15.12.2025, 10:26 ✶
- Nie wiem - odpowiedziała cicho, bo zwyczajnie nie wiedziała, co może zrobić. Ja, ja ja - to wszystko co mówiła faktycznie krążyło wokół niej, ale trzeba było być ślepym, by nie zauważyć, że faktycznie Faye miała ostatnio pecha. To, że inni mieli gorzej, nie umniejszało jej bólu. Dobrze jednak, że nie wypowiedział tych słów na głos, bo wtedy pewnie by się kompletnie załamała. - Nie będę dzisiaj o tym myśleć.
Nie lubiła okazywać słabości, ale nie potrafiła już ukrywać łez, które kapały po jej policzkach. Wszystko wokół śmierdziało popiołem i spalenizną, a ona czuła się jak zwierzę złapane w klatkę. Sama była brudna, bo chociaż jej mieszkanie było nienaruszone, to chciała... Sama nie wiedziała czego chciała. Co chciała osiągnąć, patrząc na zgliszcza, próbując je posprzątać? Może chciała odzyskać częściowy spokój, może chciała sprawić, żeby starowinka miała dokąd wrócić? A może musiała po prostu się czymś zająć.
Była zmęczona, zmęczona jak jasna cholera. Otarła łzy bezczelnie w szatę Leviathana, zanim nie odsunęła się od niego, zdając sobie w końcu sprawę z tego, do kogo się przytula. Nie wolno jej było go przytulać, nie po tym, co ich połączyło. Czasem zastanawiała się, czy w innych okolicznościach Leviathan byłby dla niej milszy, ale szybko dochodziła do wniosków, że cokolwiek by nie zrobiła - nigdy nie będzie wystarczająca. Odsunęła się więc, a potem odchrząknęła. Jakby chciała tym dźwiękiem sprawić, że wszystkie myśli znikną.
Ona nigdy nie będzie wystarczająca dla nikogo - nie miało znaczenia czy to była jej rodzina, Maddox czy Leviathan. Dolna warga jej zadrżała, a ona odwróciła głowę i sięgnęła po papierosa.
- Ale coś zrobię. Tylko nie dzisiaj - powiedziała cicho, odpalając peta. Poczęstowała Leviego, oczywiście, bo nie była chamem. A potem spojrzała na dogorywające bale drewna i przetarła oczy palcami. - Gdy kurz opadnie, będziemy musieli porozmawiać z kimś z konwenu.
Zaczęła z głupia frant, nawet nie patrząc na swojego "męża".
- Jak mam zacząć wszystko naprawiać, to muszę to zrobić po kolei, od początku - dodała jakby wyjaśniająco, skąd w ogóle pomysł na poruszenie tego tematu.
Nie lubiła okazywać słabości, ale nie potrafiła już ukrywać łez, które kapały po jej policzkach. Wszystko wokół śmierdziało popiołem i spalenizną, a ona czuła się jak zwierzę złapane w klatkę. Sama była brudna, bo chociaż jej mieszkanie było nienaruszone, to chciała... Sama nie wiedziała czego chciała. Co chciała osiągnąć, patrząc na zgliszcza, próbując je posprzątać? Może chciała odzyskać częściowy spokój, może chciała sprawić, żeby starowinka miała dokąd wrócić? A może musiała po prostu się czymś zająć.
Była zmęczona, zmęczona jak jasna cholera. Otarła łzy bezczelnie w szatę Leviathana, zanim nie odsunęła się od niego, zdając sobie w końcu sprawę z tego, do kogo się przytula. Nie wolno jej było go przytulać, nie po tym, co ich połączyło. Czasem zastanawiała się, czy w innych okolicznościach Leviathan byłby dla niej milszy, ale szybko dochodziła do wniosków, że cokolwiek by nie zrobiła - nigdy nie będzie wystarczająca. Odsunęła się więc, a potem odchrząknęła. Jakby chciała tym dźwiękiem sprawić, że wszystkie myśli znikną.
Ona nigdy nie będzie wystarczająca dla nikogo - nie miało znaczenia czy to była jej rodzina, Maddox czy Leviathan. Dolna warga jej zadrżała, a ona odwróciła głowę i sięgnęła po papierosa.
- Ale coś zrobię. Tylko nie dzisiaj - powiedziała cicho, odpalając peta. Poczęstowała Leviego, oczywiście, bo nie była chamem. A potem spojrzała na dogorywające bale drewna i przetarła oczy palcami. - Gdy kurz opadnie, będziemy musieli porozmawiać z kimś z konwenu.
Zaczęła z głupia frant, nawet nie patrząc na swojego "męża".
- Jak mam zacząć wszystko naprawiać, to muszę to zrobić po kolei, od początku - dodała jakby wyjaśniająco, skąd w ogóle pomysł na poruszenie tego tematu.