• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[08.10.1972] Skoro inaczej nie można, będziemy im jako włoskie bakalie słodcy

[08.10.1972] Skoro inaczej nie można, będziemy im jako włoskie bakalie słodcy
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
15.12.2025, 22:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 11:47 przez Aaron Andrew Moody.)  
Mieszkanie Aarona i Lorien i ich kotów w Camden

Aaron Moody gotował rzadko. Wbrew pozorom gotować jednak umiał, chociaż cierpliwości do stania przy garach nie miał żadnej. W przeciwieństwie do większości mężczyzn swojego pokolenia, którym pod nos talerz podsuwała matka, a potem żona, cóż... Moody wychowany został w domu, w którym oboje rodziców ciężko pracowało, już od małego gotować musiał sobie sam. Żona jego, choć spełniała się w roli gospodyni domowej, umarła, zostawiając go samego z dziećmi. A córka, jak dorastała, to w ogóle do prac kuchennych się nie garnęła, więc ktoś w domu musiał zadbać o to, żeby nie było głodu. Szło mu z tym bardzo różnie. Ale była jedna taka potrawa, która wychodziła Aaronowi absolutnie zawsze. I jak kilka dni temu zobaczył w pracy, jak Bones pałaszuje pudding ze śliwkami, to od razu zapowiedział Lorien, że jak znajdzie wolną chwilę, to zrobi pudding. Pudding nie byle jaki, bo według przepisu jego cioci, do której uwielbiał jeździć na święta, zanim wzięła i umarła na skutek powikłań czarnomagicznego zaklęcia, którym miotnął w nią na służbie jakiś czarnoksiężnik. Tak to już było. Żaden Moody jeszcze nie umarł ze starości. Budząc się jednak w dzień po swoim ślubie, z żoną u boku i kacem mordercą rozłupującym mu czaszkę od środka... Aaronowi chyba po raz pierwszy w życiu przeszła przez głowę myśl, że mógłby być pierwszym. Mógłby umrzeć ze starości. A przede wszystkim, mógłby tak żyć, pomyślał, całując Lorien, zanim delikatnie wyplątał się z jej objęć, i z jej włosów rozsypanych na jego poduszce.

Wstając, przypadkiem zrzucił z łóżka kota, a właściwie Le Chata, który skwitował to obrażonym syczeniem. Aaron skrzywił się, i pokazał mu na migi, żeby był cicho. A potem pogramolił się do kuchni, zobaczyć, czy ma jeszcze jakiś słoik ogórków kiszonych. Czy istniało lepsze antidotum na kaca? Niestety, kiszone ogórki się skończyły, bo wszystkie ukradli Śmierciożercy. Moody zamrugał, wpatrując się tępym wzrokiem w pustą szafkę. Nie, skarcił się w myślach, to zaszło za daleko Aaronie. Śmierciożercy na pewno nie złamaliby szyfru do twojej szafki z przetworami. A nawet gdyby, co by im było po kiszonych ogórach? Nawet Aaron Moody uważał, że jego paranoja przybiera czasem aż nazbyt dziwaczne formy.

Nachylił się więc nad zlewem, dując wodę prosto z kranu, dopóki nie poczuł, że ma dość. Wytarł usta dłonią, na której złociła się obrączka, a potem nalał trochę wody do czajniczka, na kawę, zaczynając krzątać się po kuchni w swój przyjemnie rutyniarski sposób. Bo Aaron Moody nawet w niepracującą niedzielę nie zwykł marnować czasu. Starając się jak najmniej szurać wszystkimi kuchennymi gratami, rozpoczął przygotowania do śniadania. Wdzięczny był, że może polegać na pamięci mięśniowej, jako że wszystkie naczynia były porozstawiane w określonym porządku, wszystko zdawało się więc na wyciągnięcie ręki. Przynajmniej dopóki Aaron nie przypomniał sobie, że przestawił kubki na inną półkę, żeby Lorien nie musiała za każdym razem przywoływać ich różdżką. A sztućce? Sztućce też przeniósł z tej niedomykającej się szuflady z zepsutą gałką, którą wciąż uparcie bawiły się koty, pakując w to miejsce mniej ważne kuchenne drobiazgi. W tym stary przepiśnik matuli Moody, który przypadkiem wpadł mu w ręce, choć szukał przecież tylko swojego ulubionego noża.

W tym właśnie momencie Aaron przypomniał sobie o tym, że miał robić pudding.

– Będzie z bakaliami – zwrócił się do Lorien, gdy ta weszła do kuchni. – Chyba, że zdążysz wyjeść wszystkie. Wtedy będzie bez bakalii – zażartował głupio, uśmiechając się do żony. Żony. Cieszył się, że może ją tak wreszcie nazwać wprost, zamiast plątać się wciąż pośród niedopowiedzeń. Wcześniej zaklął kuchenne utensylia, żeby siekały masło w misce wypełnionej mąką, cukrem, pokruszonymi sucharkami, i drobno potłuczonymi orzechami włoskimi. W mniejszych miseczkach znajdowały się suszone daktyle, morele i rodzynki, i jeszcze więcej orzechów: dodatki, które sprawiały, że pudding nabierał smaku. Moody zajął się następnie smarowaniem wyłożonej papierem blachy masłem, przybycie Lorien sprawiło jednak, że zapomniał o startych na tarce jabłkach, które podpiekały się na wolnym ogniu na kuchence za jego plecami.

Rzemiosło (3k), pieczenie puddingu (jabłka na gazie). Czy dewiza "stała czujność" mnie nie zawiedzie?
Rzut Z 1d100 - 89
Sukces!

Przypomniał sobie jednak, gdy zaczęły się podpiekać, bo zapachniały wówczas przepięknie. Aaron odwrócił się, żeby dosypać do nich cynamonu, którym wcześniej doprawił też kawę Lorien.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (687), Lorien Mulciber (392)




Wiadomości w tym wątku
[08.10.1972] Skoro inaczej nie można, będziemy im jako włoskie bakalie słodcy - przez Aaron Andrew Moody - 15.12.2025, 22:56
RE: [19.11.1972] Skoro inaczej nie można, będziemy im jako włoskie bakalie słodcy - przez Lorien Mulciber - 16.12.2025, 22:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa