16.12.2025, 17:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2025, 19:29 przez Benjy Fenwick.)
Nie było mnie w obozie od wczoraj. Wysłali mnie gdzie indziej, w dół doliny, na rozeznanie, które miało być pilne, a jak zwykle okazało się po prostu upierdliwe. Wróciłem pod wieczór, gdy Appalachy robiły się już czarne i głuche, a śnieg skrzypiał pod butami. Niebo nad obozem było czarne, czystsze niż gdziekolwiek indziej, gwiazdy świeciły ostro, zimno. Wiatr szarpał płaszczami, śnieg niedługo miał zacząć prószyć, drobno, uparcie, jak zawsze o tej porze roku. Wysokie góry i gęste lasy nie robiły aż takiego wrażenia, kiedy patrzyło się na nie drugi czy trzeci rok z rzędu, były zimne, mokre i nieprzyjazne - w sam raz, by pamiętać o ich naturalnej wrogości wobec ludzi. Trzymałem się swoich rewirów, nie dlatego, że ktoś mi kazał, tylko dlatego, że tak było wygodniej. Plecak rzuciłem tam, gdzie zawsze, sprawdziłem sprzęt, odruchowo policzyłem wszystko, co powinno wisieć na zewnątrz. Wisiało, więc wieczór chwilowo obywał się bez zaskoczenia, przynajmniej przez chwilę.
Nagle zawiało ciepłym powietrzem, gdy wiatr zmienił kierunek, a przez zapach dymu przebiło się coś jeszcze, bardzo nietypowego - pachniało sensownie, jak na warunki, w których zwykle jadło się cokolwiek, byle nie skute na kostkę lodu. Odruchowo spojrzałem w tamtą stronę, dopiero wtedy zauważyłem, że kilka metrów dalej ktoś krzątał się przy prowizorycznej kuchni, ale nie patrzyłem, kto to dokładnie, nie miałem potrzeby śledzić cudzych grafików ani liczyć ilości dusz na końcu świata.
Słyszałem, że doszły nowe osoby, zgodnie ze stałym planem, który był mi znany na tyle, na ile tego potrzebowałem, bez głębszych detali - gdy nam to komunikowano, ktoś narzekał, ktoś parsknął śmiechem, ktoś inny rzucił komentarz, który miał być zabawny - nie zwróciłem na to jednak większej uwagi, zawsze mówili głupoty, kiedy było zimno, ciemno i nudno. Przeleciało mi to obok głowy, ludzie byli tymczasowi, robota nie, to pierwsze miało więc dla mnie marginalne znaczenie. Prawdę mówiąc, ta konkretna grupa ludzi była całkiem przyzwoita, ale nie na tyle, by tworzyć wielkie przyjaźnie. Niektórzy byli w porządku, inni… Byli. Nie było w tym, co robiliśmy, żadnej duchowej wspólnoty, żadnego „razem”. Współpraca tego typu to była zwykła czynność, jak czyszczenie ostrza albo wiązanie buta.
- No, proszę, Fen wrócił cały. - Odezwał się Morris, opierając się o pień. - Myślałem, że góry cię w końcu zjedzą. - Zaśmiał się krótko, całkiem koleżeńsko, jak na bycie kutasem. Obok niego kręcił się Harris, młodszy z bliźniaków, z tym irytującym błyskiem w oku.
- Jeszcze nie. - Mruknąłem. - Widocznie mnie nie chcą. Czekają aż się przemrożę, mięcho jest wtedy bardziej delikatne, wiesz, kruchutkie, bez tego jestem raczej żylasty, nawet na tutejsze standardy. - Morris parsknął śmiechem, szybko jednak zamilkł. W obozie obowiązywały proste zasady, jedną z nich było to, że lepiej nie ciągnąć mnie za język. Odwróciłem od niego wzrok, nie mając ochoty nawiązywać dalszej interakcji.
Mimowolnie wróciłem spojrzeniem do drugiego źródła światła. Dopiero wtedy zauważyłem, że kawałek dalej, przy prowizorycznej kuchni, krząta się ktoś nietypowy, rzeczywiście z nowych, zdecydowanie kobieta, patrząc po sylwetce. No, cóż, pachniało sensownie, jak na takie warunki, więc to rzeczywiście nie mógł być nikt ze starych ludzi. Ich próby były dotychczas dosyć mierne - mówiąc delikatnie.
Stałem chwilę, oceniając zapasy, nie naszą nową kucharkę. Ogień przy palenisku był w porządku, ale tamten mniejszy, będący bardziej źródłem światła, mógł zaraz przygasnąć. Mimowolnie westchnąłem, wiedząc, co to oznaczało, ale jeszcze nie ruszając się z miejsca. Potem spojrzałem na kobietę - była skupiona na przygotowywanym jedzeniu - warzywa, indyk, jakieś owoce - robiła to metodycznie, bez nerwowych ruchów, jakby gotowanie było dla niej zadaniem, a nie karą. Wyglądała, jakby to miejsce było dokładnie tym, gdzie nie chciała być, ale i tak stała prosto. Nie dziwiło mnie to, Appalachy nie były miejscem, do którego się tęskni, były miejscem, które się przetrzymuje.
