• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix

[9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
12.12.2025, 21:55  ✶  
Wieczór zasnuł Pokątną, a ja wyszedłem z klubokawiarni jeszcze z odrobiną ciepła herbaty pod skórą, takiego, które podpowiadało mi, że mogę załatwić jedną sprawę, zanim udam się na Horyzontalną - tym bardziej, że miałem jeszcze więcej niż kilkanaście minut na ten spacer. Wtedy moje spojrzenie padło na lokal po drugiej stronie ulicy - zdecydowanie nowy, nie było go tu chyba przed pożarami, a teraz jakby zmaterializował się w miejscu dawnej podrzędnej redakcji czasopisma hobbistycznego. Nowy dwupoziomowy sklep odzieżowy wyglądał jak świątynia kogoś, kto kolekcjonował tkaniny i pieniądze w równych proporcjach.
Nie zdarzało mi się chodzić po podobnych miejscach, bo zazwyczaj wystarczało to, co miałem w torbie, a jeśli czegoś potrzebowałem na szybko, brałem pierwszą rzecz, która miała właściwy materiał i nie odstraszała mnie kolorem. Tym razem jednak nie chodziło o mnie, tylko o moją żonę - o to, żeby nie zmarzła tam, gdzie zamierzałem zabrać ją za kilka dni, jeśli tylko wyrazi chęć, czyli w dosyć nieprzystępne, rumuńskie góry. Chciałem czegoś miękkiego, ciepłego, ciemnego - szalu z kapturem i rękawiczek, które miały ją ogrzać tam, gdzie ja nie będę mógł tego zrobić. Wszedłem więc do butiku z tym rodzajem determinacji, który zwykle rezerwowałem na wejścia do miejsc znacznie mniej przyjaznych portfelowi, chociaż to też było miejsce, które nie zwykło być łaskawe dla ludzkich kieszeni. Drzwi domknęły się za mną z cichym, dystyngowanym kliknięciem i dźwiękiem dzwoneczka, z góry natychmiast spłynął na mnie trochę zbyt ciepły blask w odcieniu płynnego złota, a ja poczułem, jak mięśnie na moim karku reagują odruchem zwierzęcia, które przypadkiem weszło na teren wyższej klasy społecznej. Nie pasowałem tu, ale miałem cel, a cele z reguły mnie osłaniały, jak tarcza stworzona z samej determinacji. Szybko strząsnąłem z siebie wrażenie obcości, nie zamierzałem czuć się przytłoczony, nawet jeśli luksus wyciekał z każdego kąta tego butiku i zbierał się w kałuże światła pod kryształowymi lampami.
Dwupoziomowe wnętrze błyszczało burżuazyjną arogancją, która krzyczała, że wszystko tu kosztowało więcej, niż powinno, ceny na metkach były ciągami liczb dłuższymi niż daty w kalendarzu, podłoga pod moimi butami połyskiwała, jakby ktoś właśnie wypolerował ją zaklęciem usuwającym z powierzchni nawet cień kurzu. Pachniało cedrem, kilkoma nutami pseudoegzotycznych perfum i czymś jeszcze, trudnym do nazwania. Schody prowadzące na antresolę wyglądały na stworzone bardziej do pozowania niż chodzenia, więc ruszyłem między stojaki na parterze, starając się nie wyglądać jak ktoś, kto przyszedł tu po rzecz tak przyziemną jak ochrona przed jesienną pizgawicą.
Na dole królował przepych - kaszmir udający skromność, zdecydowanie zbyt dużo prawdopodobnie podrabianego merino i różnych wariacji jedwabiu, który nawet nie powinien tu wisieć w październiku, szpanującego błyskiem pod światło. Pierwsza ekspedientka wypłynęła zza regału z uśmiechem, który pewnie przećwiczyła przedtem zdecydowanie zbyt wiele razy - ku mojemu zdziwieniu, obdarzając mnie naprawdę miłym spojrzeniem, jakby nie wzięła mnie za kogoś, kto przyszedł tu, aby coś ukraść, a nawet jeśli - nie dała tego po sobie poznać, tylko od razu ruszyła do wdrażania technik marketingowych manipulacji. Zdążyłem tylko wspomnieć o szalu, a już trzymałem w dłoniach coś, co przypominało krzyżówkę dywanu z peleryną sceniczną - odsunąłem je od siebie, kręcąc głową. Spojrzenie sprzedawczyni omiotło mnie, a następnie padło na kilka oddalonych wieszaków.
- To absolutnie wyjątkowe modele. -  Zapewniła mnie, głos miała lekko nosowy, jakby zjadała końcówki słów. Pokiwała głową jak jasnowidz, który właśnie zobaczył moją przyszłość, po czym poprowadziła mnie do drążków, na których wisiały rzeczy tak absurdalne, że nawet moja babka by ich nie założyła, a ona uwielbiała wszelką nazbyt drogą ekstrawagancję. Zaproponowała coś zielonego, połyskującego i absolutnie fatalnego - tak bardzo, że przez moment zastanawiałem się, czy nie udawać, że nagle muszę pilnie wyjść, najlepiej przez okno - a przy tym patrzyła na mnie pustym spojrzeniem kogoś, dla kogo wszystkie kolory są „ładne, bo drogie”. Pokręciłem głową, więc sięgnęła po coś innego, prezentując mi miękki, grafitowy, niby kaszmirowy szal, ładny, gruby… Dopóki go nie dotknąłem - gryzł jak wyrzut sumienia. Potem następny, i jeszcze jeden, coraz gorsze mutacje tkanin, które nie powinny się wydarzyć.
- To nowa kolekcja, bardzo modna... - Trajkotała, odsuwając wieszaki i wyciągając kolejne opcje, a ja próbowałem ukryć grymas, który wypływał mi na twarz, jak niechciana prawda w krainie przesady i mydlenia oczu kasiastego klienta.
- Mhm. - Mruknąłem, odsuwając od siebie kolejny koszmar tekstylny, gdy podsunęła mi go pod nos, już wiedziałem, że nie miała pojęcia, co mówi. Stałem tam tak przez moment, jeszcze jeden obrzydliwy szal znalazł się w mojej dłoni, a ekspedientka wciąż się uśmiechała swoim nieświadomym uśmiechem, jakby zachęcała mnie do zakupu tylko na podstawie „proszę mi zaufać, to modne” - to była ta chwila, kiedy człowiek zaczynał wątpić, czy sklep nie jest jakąś społeczną pułapką, eksperymentem, w którym badają cierpliwość klientów. Dalej trajkotała czegoś o „zimowych tendencjach kolorystycznych”, chociaż nawet nie spytała mnie o to, dla kogo miał być ten zakup - najwyraźniej słusznie strzeliła, że nie dla mnie, ale to była jej jedyna właściwa ocena tego wieczoru, w innym przypadku jej słowa odbijały się ode mnie jak deszcz od parasola. Zaczęła mi podtykać szale o kolorach, które nawet wspomniana babunia momentalnie by odrzuciła. Kanarkowa żółć, która zdradzałaby nas z kilometra, coś w odcieniu bladego różu, co wyglądało jak szmata po rozlanym eliksirze miłosnym i jeszcze szal w deseń, który sprawiał wrażenie, jakby ktoś rozciął gobelin w złym miejscu - o, z tym nawet mogłem się identyfikować, chociaż pewnie zostałem wypalony, nie wycięty.
- To najnowszy KRZYK MODY, sir. - Powiedziała tak, jakby chciała mnie zastraszyć luksusem. Parsknąłem pod nosem i udawałem, że to chrząknięcie. Miałem nadzieję, że w końcu mnie zostawi, ale nie, ta kobieta miała talent do przyklejania się do klienta, nie wiedziała jednak nic o tym, czego szukałem. Ani o zimie w górach. Ani o tym, że nie dam żonie czegoś, co wygląda jak prezent od dalekiej ciotki, która nigdy nie słyszała o dobrym guście. Zacząłem więc chodzić między półkami, omijać błyszczące manekiny z nonszalancją człowieka, który wiedział, czego szuka i że ma rację. Zostawiłem ją przy półce z cekinami, nie miałem ochoty kolejny raz powtarzać, że szukam czegoś, co nie wygląda jak dekoracja jarmarku bożonarodzeniowego, więc wykorzystałem okazję i ruszyłem sam.
