13.12.2025, 00:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2026, 00:11 przez Eutierria.
Powód edycji: Blokada możliwości edycji
)
Polewaj, polewaj co masz, byle żwawo. Po kielichu dla każdego, przecież nie co dzień się żenię!, zakrzyknął już od wejścia Moody, przygarnąwszy do siebie ramieniem żonę, która szczęśliwie śmiała się, zamiast udusić go zarzuconym na głowę welonem. Żona. Smakował to słowo na języku odkąd tylko scałował je z ust Lorien. Już nie Lorien Mulciber, ale Lorien Mulciber-Moody, bo chciała nosić jego nazwisko tak jak nosiła na palcu obrączkę, wyróżniającą się spośród misternych splotów jej biżuterii prostotą. Chciała siedzieć obok niego, wsparta ramieniem o jego ramię, chciała... Aaron uśmiechnął się, wznosząc swój kielich w niemym toaście, poprawiając spływający na ziemię tren ślubnej sukni siedzącej obok żony, żeby nikt nie zachlapał go winem. Można było utonąć w tych wszystkich warstwach marszczonego tiulu, bufek, falbanek, zakładeczek, i bogowie tylko raczą wiedzieć, czego jeszcze. A jednak pod tą szkaradną suknią ślubną, gdzieś pośród misternych koronek i połyskujących wesoło brylancików wszytych w drogocenny materiał, naprawdę tkwiła jego Lorien. I wyglądała prześlicznie. Wyglądała prześlicznie, gdy się tak rumieniła, czy to pod wpływem grzańca, czy wstydu. Wplątał się pośród jej welony, miękko przesuwając dłonią po zaróżowionym policzku Lorien. A potem nachylił się, jak gdyby zazdrośnie chciał osłonić ją przed wzrokiem wszystkich. Nie musiał. Wiedział, że jej pocałunki należą teraz do niego. Ale znajdował przyjemność w tym, że mógł wreszcie ująć jej twarz w dłonie, przyciągnąć ją do siebie, nazwać się jej mężem, tak, jak ona nazywał siebie jego żoną.
Oczywiście, że był jej.
Wszystkim postawił kolejkę, sam też osuszył kieliszeczek czegoś mocniejszego, jeżeli i jemu podano. To nie od alkoholu szumiało mu przecież w głowie. Woody z wielkim poświęceniem wlewał w siebie kolejne toasty, dbając o wzgledną trzeźwość przyjaciela, ale Aaron i tak czuł się jakby pijany. Pijany szczęściem, wydystylowanym w niepozornej postaci kobiety, którą sam ku sobie przyciągnął, żeby złożyć pocałunek na jej ustach. Wciąż jeszcze mieli czas, żeby być szczęśliwi. Jeszcze trochę czasu. A zostało przecież tyle do zrobienia. Na przykład, napić się grzańca, który przyjemnie ogrzewał gardło podrażnione krzykiem, bo przecież Aaron przekrzykiwał wcześniej najętą orkiestrę, żeby zagrali ulubioną włoską piosenkę Lorien. A potem wszystkie sentymentalne szlagiery z lat młodości, tak chętnie puszczane w trakcie ślubnych obchodów. Gorzka wódka, gorzka wódka, trzeba ją osłodzić. Młody młodą pocałuje, nic nie będzie szkodzić!, tak śpiewało się na weselach. Nawet teraz wszyscy wokół skandowali wesoło gorzko, gorzko, gorzko. Ale gorzki smak wódki na języku był odległym wspomnieniem. Lorien smakowała bowiem słodkim włoskim winem, na butelce którego napisano "e vissero per sempre felici e contenti". Smakowała grzańcem, który oboje sączyli powoli, ciesząc się swoim szczęściem.
Oczywiście, że był jej.
Wszystkim postawił kolejkę, sam też osuszył kieliszeczek czegoś mocniejszego, jeżeli i jemu podano. To nie od alkoholu szumiało mu przecież w głowie. Woody z wielkim poświęceniem wlewał w siebie kolejne toasty, dbając o wzgledną trzeźwość przyjaciela, ale Aaron i tak czuł się jakby pijany. Pijany szczęściem, wydystylowanym w niepozornej postaci kobiety, którą sam ku sobie przyciągnął, żeby złożyć pocałunek na jej ustach. Wciąż jeszcze mieli czas, żeby być szczęśliwi. Jeszcze trochę czasu. A zostało przecież tyle do zrobienia. Na przykład, napić się grzańca, który przyjemnie ogrzewał gardło podrażnione krzykiem, bo przecież Aaron przekrzykiwał wcześniej najętą orkiestrę, żeby zagrali ulubioną włoską piosenkę Lorien. A potem wszystkie sentymentalne szlagiery z lat młodości, tak chętnie puszczane w trakcie ślubnych obchodów. Gorzka wódka, gorzka wódka, trzeba ją osłodzić. Młody młodą pocałuje, nic nie będzie szkodzić!, tak śpiewało się na weselach. Nawet teraz wszyscy wokół skandowali wesoło gorzko, gorzko, gorzko. Ale gorzki smak wódki na języku był odległym wspomnieniem. Lorien smakowała bowiem słodkim włoskim winem, na butelce którego napisano "e vissero per sempre felici e contenti". Smakowała grzańcem, który oboje sączyli powoli, ciesząc się swoim szczęściem.