Medyczka, pomyślałem, to było widać od razu bo tacy ludzie mieli w sobie ten specyficzny rodzaj napięcia - ciągła gotowość, jak u mnie, tylko w inną stronę, tę, która naturalnie kontrastowała z moją codzienną pracą. Nie pasowała do reszty obozu i właśnie dlatego nikt jej tu nie chciał naprawdę, ja też nie czułem potrzeby, żeby się do niej zbliżać w celach zapoznawczych. Była częścią obozu tak samo jak namioty, ogień i dym z płonącego mokrego drewna, jak my wszyscy - funkcja, nie historia - wiedziałem, że jak ktoś wróci poharatany, połamany albo przeklęty, to ona będzie musiała się nim zająć, do tego czasu raczej faktycznie musiała sobie znaleźć jakieś zajęcie, gotowanie nie było najgorsze, przynajmniej nie musiała siedzieć z resztą towarzystwa.
Nie skomentowałem jej obecności do kolegów. Nie interesowało mnie, skąd jest ani dlaczego tu przyjechała, najwyraźniej ktoś uznał to za potrzebne, tyle wystarczyło. Wziąłem kolejne polana, w miejsce tych wypalonych, i przeszedłem kilkanaście kroków dalej, z miejsca, w którym wcześniej stałem, bliżej prowizorycznej kuchni. Położyłem kilka polan na mniejszej kupce, niedaleko niej, tak, żeby były pod ręką - bez słowa, bez spojrzenia - drewno było ciężkie i wilgotne, ale i tak mogło się przydać, kiedy wiatr znowu zmieni kierunek, to było wszystko.
Słysząc trzask z lasu, oparłem się o skrzynię z zapasami, poprawiłem pasek przy udzie, spojrzałem w ciemność między drzewami. Nie interesowało mnie nic więcej. Appalachy były niespokojne, czuło się to w kościach, nie lubiły, gdy ktoś w nich grzebał, ziemia tu nie zapominała i nie wybaczała. Myślałem o tym, co jutro może wyjść spod śniegu albo wyskoczyć zza drzew, nie o tym, kto miesza w garze.
- Fanny, nie stój tak smutno. - Rzucił Harris zza moich pleców, pod wiatr, co uznałem przede wszystkim za głupie, nie irytujące - nie lubiłem, gdy ktoś bez potrzeby strzępił japę po zmroku. - Rozgrzej się, bo nam tu zamarzniesz jak panienka. - Byłem niemal pewny, że wykonał ruch w kierunku naszej nowej koleżanki, ale nie odwracałem wzroku od linii drzew.
- Zamknij się. - Powiedział Morris za mnie, znudzonym tonem. - Albo idź pilnować lasu.
Prychnąłem cicho, kręcąc głową - debile. Głupi, ale nieszkodliwi, przynajmniej do czasu, bo na robocie się jednak znali.
Nagle zawiało ciepłym powietrzem, gdy wiatr zmienił kierunek, a przez zapach dymu przebiło się coś jeszcze, bardzo nietypowego - pachniało sensownie, jak na warunki, w których zwykle jadło się cokolwiek, byle nie skute na kostkę lodu. Odruchowo spojrzałem w tamtą stronę, dopiero wtedy zauważyłem, że kilka metrów dalej ktoś krzątał się przy prowizorycznej kuchni, ale nie patrzyłem, kto to dokładnie, nie miałem potrzeby śledzić cudzych grafików ani liczyć ilości dusz na końcu świata.
Słyszałem, że doszły nowe osoby, zgodnie ze stałym planem, który był mi znany na tyle, na ile tego potrzebowałem, bez głębszych detali - gdy nam to komunikowano, ktoś narzekał, ktoś parsknął śmiechem, ktoś inny rzucił komentarz, który miał być zabawny - nie zwróciłem na to jednak większej uwagi, zawsze mówili głupoty, kiedy było zimno, ciemno i nudno. Przeleciało mi to obok głowy, ludzie byli tymczasowi, robota nie, to pierwsze miało więc dla mnie marginalne znaczenie. Prawdę mówiąc, ta konkretna grupa ludzi była całkiem przyzwoita, ale nie na tyle, by tworzyć wielkie przyjaźnie. Niektórzy byli w porządku, inni… Byli. Nie było w tym, co robiliśmy, żadnej duchowej wspólnoty, żadnego „razem”. Współpraca tego typu to była zwykła czynność, jak czyszczenie ostrza albo wiązanie buta.
