramionach, w połowie nieudanego zaklęcia, wszędzie, gdzie nie byłoby potrzeby nawiązywać podobnych interakcji, ale w Savoyu… W Savoyu ta maska była skuteczniejsza niż jakiekolwiek zaklęcie iluzji, jeśli miała zapewnić nam komfort, to mogłem ją założyć na te kilka minut. Prue stała tuż obok mnie, patrzyłem przed siebie, ale czułem ją całą - jej ciepło, zapach, lekkie, wspólne napięcie pod skórą. Kiedy odwróciłem głowę w jej stronę, wyraz moich oczu zmienił się tak nagle, jakby ktoś zapalił światło - już nie byłem tamtym człowiekiem, byłem jej mężem - byłem tym, który uciekł od takiego życia, nie tym, który miał je kontynuować. Spojrzałem na nią łagodniej.
- Tak? - Zapytałem cicho, uważnie, dla niej, nie dla świata - słuchałem, zawsze jej słuchałem, nawet wtedy, gdy mogło się wydawać inaczej - więc i teraz skinąłem z absolutną pewnością. Odwróciłem głowę powoli - tak, jak ojciec mnie uczył, by okazać komuś dezaprobatę, której nie trzeba było ubierać w słowa. Spojrzałem na blondynkę z góry, chociaż byłem zmęczony, rozczochrany i w ubraniu, które błagało o pranie i czyszczenie.
- Dokładnie to. - Potwierdziłem, już odwrócony z powrotem do recepcjonistki, znów lodowaty. - Apaltament s widokiem na Tamizę, balkon, najwyszsza dostępna kondygnacja. Wylaśnie odsepalowany od klatki schodowej, wind i stlef wspólnych. - Pauza, krótka. - I… - Dokończyłem, tonem, który nie brzmiał jak prośba - Ploszę dopilnowaś, aby szaden placownik nie zakłócał naszej plywatności do jutla. - Zawiesiłem głos, patrząc na nią jak ktoś, kto nie tolerował sprzeciwu. - Nikt ma nas nie niepokoiś pszed godziną… - Zerknąłem na Prue raz jeszcze. - Szesnastą. - Czułem, jak wokół nas powietrze lekko się napięło, kiedy mój ton opadł ku temu nieprzyjemnemu, spokojnemu rejestrowi, którego używali moi rodzice, kiedy tłumaczyli kelnerowi, że źle położył widelec. Nie byłem chamski - nie podniosłem głosu, nie musiałem. To było to spojrzenie, ten sposób mówienia, którym w mojej rodzinie rozwiązywano wszystkie problemy - od niedogotowanego mięsa po nieposłuszeństwo skrzatów, i ta dziewczyna zdecydowanie to poczuła. Och, ona to poczuła od razu. Blondynka zza lady zastygła, a potem przyspieszyła ruchy, jakby nagle sobie przypomniała, że istnieje hierarchia, której nie należy testować. Skuliła ramiona, zbladła, pochyliła się, jakby nagle zdała sobie sprawę, że popełniła kardynalny błąd - dobrze - akcentowałem każdą sylabę tak, żeby zapamiętała swój błąd na długo.
Bez cienia wysiłku, bez przeliczania, bez mrugnięcia, wsunąłem rękę do kieszeni płaszcza i wyciągnąłem gruby plik mugolskich banknotów - spięty gumką, jak pieniądze kogoś, kto nie bawi się w portfele - położyłem je na blacie, nie w wachlarzu, nie odliczając, nie pytając o kwotę - po prostu kładąc wszystko, jakby sam fakt, że tu staliśmy, miał zagwarantować, że to odpowiednia suma.
- Lesztą plosę się nie pszejmowaś. - Podsunąłem jej plik palcem, powoli, bezdźwięcznie.
Recepcjonistka przełknęła ślinę, skinęła głową i zajęła się procedurą szybciej, niż ktokolwiek z naszej dwójki mógłby się spodziewać. Savoy miał jeszcze standardy - po prostu bardzo głęboko ukryte.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2962), Prudence Fenwick (1526)




Wiadomości w tym wątku
[09.10.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 11.12.2025, 01:00
RE: [09.09.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 11.12.2025, 04:26
RE: [09.09.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 11.12.2025, 23:24
RE: [09.09.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.12.2025, 18:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa