16.12.2025, 21:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2025, 21:21 przez Anthony Shafiq.)
Ekscytacja Jonathana nie była czymś nowym w życiu Anthony’ego, ale jego żywa reakcja na wieści o zamku ucieszyła mężczyznę, który szczerze zapomniał o tych fantazjach, które snuli przed laty podczas wakacji u Rowle’ów. Gdy tylko jego uroczy przyjaciel wyraził swoje powątpiewanie, czy Anthony jest rzeczywisty, ten podszedł do niego łapiąc go bardzo mocno i bardzo konkretnie, w coraz bardziej znajomym geście zaborczości, która co jakiś czas nadawała zachowaniom Shafiqa przyjemnej ostrości.
- Zabawne… - wymruczał w jego usta - i ustalmy, że to właśnie było powodem, dla którego kiełbaski poległy - Co jakiś czas zadaję sobie to samo pytanie otumaniony szczęściem, które mi dajesz. A jeśli tak jest, to nie chcę się budzić a Ty…? - pocałunek, delikatne ugryzienie biegunowo odległe od wampirzej zachłanności, zainteresowanie sugerujące, że zmiana scenerii na kuchnię nie przeszkadza Anthony’ego absolutnie w cieszeniu się obecnością drugiego mężczyzny. - Zaskoczyłeś mnie. Kiedy kupiłeś Brighton, myślałem, że marzenia o zamku odeszły do lamusa.
Tymczasem kuchnia wypełniała się zapachem korzennych ciasteczek, a wspólne pieczenie sprawiało mu więcej radości niż mógłby zakładać. Porzucił próby ustanawiania sensu jedzenia ich w październiku. Z Jonathanem u boku Yule mogły być codziennie. Z Jonathanem u boku, Yule były codziennie… Gdy już Anthony czystymi palcami podwinął mu rękawy odsłaniając ciężko pracujące na ich radość przedramiona, obszedł go i wtulił się w jego plecy, zupełnie jakby nadal leżeli w łóżku. Coś było z tym myśleniem o Lecznicy Dusz. Nie byłby to najgorszy los.
- A wiesz… śniło mi się dzisiaj Yule, stąd pomysł na te ciastka. Pamiętasz? Longbottomowie wygonili nas na polewanie alkoholem drzewka i padał śnieg. Tak pięknie się wtedy śmiałeś, gdy przewróciłem się na pierwszej lepszej ślizgiej powierzchni. Śniło mi się, że leżeliśmy obok siebie w śniegu i padał na nasze twarze, ale wcale nie było zimno. Wszystko było białe, a mi tak mocno waliło serce. Śniło mi się, że podniosłeś się ze śniegu i cały byłeś oblepiony tym białym zimnym puchem. I wiesz… - szeptał dalej przymykając powieki, odtwarzając sen scena po scenie. Nie było zimno, ale było tak pięknie, tak pięknie i miło gdy z nieba padał na nich śnieg. - Pochyliłeś się do mnie i pocałowałeś mnie w policzek. Nie wiem Jonathan… tak się wydarzyło, czy tak bardzo chciałem, żeby to się wtedy wydarzyło. Nie pamiętam. - Tak łatwo było zapomnieć o jedzeniu, tak łatwo było zignorować wszystkie słodkości, gdy to Jonathan był najsłodszą istotą na ziemi. Cały dla niego. Marzenia na jawie nigdy nie miały tak rzeczywistego, tak namacalnego spełnienia.
Nawet nie wiedział jak to się stało, że czas tak szybo przesypywał im się przez palce. Topniał jak śnieg o którym śnił. Ciasteczka były piękne. Selwyn pękał z dumy, i Anthony nie mógł się na niego napatrzeć, ignorując niestety te małe dzieła amatorskiej sztuki kulinarnej. Jak mógłby je zauważyć, kiedy Jonathan stał koło niego i promieniował osobistą, bardzo mało subtelną doskonałością.
- Zabawne… - wymruczał w jego usta - i ustalmy, że to właśnie było powodem, dla którego kiełbaski poległy - Co jakiś czas zadaję sobie to samo pytanie otumaniony szczęściem, które mi dajesz. A jeśli tak jest, to nie chcę się budzić a Ty…? - pocałunek, delikatne ugryzienie biegunowo odległe od wampirzej zachłanności, zainteresowanie sugerujące, że zmiana scenerii na kuchnię nie przeszkadza Anthony’ego absolutnie w cieszeniu się obecnością drugiego mężczyzny. - Zaskoczyłeś mnie. Kiedy kupiłeś Brighton, myślałem, że marzenia o zamku odeszły do lamusa.
Tymczasem kuchnia wypełniała się zapachem korzennych ciasteczek, a wspólne pieczenie sprawiało mu więcej radości niż mógłby zakładać. Porzucił próby ustanawiania sensu jedzenia ich w październiku. Z Jonathanem u boku Yule mogły być codziennie. Z Jonathanem u boku, Yule były codziennie… Gdy już Anthony czystymi palcami podwinął mu rękawy odsłaniając ciężko pracujące na ich radość przedramiona, obszedł go i wtulił się w jego plecy, zupełnie jakby nadal leżeli w łóżku. Coś było z tym myśleniem o Lecznicy Dusz. Nie byłby to najgorszy los.
- A wiesz… śniło mi się dzisiaj Yule, stąd pomysł na te ciastka. Pamiętasz? Longbottomowie wygonili nas na polewanie alkoholem drzewka i padał śnieg. Tak pięknie się wtedy śmiałeś, gdy przewróciłem się na pierwszej lepszej ślizgiej powierzchni. Śniło mi się, że leżeliśmy obok siebie w śniegu i padał na nasze twarze, ale wcale nie było zimno. Wszystko było białe, a mi tak mocno waliło serce. Śniło mi się, że podniosłeś się ze śniegu i cały byłeś oblepiony tym białym zimnym puchem. I wiesz… - szeptał dalej przymykając powieki, odtwarzając sen scena po scenie. Nie było zimno, ale było tak pięknie, tak pięknie i miło gdy z nieba padał na nich śnieg. - Pochyliłeś się do mnie i pocałowałeś mnie w policzek. Nie wiem Jonathan… tak się wydarzyło, czy tak bardzo chciałem, żeby to się wtedy wydarzyło. Nie pamiętam. - Tak łatwo było zapomnieć o jedzeniu, tak łatwo było zignorować wszystkie słodkości, gdy to Jonathan był najsłodszą istotą na ziemi. Cały dla niego. Marzenia na jawie nigdy nie miały tak rzeczywistego, tak namacalnego spełnienia.
Nawet nie wiedział jak to się stało, że czas tak szybo przesypywał im się przez palce. Topniał jak śnieg o którym śnił. Ciasteczka były piękne. Selwyn pękał z dumy, i Anthony nie mógł się na niego napatrzeć, ignorując niestety te małe dzieła amatorskiej sztuki kulinarnej. Jak mógłby je zauważyć, kiedy Jonathan stał koło niego i promieniował osobistą, bardzo mało subtelną doskonałością.