16.12.2025, 14:05 ✶
— Nie byli tacy zawsze? — zapytała, marszcząc brwi. Nie była pewna, bo sama ani się nie zapowiadała, ani nie zwracała uwagi na to, czy jest odebrana jako nachalna. Choć przyznać też trzeba, że zwykle to nie ona odwiedzała, lecz była odwiedzana. — Ludzie zawsze wydawali mi się mistrzami we wkładaniu między siebie i na siebie barier. To ich oddala. Od siebie nawzajem, siebie samych, od świata.
Flaszka dobrych wspomnień była dokładnie tym, czego Helloise potrzebowała. Uściskała więc w podzięce Flinta i odstawiła butelkę do swojej kolekcji, myśląc o tym, że wypróbuje ją ledwo żeglarz wyjdzie. Lub jeszcze nim wyjdzie. Zależnie od tego, jak nieznośna stanie się pokusa skonsumowania obietnicy nowego rodzaju przyjemności. Sprezentowana mikstura krążyła jej natrętnie po głowie, ale czarownica nie chciała sięgać po nią od razu, jakby to miało zdradzić, jak głęboko zaplątała się w ostatnich dniach w odurzenie. Że rytm jej dnia wyznaczało to, jak długo od rana wytrzymała bez swoich opiumowych kropelek na uspokojenie, które dogniatały do łóżka mgłą błogiej niemocy, przez którą nie przedzierały się złe myśli.
Bo choć z każdym Śmierciożercą poznanym bez maski jej strach przed nimi topniał, to bała się obsesyjnie czego innego: widm.
Dlatego też nie spędziła przy oknie zbyt wiele czasu — wciąż myślała o tym, czy idą, czy wyszły, czy idą. Wróciła do kuchni i postawiła na ogniu czajnik.
— Twoje zapasy nie spłonęły… to znaczy, że wciąż masz gdzie spać?
Przesunęła po blacie wieżę pustych słoiczków, żeby zrobić miejsce na kubki, które wypełniła liśćmi czarnej herbaty, suszonymi owocami i korzennymi przyprawami. Nie miała przygotowanego na poczęstunek niczego imponującego. Ostatnio ani jej było w głowie piec placków, rogalików i innych przekąsek. Wysypała więc tylko do miseczki orzechów włoskich i skroiła świeże jabłka w kawałki do zjedzenia na dwa kęsy. Musiało wystarczyć.
Flaszka dobrych wspomnień była dokładnie tym, czego Helloise potrzebowała. Uściskała więc w podzięce Flinta i odstawiła butelkę do swojej kolekcji, myśląc o tym, że wypróbuje ją ledwo żeglarz wyjdzie. Lub jeszcze nim wyjdzie. Zależnie od tego, jak nieznośna stanie się pokusa skonsumowania obietnicy nowego rodzaju przyjemności. Sprezentowana mikstura krążyła jej natrętnie po głowie, ale czarownica nie chciała sięgać po nią od razu, jakby to miało zdradzić, jak głęboko zaplątała się w ostatnich dniach w odurzenie. Że rytm jej dnia wyznaczało to, jak długo od rana wytrzymała bez swoich opiumowych kropelek na uspokojenie, które dogniatały do łóżka mgłą błogiej niemocy, przez którą nie przedzierały się złe myśli.
Bo choć z każdym Śmierciożercą poznanym bez maski jej strach przed nimi topniał, to bała się obsesyjnie czego innego: widm.
Dlatego też nie spędziła przy oknie zbyt wiele czasu — wciąż myślała o tym, czy idą, czy wyszły, czy idą. Wróciła do kuchni i postawiła na ogniu czajnik.
— Twoje zapasy nie spłonęły… to znaczy, że wciąż masz gdzie spać?
Przesunęła po blacie wieżę pustych słoiczków, żeby zrobić miejsce na kubki, które wypełniła liśćmi czarnej herbaty, suszonymi owocami i korzennymi przyprawami. Nie miała przygotowanego na poczęstunek niczego imponującego. Ostatnio ani jej było w głowie piec placków, rogalików i innych przekąsek. Wysypała więc tylko do miseczki orzechów włoskich i skroiła świeże jabłka w kawałki do zjedzenia na dwa kęsy. Musiało wystarczyć.
dotknij trawy