Gdyby miał tu wpaść ktokolwiek inny niż osoby stacjonujące w obozie, to Cathal pewnie usłyszałby ich z daleka. Kto zresztą kręciłby się tutaj o tak nieboskiej godzinie, tuż przed wschodem słońca, gdy było jeszcze tak zimno…
– Och, no wiesz co? – jej słowa brzmiały jakby była oburzona, ale ton głosu zupełnie na to nie wskazywał. Patrzyła po prostu na przystrojoną choinkę i uśmiechnęła się może nawet nieco szerzej, mrużąc przy tym jasnobrązowe oczy. Okej, czyli to jednak nie Cathal, skoro myślał o pozbyciu się jej. Pudło. – To by chyba też pasowało? Podpalanie drzewka znaczy się. Wiesz, wielkie ogniska i te sprawy – orientowała się w zwyczajach na wyspach tak piąte przez dziesiąte, ale właśnie wydawało jej się, że wielkie ogniska były dość częstym elementem sabatów. – Może być i z Niemiec – stwierdziła po prostu i wzruszyła ramionami, nie przejmując się wymądrzaniem się, bo jakoś w ten sposób tego nie odebrała. – Ważne jest to, że w ten sposób świętują w Anglii – a że było tutaj sporo osób z Wielkiej Brytanii, to to właśnie się liczyło. I przy tym nie było chyba nikogo z Niemiec.
– Mógłby to być Jamil, jeśli ktoś by mu za to zapłacił – dodała do tego jak gdyby nigdy nic. Brakowało jeszcze, żeby zaczęła niewinnie oglądać swoje paznokcie. – Albo… gdyby się z kimś założył – znała w końcu Jamila od lat i razem w szkole wpadli w niejedne tarapaty, na przykład wymykając się gdzieś w nocy, albo… inne tego typu. Ginevra była równie wielkim ziółkiem co Jamil, z tą różnicą, że bardzo serio podchodziła do innych spraw, przez co po skończeniu szkoły mocno się uspokoiła i utemperował się jej charakter… w większości. No nie pakowała się w tyle kłopotów co jej drogi przyjaciel, to na pewno. Ale przy tym znała chyba wszystkie możliwości, jak na Anwara zadziałać. Na przykład mógłby się założyć z nią – to nie byłoby nawet dziwne, chyba wszyscy w obozie widzieli co ta dwójka potrafiła wyczyniać z kartami i na jakie absurdalne pomysły czasami wpadali, gdy już udało się namówić Ginny do gry. Ale nie. Nie tym razem. – O ile dobrze pamiętam, to jego matka obchodzi Yule. Jamil zawsze wspominał, że tęskniła za śniegiem, ale on go nigdy nie widział, więc… – więc Cathal mógł dokończyć sobie sam. Jamil pochodził z biednej rodziny, nie było ich stać na wycieczkę do Anglii, nawet żeby odwiedzić rodzinę od strony matki.
– Obchodzę. To było zawsze strasznie ważne wydarzenie dla mojego ojca, kazali mi przez to wracać do domu na Yule, żeby móc spędzić czas z rodzicami – przy tym westchnęła cierpiętniczo, bo powroty z Uagadou do jej domu najpierw w Aleksandrii, a potem do Kairu odbywały się za pomocą świstoklików. Kilku po drodze w jedną stronę. To nie było przyjemne uczucie dla dorosłego człowieka, a co dopiero dla dziecka, więc… w sumie nic dziwnego, że unikała teleportacji jak ognia i zgadzała się na nią dopiero, jeśli nie było innego sposobu, bo wrażenie było podobne i kończyło się dla niej zresztą tak samo jak podróż świstoklikiem: rzyganiem. – No i zanim poszłam do szkoły to co drugi rok płynęliśmy do Anglii, żeby spędzić Yule z dziadkami – powrócili do tego zwyczaju jak szkołę skończyła. – Mamy nieparzysty rok, więc jestem w Egipcie – dodała i uśmiechnęła się pod nosem.