- No, proszę, Fen wrócił cały. - Odezwał się Morris, opierając się o pień. - Myślałem, że góry cię w końcu zjedzą. - Zaśmiał się krótko, całkiem koleżeńsko, jak na bycie kutasem. Obok niego kręcił się Harris, młodszy z bliźniaków, z tym irytującym błyskiem w oku.
- Jeszcze nie. - Mruknąłem. - Widocznie mnie nie chcą. Czekają aż się przemrożę, mięcho jest wtedy bardziej delikatne, wiesz, kruchutkie, bez tego jestem raczej żylasty, nawet na tutejsze standardy. - Morris parsknął śmiechem, szybko jednak zamilkł. W obozie obowiązywały proste zasady, jedną z nich było to, że lepiej nie ciągnąć mnie za język. Odwróciłem od niego wzrok, nie mając ochoty nawiązywać dalszej interakcji.
Mimowolnie wróciłem spojrzeniem do drugiego źródła światła. Dopiero wtedy zauważyłem, że kawałek dalej, przy prowizorycznej kuchni, krząta się ktoś nietypowy, rzeczywiście z nowych, zdecydowanie kobieta, patrząc po sylwetce. No, cóż, pachniało sensownie, jak na takie warunki, więc to rzeczywiście nie mógł być nikt ze starych ludzi. Ich próby były dotychczas dosyć mierne - mówiąc delikatnie.
Stałem chwilę, oceniając zapasy, nie naszą nową kucharkę. Ogień przy palenisku był w porządku, ale tamten mniejszy, będący bardziej źródłem światła, mógł zaraz przygasnąć. Mimowolnie westchnąłem, wiedząc, co to oznaczało, ale jeszcze nie ruszając się z miejsca. Potem spojrzałem na kobietę - była skupiona na przygotowywanym jedzeniu - warzywa, indyk, jakieś owoce - robiła to metodycznie, bez nerwowych ruchów, jakby gotowanie było dla niej zadaniem, a nie karą. Wyglądała, jakby to miejsce było dokładnie tym, gdzie nie chciała być, ale i tak stała prosto. Nie dziwiło mnie to, Appalachy nie były miejscem, do którego się tęskni, były miejscem, które się przetrzymuje.
Medyczka, pomyślałem, to było widać od razu bo tacy ludzie mieli w sobie ten specyficzny rodzaj napięcia - ciągła gotowość, jak u mnie, tylko w inną stronę, tę, która naturalnie kontrastowała z moją codzienną pracą. Nie pasowała do reszty obozu i właśnie dlatego nikt jej tu nie chciał naprawdę, ja też nie czułem potrzeby, żeby się do niej zbliżać w celach zapoznawczych. Była częścią obozu tak samo jak namioty, ogień i dym z płonącego mokrego drewna, jak my wszyscy - funkcja, nie historia - wiedziałem, że jak ktoś wróci poharatany, połamany albo przeklęty, to ona będzie musiała się nim zająć, do tego czasu raczej faktycznie musiała sobie znaleźć jakieś zajęcie, gotowanie nie było najgorsze, przynajmniej nie musiała siedzieć z resztą towarzystwa.
Nie skomentowałem jej obecności do kolegów. Nie interesowało mnie, skąd jest ani dlaczego tu przyjechała, najwyraźniej ktoś uznał to za potrzebne, tyle wystarczyło. Wziąłem kolejne polana, w miejsce tych wypalonych, i przeszedłem kilkanaście kroków dalej, z miejsca, w którym wcześniej stałem, bliżej prowizorycznej kuchni. Położyłem kilka polan na mniejszej kupce, niedaleko niej, tak, żeby były pod ręką - bez słowa, bez spojrzenia - drewno było ciężkie i wilgotne, ale i tak mogło się przydać, kiedy wiatr znowu zmieni kierunek, to było wszystko.
Słysząc trzask z lasu, oparłem się o skrzynię z zapasami, poprawiłem pasek przy udzie, spojrzałem w ciemność między drzewami. Nie interesowało mnie nic więcej. Appalachy były niespokojne, czuło się to w kościach, nie lubiły, gdy ktoś w nich grzebał, ziemia tu nie zapominała i nie wybaczała. Myślałem o tym, co jutro może wyjść spod śniegu albo wyskoczyć zza drzew, nie o tym, kto miesza w garze.
- Fanny, nie stój tak smutno. - Rzucił Harris zza moich pleców, pod wiatr, co uznałem przede wszystkim za głupie, nie irytujące - nie lubiłem, gdy ktoś bez potrzeby strzępił japę po zmroku. - Rozgrzej się, bo nam tu zamarzniesz jak panienka. - Byłem niemal pewny, że wykonał ruch w kierunku naszej nowej koleżanki, ale nie odwracałem wzroku od linii drzew.
- Zamknij się. - Powiedział Morris za mnie, znudzonym tonem. - Albo idź pilnować lasu.
Prychnąłem cicho, kręcąc głową - debile. Głupi, ale nieszkodliwi, przynajmniej do czasu, bo na robocie się jednak znali.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)