17.12.2025, 00:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2025, 01:08 przez Benjy Fenwick.)
Łatwo było zauważyć, że to nie było jej środowisko, przynajmniej tak mi się wydawało. Mało kto czuł się dobrze w takich miejscach, tym bardziej, jeśli nie miał tu żadnych głębszych znajomości, a raczej jakoś nie wydawało mi się, aby Nowa je miała. Jasne, być może znała kogoś z ekipy, możliwe też, że z kimś przyjechała, ale nikt nie towarzyszył jej w gotowaniu. Bez wątpienia to widziałem, nawet jeśli udawałem, że patrzę tylko na ogień i ptaka. Appalachy nie miały w sobie litości dla takich kontrastów - albo się dostosowywałeś, albo góry robiły to za ciebie, szybko i boleśnie, nie to, by było mi jej żal, nie była dzieckiem bez opieki, ale powinna mieć wsparcie, ten ptak był naprawdę ogromny. Musiała dawać z siebie bardzo wiele, drobne szpitalne ręce, precyzyjne, przyzwyczajone do sterylności, teraz walczyły z czymś, co miało pokaźną masę. Nic dziwnego, zadupia tego typu miały talent do takich sytuacji, człowiek przyjeżdżał tu po robotę, a dostawał coś, czego nie dało się opisać bez poczucia, że właśnie przekracza jakąś granicę zdrowego rozsądku.
Próbowałem skupić się na właśnie takim ujęciu sprawy, przez dłuższą chwilę słuchałem jej bardzo uważnie, z tym kamiennym skupieniem, które zwykle miałem przy klątwach i pułapkach. Problem polegał na tym, że im dłużej mówiła, tym mniej mój mózg chciał współpracować. Nim się obejrzałem, stałem w ciszy, patrząc na tego ptaka, jakby był problemem natury moralnej, a nie kulinarnej. Ogień trzaskał, dym wił się nisko, a słowa panny uzdrowicielki krążyły mi w głowie - wszystkie technicznie poprawne i jednocześnie absolutnie nie do obrony. Zrobiłem krok bliżej, potem drugi, stanąłem po tej stronie, gdzie było widać wszystko aż za dobrze. Indyk był ogromny, ciężki, tłusty, gotowy na to, co miało się wydarzyć, czy tego chciał, czy nie. Owoce leżały na pniu, przygotowane, niewinne w swojej formie, zupełnie nieświadome, jaka kariera na nie czekała.
Słuchałem uważnie, naprawdę, bo technicznie wszystko się zgadzało. „Trzymać. Dopychać. Do końca. Żeby było idealnie.” Patrzyłem na indyka, na nadzienie, na ten nieszczęsny kuper i próbowałem myśleć jak dorosły człowiek, jak klątwołamacz, jak ktoś, kto widział gorsze rzeczy niż drób faszerowany owocami. Zacisnąłem szczękę i wbiłem wzrok w indora, jakby był raportem technicznym, mapą terenu albo czymkolwiek, co nie było absurdalnie dwuznaczne. Ramiona miałem napięte, twarz niczym wykutą z kamienia, tyle tylko, że w środku, pod tą maską, trwała cicha walka między dorosłym najemnikiem a wewnętrznym gnojem, który parskał śmiechem i domagał się komentarza. Mentalnie miałem znowu szesnaście lat, może nawet piętnaście, zero kontroli, zero filtrów, tylko ten jeden, absolutnie jednoznaczny dźwięk w głowie, który nie powinien się pojawić w środku Appalachów przy ognisku i martwym indyku.
„Wtedy będzie musiał dojść”.
Odwróciłem głowę na bok, jakbym usłyszał coś w krzakach, a nie właśnie liczył do dziesięciu. Nie spojrzałem na towarzyszącą mi dziewczynę, ani razu od początku naszej interakcji, to byłby błąd, który mógłby mnie złamać. Tak, zdecydowanie nie patrzyłem na nią, bo wiedziałem, że to by mnie dobiło. Coś we mnie chrupnęło, jak sucha gałąź pod butem. Nie był wybuch śmiechu, przynajmniej nie teatralnie, raczej to ciche, zdradliwe parsknięcie, które człowiek próbuje zdusić w gardle, a które i tak się wydostaje.
- Rozumiem. Słuchając ciebie, można odnieść wrażenie, że naprawdę duże ptaki to nie jest dla ciebie nowość, więc postaram się zawieść. - Zacisnąłem szczękę. Bardzo, a potem znowu przeniosłem spojrzenie na nasz obiekt rozmowy i zrobiłem jeszcze krok. Stanąłem z rękami przy ptaku, z ogniem trzaskającym obok, i czułem, jak coś mi pęka pod żebrami. - Całe szczęście mam warunki, żeby dowieźć temat. Wygląda na to, że trafiłaś w dziesiątkę. Jak już się biorę za takie rzeczy, to robię je porządnie. Duże wyzwania wymagają odpowiedniego podejścia. Kooperacja robi różnicę, szczególnie przy… Pełnym załadunku. Ja akurat mam krzepę, ty masz wizję, to całkiem kompatybilny zestaw. - Wbiłem wzrok w ptaka jak w mapę pola minowego, skupiając się na faktach, na mięsie, na owocach, na grawitacji, na czymkolwiek, byle nie na tym, jak to zabrzmiało. Ogień trzaskał, dym szczypał w oczy, a ja liczyłem w myślach oddechy, jakbym rozbrajał klątwę, a nie przygotowywał kolację, podwijając rękawy i...
nadziewanie indyka - rzemiosło ◉○○○○
Nie spodziewałem się, że skurwysyn będzie aż taki rozgrzany - momentalnie cofnąłem rękę, tę drugą, już też oparzoną - odsuwając się i wypuszczając nadzienie z owoców częściowo na ziemię, na swoje buty, na indyka, na palenisko... Tym razem nie udało mi się powstrzymać syknięcia - przecisnęło się przez zęby, jeszcze zanim odruchowo skierowałem słowa do panny kucharki.
- Twoje instrukcje... - Zacząłem, już nie tak opanowanym tonem, mrużąc oczy i kierując ku niej wzrok. Mogła je sobie wsadzić, no, naprawdę, sama wiedziała, gdzie. To. Było. Gorące.
Próbowałem skupić się na właśnie takim ujęciu sprawy, przez dłuższą chwilę słuchałem jej bardzo uważnie, z tym kamiennym skupieniem, które zwykle miałem przy klątwach i pułapkach. Problem polegał na tym, że im dłużej mówiła, tym mniej mój mózg chciał współpracować. Nim się obejrzałem, stałem w ciszy, patrząc na tego ptaka, jakby był problemem natury moralnej, a nie kulinarnej. Ogień trzaskał, dym wił się nisko, a słowa panny uzdrowicielki krążyły mi w głowie - wszystkie technicznie poprawne i jednocześnie absolutnie nie do obrony. Zrobiłem krok bliżej, potem drugi, stanąłem po tej stronie, gdzie było widać wszystko aż za dobrze. Indyk był ogromny, ciężki, tłusty, gotowy na to, co miało się wydarzyć, czy tego chciał, czy nie. Owoce leżały na pniu, przygotowane, niewinne w swojej formie, zupełnie nieświadome, jaka kariera na nie czekała.
Słuchałem uważnie, naprawdę, bo technicznie wszystko się zgadzało. „Trzymać. Dopychać. Do końca. Żeby było idealnie.” Patrzyłem na indyka, na nadzienie, na ten nieszczęsny kuper i próbowałem myśleć jak dorosły człowiek, jak klątwołamacz, jak ktoś, kto widział gorsze rzeczy niż drób faszerowany owocami. Zacisnąłem szczękę i wbiłem wzrok w indora, jakby był raportem technicznym, mapą terenu albo czymkolwiek, co nie było absurdalnie dwuznaczne. Ramiona miałem napięte, twarz niczym wykutą z kamienia, tyle tylko, że w środku, pod tą maską, trwała cicha walka między dorosłym najemnikiem a wewnętrznym gnojem, który parskał śmiechem i domagał się komentarza. Mentalnie miałem znowu szesnaście lat, może nawet piętnaście, zero kontroli, zero filtrów, tylko ten jeden, absolutnie jednoznaczny dźwięk w głowie, który nie powinien się pojawić w środku Appalachów przy ognisku i martwym indyku.
„Wtedy będzie musiał dojść”.
Odwróciłem głowę na bok, jakbym usłyszał coś w krzakach, a nie właśnie liczył do dziesięciu. Nie spojrzałem na towarzyszącą mi dziewczynę, ani razu od początku naszej interakcji, to byłby błąd, który mógłby mnie złamać. Tak, zdecydowanie nie patrzyłem na nią, bo wiedziałem, że to by mnie dobiło. Coś we mnie chrupnęło, jak sucha gałąź pod butem. Nie był wybuch śmiechu, przynajmniej nie teatralnie, raczej to ciche, zdradliwe parsknięcie, które człowiek próbuje zdusić w gardle, a które i tak się wydostaje.
- Rozumiem. Słuchając ciebie, można odnieść wrażenie, że naprawdę duże ptaki to nie jest dla ciebie nowość, więc postaram się zawieść. - Zacisnąłem szczękę. Bardzo, a potem znowu przeniosłem spojrzenie na nasz obiekt rozmowy i zrobiłem jeszcze krok. Stanąłem z rękami przy ptaku, z ogniem trzaskającym obok, i czułem, jak coś mi pęka pod żebrami. - Całe szczęście mam warunki, żeby dowieźć temat. Wygląda na to, że trafiłaś w dziesiątkę. Jak już się biorę za takie rzeczy, to robię je porządnie. Duże wyzwania wymagają odpowiedniego podejścia. Kooperacja robi różnicę, szczególnie przy… Pełnym załadunku. Ja akurat mam krzepę, ty masz wizję, to całkiem kompatybilny zestaw. - Wbiłem wzrok w ptaka jak w mapę pola minowego, skupiając się na faktach, na mięsie, na owocach, na grawitacji, na czymkolwiek, byle nie na tym, jak to zabrzmiało. Ogień trzaskał, dym szczypał w oczy, a ja liczyłem w myślach oddechy, jakbym rozbrajał klątwę, a nie przygotowywał kolację, podwijając rękawy i...
nadziewanie indyka - rzemiosło ◉○○○○
Rzut O 1d100 - 20
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Nie spodziewałem się, że skurwysyn będzie aż taki rozgrzany - momentalnie cofnąłem rękę, tę drugą, już też oparzoną - odsuwając się i wypuszczając nadzienie z owoców częściowo na ziemię, na swoje buty, na indyka, na palenisko... Tym razem nie udało mi się powstrzymać syknięcia - przecisnęło się przez zęby, jeszcze zanim odruchowo skierowałem słowa do panny kucharki.
- Twoje instrukcje... - Zacząłem, już nie tak opanowanym tonem, mrużąc oczy i kierując ku niej wzrok. Mogła je sobie wsadzić, no, naprawdę, sama wiedziała, gdzie. To. Było. Gorące.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)