16.12.2025, 22:17 ✶
Aaron pichcił w najlepsze, gdy pani domu pojawiła się w progu kuchni. W cieniutkim szlafroku i ulubionej koszulce nocnej, wciąż zaspana Lorien oparła się o futrynę.
- Dzmń dbr…- Wymamrotała, trzymając w objęciach Le Chat. Kot najwyraźniej niewiele sobie robił z ostrzeżenia rzuconego przez Aarona (to był pewnie brytyjski migowy, a le chat po brytyjsku to ne kompre pa i w oógle), bo postanowił się pani poskarżyć. Nie wolno było zrzucać kota z łóżka! A że pani spała to walił jej w nos łapką tak długo aż się nie obudziła. Nie chciała się budzić. Czy to dlatego, że w głowie wciąż huczało jej od zdecydowanie zbyt dużej ilości grzanego wina? Prawdopodobnie. A może dlatego, że w objęciach męża jej się zwyczajnie dobrze spało. Nie zdarzało się to często. Noce, gdy nie musiała pić eliksiru nasennego. Gdy po prostu wystarczyło w końcu przyłożyć głowę do poduszki i zasnąć. Choć na trochę.
Śniła o śniegu. O zimie. Ale nie takiej, która pozostawiała na londyńskich ulicach pluchę, a połowa sędziów była chora, bo zapomnieli szalików. Śniła o śniegu, takim jak widziała w dzieciństwie. Ciężkich płatkach osiadających na ciemnych rzęsach, płaszczu i wyciągniętych dłoniach. To był miły sen. Cichy. Nie wiedziała czy była człowiekiem czy wilgowronem, momentami nie miało to żadnego znaczenia. Zwłaszcza w nocy, gdy świadomości scalały się ze sobą w jedną płynną narrację.
Wypuściła kota z objęć, bo Le Chat ogarnął, że w miseczce ma nasypane już śniadanie, a miłość do pańci i miłość do jedzenia nie mogły się ze sobą równać. Nie broniła mu podskoczyć do jedzenia, ale zrobiła mentalną notatkę, że kotom przydałaby się dieta. Nawet jeśli Aaron uważał, że są po prostu puszyste.
Pociągnęła nosem. W powietrzu unosił się zapach kawy, cynamonu i pieczonych jabłek. Więc prześlizgnęła się bliżej męża, słysząc o bakaliach. Były najlepszą częścią puddingu, ale nie same. Najpierw musiały zostać w nim zapieczone, żeby móc je wydłubać tak jak to lubiła.
- Czyli to przez pana, panie Moody śniły mi się święta.- Oparła głowę o jego ramię. Wzięła przysuniętą po blacie kawę i natychmiast zatopiła nos w kubku. Wzięła solidny łyk. Nie była to ministerialna lura, ale nie zamierzała narzekać. Podana w jej ulubionym kubku, z odrobiną cynamonu… Można było mieć lepszy początek dnia? No może ten pudding też nie brzmiał jak złe śniadanie.- Dodaj jeszcze trochę migdałów.- Mruknęła szalenie pomocnie, wskazując na jedną z miseczek na blacie.
- Dzmń dbr…- Wymamrotała, trzymając w objęciach Le Chat. Kot najwyraźniej niewiele sobie robił z ostrzeżenia rzuconego przez Aarona (to był pewnie brytyjski migowy, a le chat po brytyjsku to ne kompre pa i w oógle), bo postanowił się pani poskarżyć. Nie wolno było zrzucać kota z łóżka! A że pani spała to walił jej w nos łapką tak długo aż się nie obudziła. Nie chciała się budzić. Czy to dlatego, że w głowie wciąż huczało jej od zdecydowanie zbyt dużej ilości grzanego wina? Prawdopodobnie. A może dlatego, że w objęciach męża jej się zwyczajnie dobrze spało. Nie zdarzało się to często. Noce, gdy nie musiała pić eliksiru nasennego. Gdy po prostu wystarczyło w końcu przyłożyć głowę do poduszki i zasnąć. Choć na trochę.
Śniła o śniegu. O zimie. Ale nie takiej, która pozostawiała na londyńskich ulicach pluchę, a połowa sędziów była chora, bo zapomnieli szalików. Śniła o śniegu, takim jak widziała w dzieciństwie. Ciężkich płatkach osiadających na ciemnych rzęsach, płaszczu i wyciągniętych dłoniach. To był miły sen. Cichy. Nie wiedziała czy była człowiekiem czy wilgowronem, momentami nie miało to żadnego znaczenia. Zwłaszcza w nocy, gdy świadomości scalały się ze sobą w jedną płynną narrację.
Wypuściła kota z objęć, bo Le Chat ogarnął, że w miseczce ma nasypane już śniadanie, a miłość do pańci i miłość do jedzenia nie mogły się ze sobą równać. Nie broniła mu podskoczyć do jedzenia, ale zrobiła mentalną notatkę, że kotom przydałaby się dieta. Nawet jeśli Aaron uważał, że są po prostu puszyste.
Pociągnęła nosem. W powietrzu unosił się zapach kawy, cynamonu i pieczonych jabłek. Więc prześlizgnęła się bliżej męża, słysząc o bakaliach. Były najlepszą częścią puddingu, ale nie same. Najpierw musiały zostać w nim zapieczone, żeby móc je wydłubać tak jak to lubiła.
- Czyli to przez pana, panie Moody śniły mi się święta.- Oparła głowę o jego ramię. Wzięła przysuniętą po blacie kawę i natychmiast zatopiła nos w kubku. Wzięła solidny łyk. Nie była to ministerialna lura, ale nie zamierzała narzekać. Podana w jej ulubionym kubku, z odrobiną cynamonu… Można było mieć lepszy początek dnia? No może ten pudding też nie brzmiał jak złe śniadanie.- Dodaj jeszcze trochę migdałów.- Mruknęła szalenie pomocnie, wskazując na jedną z miseczek na blacie.