16.12.2025, 21:07 ✶
Nie był to chyba jej wieczór, to było widać od razu, nawet dla kogoś, kto zwykle nie zwracał uwagi na takie rzeczy. Stała tam, w tym absurdalnym rozkroku, z tacą warzyw w jednej ręce i piekielnym wynalazkiem w drugiej, jakby świat postanowił sprawdzić, ile da się naraz nałożyć na jednego człowieka, zanim coś pęknie - odpowiedź zapewne brzmiała „niedużo”, bo i ona taka była - nieduża. Nie miała zbyt wielkiego pola manewru, ogień był za blisko, dym za gęsty, a metal zdecydowanie za ciężki, jak na prowizorkę skleconą przez kogoś, kto najwyraźniej uznał, że fizyka w górach działa inaczej. Ktoś mniej uważny uznałby to za komedię, ja widziałem w tym czystą fizykę i bardzo prostą drogę do oparzeń.
Ciężar nagle zrobił się mniejszy, bo przejąłem go na siebie - to był ten moment, w którym ciało samo podejmuje decyzję, szybciej niż głowa, złapałem rożen bez ceregieli, instynktownie, tam gdzie nie powinienem, bo nie było czasu szukać lepszego miejsca. Metal był rozgrzany do granic przyzwoitości, poczułem to natychmiast, ostro, jasno, jak sygnał alarmowy w głowie. Nie puściłem, bo przez sekundę jedyne, co mnie interesowało, to żeby to cholerstwo nie poleciało w ogień razem z nią. Ustabilizowałem całość, poprawiłem punkt podparcia butem, ciężar rozłożył się wreszcie tak, jak powinien od początku - ktokolwiek to ustawił, zrobił to na odpierdol.
Parsknąłem pod nosem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
- Nie jestem ślepy. - Mruknąłem. - Kura, na marginesie, byłaby lepsza. Bardziej proporcjonalna do operatora. - Nie brzmiało to jak żart, to był suchy komentarz kogoś, kto liczył kilogramy i momenty siły, a nie ambicje. Kura, zwłaszcza martwa, nie bujałaby się jak demon, indyk ważył za dużo jak na ten rożen i jak na nią. Skupiłem się na tym, żeby ten drugi przestał udawać żywe stworzenie i wrócił do roli obiadu.
Dziewczyna była blisko - za blisko, jak na moje obecne standardy ale nie w ten sposób, który się komentuje, raczej jak ktoś, kto nagle znalazł się w tej samej strefie zagrożenia. Puściła w końcu swój koniec, dokładnie wtedy, kiedy powinno się to zrobić, dobra decyzja. Dym, ciepło, napięcie mięśni, poczułem krótkie muśnięcie, przypadkowe, bez intencji, zignorowałem to, skupiłem się na metalowej konstrukcji. Przejąłem ciężar bez komentarza. Metal był gorący, za gorący, ale dało się z nim wygrać, jeśli wiedziało się gdzie chwycić i jak ustawić środek ciężkości. Poprawiłem całość, klinując jeden z prętów kamieniem - proste - ktoś, kto to składał, nie myślał dalej niż na dwa ruchy do przodu.
Cofnąłem się dopiero, gdy byłem pewien, że nic już nie spadnie.
- W tych górach - powiedziałem, nie patrząc na nią - zakłada się, że każdy nim jest, dopóki nie udowodni inaczej. Sprzęt też. - Przesunąłem wzrokiem po całej prowizorycznej kuchni, po linach, hakach, deskach. Po ludziach, którzy kręcili się zbyt blisko, zbyt pewni, że ktoś inny już wszystko sprawdził - klasyczny błąd nowicjusza.
Dłoń pulsowała bólem, więc bez ceremonii wcisnąłem ją w śnieg, zimno uderzyło gwałtownie, aż bark mi drgnął, ale właśnie o to chodziło - lepiej tak, niż pozwolić, żeby pęcherze zrobiły swoje. Trzymałem ją tam chwilę dłużej, niż było rozsądne, aż pieczenie zmieniło się w tępy ciężar. To „dzięki” dotarło do mnie, kiedy już kucałem, skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niej - to była prewencja strat, nie bohaterstwo - a kiedy wspomniała o zakażeniu i odpadaniu ręki, parsknąłem krótko nosem. Usłyszałem jej uwagę, zarejestrowałem ją, ale nie skomentowałem, widziałem gorsze rzeczy niż brudny śnieg - ten zresztą wyglądał na całkiem czysty.
Jej propozycja dotarła do mnie z lekkim opóźnieniem. Przetworzyłem ją raz, potem drugi, wyciągając rękę ze śniegu - skóra była czerwona, pulsująca - da się obejść. Za to ta oferta? Przez sekundę patrzyłem na indyka, potem na rożen, potem znowu na indyka - stał już nadziany, przebity na wylot, osadzony, zabezpieczony lepiej niż przed chwilą, gotowy do dalszej obróbki albo do zemsty, jeśli znowu ktoś go ruszy nie tak. Przesunąłem ciężar z jednej nogi na drugą, próbując zrozumieć, czy coś mi umknęło, czy to ja byłem zmęczony po robocie.
- On już jest… - Zacząłem i urwałem, nie dokończyłem, nie było sensu. Może miała na myśli coś innego, może mówiła skrótami, może po prostu stres robił swoje. - Ale jak sobie panienka życzy. - Powiedziałem tym samym, roboczym głosem, którym mówiło się tu o wszystkim. - Niech mi tylko powie, co mam robić. - Dodałem obojętnym, płaskim tonem najemnika, który przywykł do poleceń. Nie byłem tu od interpretowania.
Ciężar nagle zrobił się mniejszy, bo przejąłem go na siebie - to był ten moment, w którym ciało samo podejmuje decyzję, szybciej niż głowa, złapałem rożen bez ceregieli, instynktownie, tam gdzie nie powinienem, bo nie było czasu szukać lepszego miejsca. Metal był rozgrzany do granic przyzwoitości, poczułem to natychmiast, ostro, jasno, jak sygnał alarmowy w głowie. Nie puściłem, bo przez sekundę jedyne, co mnie interesowało, to żeby to cholerstwo nie poleciało w ogień razem z nią. Ustabilizowałem całość, poprawiłem punkt podparcia butem, ciężar rozłożył się wreszcie tak, jak powinien od początku - ktokolwiek to ustawił, zrobił to na odpierdol.
Parsknąłem pod nosem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
- Nie jestem ślepy. - Mruknąłem. - Kura, na marginesie, byłaby lepsza. Bardziej proporcjonalna do operatora. - Nie brzmiało to jak żart, to był suchy komentarz kogoś, kto liczył kilogramy i momenty siły, a nie ambicje. Kura, zwłaszcza martwa, nie bujałaby się jak demon, indyk ważył za dużo jak na ten rożen i jak na nią. Skupiłem się na tym, żeby ten drugi przestał udawać żywe stworzenie i wrócił do roli obiadu.
Dziewczyna była blisko - za blisko, jak na moje obecne standardy ale nie w ten sposób, który się komentuje, raczej jak ktoś, kto nagle znalazł się w tej samej strefie zagrożenia. Puściła w końcu swój koniec, dokładnie wtedy, kiedy powinno się to zrobić, dobra decyzja. Dym, ciepło, napięcie mięśni, poczułem krótkie muśnięcie, przypadkowe, bez intencji, zignorowałem to, skupiłem się na metalowej konstrukcji. Przejąłem ciężar bez komentarza. Metal był gorący, za gorący, ale dało się z nim wygrać, jeśli wiedziało się gdzie chwycić i jak ustawić środek ciężkości. Poprawiłem całość, klinując jeden z prętów kamieniem - proste - ktoś, kto to składał, nie myślał dalej niż na dwa ruchy do przodu.
Cofnąłem się dopiero, gdy byłem pewien, że nic już nie spadnie.
- W tych górach - powiedziałem, nie patrząc na nią - zakłada się, że każdy nim jest, dopóki nie udowodni inaczej. Sprzęt też. - Przesunąłem wzrokiem po całej prowizorycznej kuchni, po linach, hakach, deskach. Po ludziach, którzy kręcili się zbyt blisko, zbyt pewni, że ktoś inny już wszystko sprawdził - klasyczny błąd nowicjusza.
Dłoń pulsowała bólem, więc bez ceremonii wcisnąłem ją w śnieg, zimno uderzyło gwałtownie, aż bark mi drgnął, ale właśnie o to chodziło - lepiej tak, niż pozwolić, żeby pęcherze zrobiły swoje. Trzymałem ją tam chwilę dłużej, niż było rozsądne, aż pieczenie zmieniło się w tępy ciężar. To „dzięki” dotarło do mnie, kiedy już kucałem, skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niej - to była prewencja strat, nie bohaterstwo - a kiedy wspomniała o zakażeniu i odpadaniu ręki, parsknąłem krótko nosem. Usłyszałem jej uwagę, zarejestrowałem ją, ale nie skomentowałem, widziałem gorsze rzeczy niż brudny śnieg - ten zresztą wyglądał na całkiem czysty.
Jej propozycja dotarła do mnie z lekkim opóźnieniem. Przetworzyłem ją raz, potem drugi, wyciągając rękę ze śniegu - skóra była czerwona, pulsująca - da się obejść. Za to ta oferta? Przez sekundę patrzyłem na indyka, potem na rożen, potem znowu na indyka - stał już nadziany, przebity na wylot, osadzony, zabezpieczony lepiej niż przed chwilą, gotowy do dalszej obróbki albo do zemsty, jeśli znowu ktoś go ruszy nie tak. Przesunąłem ciężar z jednej nogi na drugą, próbując zrozumieć, czy coś mi umknęło, czy to ja byłem zmęczony po robocie.
- On już jest… - Zacząłem i urwałem, nie dokończyłem, nie było sensu. Może miała na myśli coś innego, może mówiła skrótami, może po prostu stres robił swoje. - Ale jak sobie panienka życzy. - Powiedziałem tym samym, roboczym głosem, którym mówiło się tu o wszystkim. - Niech mi tylko powie, co mam robić. - Dodałem obojętnym, płaskim tonem najemnika, który przywykł do poleceń. Nie byłem tu od interpretowania.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)