Piętro wyżej - wchodząc baaaardzo ostrożnie - znalazłem tkaniny, które wreszcie wyglądały jak ubrania, nie jak projekty ekscentrycznych projektantów po kilku strzałach gorzały. Takie, które można nosić przez wiele lat, a nie jedną noc karnawału. Mój wzrok zatrzymał się na szalu z grubą fakturą i ledwie widocznym przeplotem. Kiedy dotknąłem go palcami, miał w sobie to, czego szukałem - ciepło, niewymuszoną elegancję, której nie trzeba było nikomu tłumaczyć. A jednak po kilku obrotach pod światło, kolor wydał mi się trochę zbyt nienaturalny - miał w sobie jakiś dziwnie zielonkawy poblask, choć był czarno-fioletowy, bardzo ciemny - a materiał był odrobinę podejrzanie za miękki w dotyku. Nie tak, jakby pochodził od zwierzęcia, bardziej, jakby wyszedł z niewłaściwego typu fabryki - takiej, w której odzyskiwało się i przerabiało odpady, nadając im cechy materiałów naturalnych.
Zmarszczyłem brwi, z tym szalem w ręku zdecydowanie musiałem wyglądać, jak ktoś, kto potrzebował jednej fachowej uwagi, jednego potwierdzenia, że wybór jest właściwy. Ekspedientka już była w drodze, wspinając się po szklanych schodach, gotowa na kolejną salwę „nowości sezonu”. Stałem tak chwilę, patrząc na szal, potem na nią, potem znów na szal. Ostatnią osobą na świecie, którą chciałem pytać o gust, była ta kobieta, nie miałem co do tego ani grama wątpliwości. Właśnie wtedy zauważyłem ją, kilka metrów dalej, przy regale z płaszczami. Kobieta w ciemnym, dobrze skrojonym płaszczu, poruszająca się z nonszalancją kogoś, kto wiedział, że świat gnie się pod jej spojrzeniem, a nie odwrotnie. Miała w palcach mankiet jednego z okryć i oceniała szew z uwagą, którą rozpoznawałem natychmiast - to było prawdziwe rozeznanie w temacie. Nie musiałem mieć nosa do mody, żeby rozpoznać kogoś, kto naprawdę wiedział, co robi.
Normalnie bym tego nie zrobił, ostatnie, czego chciałem, to zaczepiać obcych ludzi w sklepie, zwłaszcza tak eleganckich, ale inaczej utknąłbym tu na wieczność, walcząc z entuzjazmem ekspedientki i własnym brakiem cierpliwości. Podszedłem powoli, czując znajome ukłucie niezręczności gdzieś pod mostkiem. Trzymałem szal w jednej dłoni, jak dowód rzeczowy, z odrobiną niechęci, której nie dało się wyplenić, ale też z zamiarem doprowadzenia sprawy do końca.
- Pszeplasam. - Odezwałem się, zanim zdążyłem się rozmyślić, w moim głosie zabrzmiała ta chrypka, która pojawia się, kiedy człowiek robi coś wbrew sobie. - Pani wygląda na kogoś, kto faktycznie zna się na tkaninach. Mogę zapytaś o opinię? - Zawiesiłem głos, pozwalając, żeby butik na chwilę wstrzymał oddech, w tej jednej chwili naprawdę potrzebowałem drugiej pary oczu, miałem przeczucie, że te należą do kogoś, kto widział więcej niż tylko cenę na metce. Obym się nie mylił.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bellatrix Black (1510), Benjy Fenwick (2087)




Wiadomości w tym wątku
[9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - przez Benjy Fenwick - 12.12.2025, 21:55
RE: [9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - przez Bellatrix Black - 16.12.2025, 22:03
RE: [9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 04:20
RE: [9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - przez Bellatrix Black - 17.12.2025, 18:10

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa