• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy

[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
17.12.2025, 18:55  ✶  
Z początku próbowałem to traktować jak żart, naprawdę. Te jej wywody o ptakach, o technice, o zaangażowaniu, brzmiały jak coś między wykładem a rozmową, która wymknęła się spod kontroli. Parsknąłem raz czy dwa, bardziej pod nosem niż jawnie, bo im dłużej mówiła, tym wyraźniej było widać, że ona faktycznie chce to zrobić dobrze. Nie popisać się, nie wygrać, po prostu… Nie zawalić w kuchni, przez co zawalała w przekazie - ja też - to było dziwnie rozbrajające.
- Jasne. - Rzuciłem lekko, ale wymownie, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Nie zaprzeczałem jej całkiem, wiedziałem dobrze, że sama determinacja potrafi przesunąć granice. Wiedziałem też, że kiedy ludzie faktycznie współpracują, rzeczy da się doprowadzić do końca zadowalająco dla wszystkich. Problem w tym, że ja nie byłem przyzwyczajony do wykładów przy ognisku, a ona ewidentnie nie była przyzwyczajona do tego miejsca - te dwuznaczności nie były bezpieczne, gdy brało się pod uwagę, że dopiero co się poznaliśmy, byliśmy w głuszy i w ciemnościach, to aż się prosiło o nadużycia, na nasze szczęście, chyba żadne z nas nie miało ochoty wykraczać poza język i subtelne podteksty. To samo w sobie było formą rozrywki, słuchałem jej i z każdą kolejną linijką tej wywodu miałem coraz większą ochotę parsknąć śmiechem. Nie dlatego, że mówiła głupoty. Wprost przeciwnie. Mówiła sensownie, składnie, jak ktoś, kto naprawdę wierzy, że świat da się rozbroić teorią i dobrym planem. Problem polegał na tym, że każde zdanie, absolutnie każde, brzmiało jak coś zupełnie innego, a ja miałem w głowie dokładnie szesnaście lat i zero filtrów.
- Wiesz co - odezwałem się w końcu, z tym półuśmiechem, który zawsze pojawiał się u mnie, zanim powiedziałem coś głupiego - masz rację. Technika to podstawa. Bez niej nawet największy ptak niewiele da. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była najzwyklejsza rozmowa o jedzeniu, a nie pole minowe. Przesunąłem ciężar z jednej nogi na drugą, bliżej ognia, bliżej niej, bo najwyraźniej oboje uznaliśmy, że odwrotu już nie ma. Byłem za duży do tej improwizowanej kuchni, za szeroki w barach, za pewny siebie jak na rozmowę o drobiu, która dawno przestała być tylko o drobiu. - Dobra, dobra, sprawiedliwość dla małych ptaków. - Rzuciłem w końcu, pojednawczo, unosząc dłonie w geście kapitulacji. - Co kto lubi, nie będę nikomu zaglądał do talerza. Nie zamierzam podważać twoich preferencji. - Dodałem już luźniej, jakbyśmy gadali od lat, a nie od kilku minut. Zerknąłem na ogień, potem na indyka, jakby to on był arbitrem w tej dyskusji. - Skoro wolisz perliczki, to proszę bardzo, one też muszą mieć swoich koneserów. Delikatniejsze, subtelniejsze. Na pewno mają swój urok. - Pokręciłem głową z lekkim uśmiechem, bardziej pod nosem niż do niej. - Ja po prostu wychodzę z założenia, że w kuchni, tak jak w życiu, liczy się to, żeby robić rzeczy tak, jak się je naprawdę lubi, ale też nie zamykać się na nowe doznania i poszerzać horyzonty. Reszta to kwestia gustu, nie rozmiaru. - Zawiesiłem głos na sekundę, z premedytacją. - To nawet… Budujące. - Dodałem, z tą krzywą, niegroźną nutą żartu, jaką rzuca się między znajomymi, zanim rozmowa zdąży pójść jeszcze bardziej w bok. Zerknąłem na nią kątem oka. Ciemność robiła swoje, ale i tak widziałem to lekkie napięcie w postawie, to mikroskopijne zawahanie, które pojawia się wtedy, gdy człowiek orientuje się, co właśnie powiedział, ale jest już za późno, żeby to odkręcić. Słuchałem jej uważnie, tej całej merytorycznej obudowy, jakbyśmy faktycznie prowadzili poważną debatę kulinarną, a nie balansowali na granicy kompletnej kompromitacji obojga, trzeba było jej oddać jedno - nie wycofywała się ani o krok. Szła w to dalej z uporem godnym kogoś, kto naprawdę wierzył w swoje tezy. Ta jej determinacja była… Zaraźliwa. I kompletnie nie na miejscu, co tylko pogarszało sprawę.
Byliśmy umówieni - zapamiętałem to. Nie dlatego, że było zabawne, chociaż było, tylko dlatego, że zabrzmiało jak obietnica rzucona zupełnie niechcący, a takie rzeczy zwykle zostają w głowie na dłużej, niż powinny.
- Umowa stoi. Na kiedyś. - Powiedziałem spokojnie, tonem niemal rzeczowym. Skinąłem głową w stronę ognia. - Ekskluzywność i pełna dedykacja to dobra zasada w kuchni. Najwygodniej eksperymentować z jednym na raz, doprowadzić sprawę do końca, zanim zacznie się myśleć o kolejnych. - Uśmiechałem się krótko, już bez ironii, bardziej z tym cichym rozbawieniem, które pojawia się, gdy ktoś sam wpada we własne sidła. A potem złapałem indyka zbyt pewnie, zbyt szybko, bez myślenia, gorąco uderzyło mnie natychmiast. Syknąłem, cofając rękę, czując, jak skóra pali żywym ogniem. Kurwa mać. Oczywiste było, że jest gorący, wiedziałem to, po prostu… Przez sekundę zapomniałem.
Zrobiłem krok bliżej, zanim zdążyłem to przemyśleć. Byłem wkurzony, to fakt, ale pod tą irytacją coś mnie ciągnęło, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną linkę pod skórą. Głupie, niebezpieczne, prawdziwe. Ogień trzaskał, iskry leciały w górę, a las wokół był czarną ścianą, w której ginęły dźwięki, wewnątrz mogło czaić się wszystko, szczególnie przyciągane głośnymi rozmowami, a nasza bez wątpienia zmierzała w tym kierunku.
Przewróciła oczami i zadarła głowę, a ja poczułem to głupie, niechciane szarpnięcie gdzieś pod żebrami. Nie dlatego, że miała rację albo jej nie miała. Dlatego, że się nie cofnęła. Ogień trzaskał, las oddychał, a dzika natura miała w dupie nasze granice. Bolała mnie ręka, bolało mnie ego, a najbardziej bolało to, że zamiast się cofnąć, zrobiłem pół kroku bliżej. Wiedziałem, że właśnie wszedłem na minę, jej energia uderzała we mnie falami. Czułem ją pod skórą, czułem, jak coś we mnie odpowiada, głupio, impulsywnie - nie powinienem, wiedziałem to, ale dzicz robiła swoje, noc robiła swoje, ogień rzucał cienie, które mieszały proporcje.
Widziałem ją słabo, tylko kontur twarzy pod kapturem, ale oczy miała jasne, rozpalone wściekłością - wystarczająco błyszczące, żebym nie potrzebował reszty, pozostałą część robiła za mnie wyobraźnia - wbrew pozorom nie przypisywała jej rudych włosów, włosy kryjące się pod olbrzymim kapturem byłyby rude tylko w rzadkich, intensywnych promieniach słońca niemającego nic wspólnego z tym, co oferowała Appalachia. Była drobna, sięgała mi ledwie pod obojczyk, ale energia, którą niosła, uderzyła we mnie jak cios w mostek. Patrzyłem na nią z góry, irytująco świadomy, że to nie dawało mi przewagi, wręcz przeciwnie, przez ułamek sekundy wszystko we mnie ciągnęło w jednym, bardzo złym kierunku, takim, który nie miał nic wspólnego z indykiem, techniką ani zdrowym rozsądkiem. Stałem jednak w miejscu, napięty jak struna, pozwalając tej chwili wisieć między nami, a potem powoli, bardzo powoli wyciągnąłem rękę, prawie trącając ją palcem.
- Pannica.- Powtórzyłem, wolniej, twardziej, z naciskiem, który zabrzmiał jak prowokacja, nie jak tytuł, jakby to słowo było kamieniem rzuconym specjalnie po to, żeby zobaczyć, co się stanie. - Debil. - Dodałem, cofając dłoń w swoim kierunku, z tym krzywym półuśmiechem, który pojawiał się u mnie tylko wtedy, gdy byłem już po drugiej stronie cierpliwości. - Jeśli to cię tak uraziło, to może rzeczywiście źle się dobraliśmy do współpracy. W końcu mamy dziś wieczór edukacyjny. Jak dla mnie, dobrze wiedzieć, że mamy jasne role.
Bolała mnie ręka, pulsowała, ale to nie ona pompowała mi krew szybciej, to było to spojrzenie spod kaptura, błyszczące, zuchwałe, jakby naprawdę sądziła, że może mnie tu postawić do pionu samą złością.
- Płomień parzy, metal się nagrzewa. Fascynujące. Może jeszcze powiesz mi, że śnieg jest zimny. Wiesz, co jest naprawdę elementarne? - Spytałem cicho, nachylając się odrobinę, tak że musiała mnie słyszeć tylko ona. Czułem jeszcze pulsowanie w dłoni, ciepło, ból, adrenalinę, a jej słowa trafiły dokładnie tam, gdzie nie powinny. Tu nie było ścian, nie było zasad salonu, był tylko śnieg, ogień i noc, która wszystko wyostrzała, a ta pannica patrzyła na mnie jak na wyzwanie, nie jak na faceta, który właśnie uratował jej kolację i spalił sobie przy tym obie łapy. - Wybrałaś złego człowieka do pouczania. - Kontynuowałem ciszej, by nie zwracać na nas uwagi, ale wciąż twardo. - I jeszcze gorszego do sprawdzania, jak daleko możesz się posunąć. Jeśli myślisz, że będziemy jeszcze razem pracować, to chyba źle mnie odczytałaś. - Przesunąłem wzrokiem po jej sylwetce, krótko, świadomie, bez udawania, że tego nie robię. - Nie musimy. To nie jest żadne przedszkole ani drużyna harcerska. Jak ci nie pasuje moje towarzystwo, zawsze możesz znaleźć inne ręce do trzymania ptaka. Tu nie brakuje chętnych. - Prychnąłem. W tym obozie było wystarczająco wielu wolnych lub zajętych mężczyzn - jakby to im robiło jakąś różnicę, prawda, ta myśl przyszła sama i wkurzyła mnie jeszcze bardziej - do pomocy komuś jej pokroju, wystarczająco wielu, którzy nie mieliby nic przeciwko temu, żeby znaleźć się blisko kogoś, kto ewidentnie lubił przekraczać granice, prowokując i testując grunt już od pierwszych godzin. - Bez problemu znajdziesz sobie pomagiera, na pewno kogoś oczarujesz. - Zapewniłem chłodniej niż wcześniej. - Kogoś, kto jest zainteresowany takimi rzeczami. Ja nie jestem. Ja tu jestem w robocie. Nie po to, żeby się oglądać na dupy i słuchać wykładów. - Słowa znowu padły ostro, może zbyt ostro. - Z takim podejściem lepiej, żebyś następnym razem dobrała sobie kogoś mądrzejszego, kto będzie kiwał głową i robił dokładnie to, co mu powiesz. Jak ci nie pasuje moje tempo albo moje ręce - rzuciłem, z cieniem wyzwania w głosie - nie jesteśmy na siebie skazani. - Zaśmiałem się krótko, bez humoru, przesuwając językiem po zębach. Między nami zrobiło się gęsto, aż dym zdawał się cięższy. Byliśmy młodzi, wkurzeni, zbyt blisko siebie, a noc miała ten rodzaj ciszy, który sprzyja głupim decyzjom. Czułem to wyraźnie, to niebezpieczne napięcie, które nie miało nic wspólnego z rozsądkiem.
Zamarłem na ułamek sekundy, dokładnie tyle, ile było potrzeba, żeby zrozumieć, że to nie był zwykły hałas. Dźwięk dotarł do mnie szybciej niż sens - najpierw głuche dudnienie, potem ten charakterystyczny świst, którego nie da się pomylić z niczym innym, kiedy spędziło się w górach wystarczająco dużo czasu. Spojrzałem w tamtą stronę tylko przelotnie, bez gapienia się, bez szukania potwierdzenia na siłę. Wystarczyło - śnieg się ruszał, a jak śnieg się ruszał, to nie było już miejsca na dywagacje. Obóz był za blisko zbocza, zbyt otwarty, za dużo rzeczy mogło pójść źle, a jeszcze było ciemno.
- Kurwa. - Wyrwało mi się cicho, bez teatralności, to było to jedno słowo, które zawsze przychodziło pierwsze. Nie było czasu na analizę ani na uspokajanie kogokolwiek. Instynkt wziął górę, ten sam, który ratował mi skórę więcej razy, niż chciałem pamiętać - ogień, indyk, cała ta rozmowa sprzed chwili przestały istnieć, zrobiłem krok do niej i złapałem ją za ramię, mocno, pewnie, bez pytania. - To nie jest małe osypywanie. - Powiedziałem szybko, już ostrym, roboczym tonem. - To się puści. Ruszamy. Teraz. - Dodałem, ciągnąc ją lekko w swoją stronę, już ustawiając się bokiem do zbocza, jak uczyli mnie dawno temu. - Nie patrz tam. Patrz na mnie. - Rzuciłem krótko, nachylając się do niej, żeby mnie usłyszała przez wiatr i huk. - Jest tylko „tak, Fen”. Bez dyskusji, bez komentarzy. Jak powiem stać, stoisz. Jak powiem biec, biegniesz. Jasne. - Znowu spojrzałem w górę, masa śniegu przyspieszała, jeszcze nie pędziła, ale już nie udawała, że stoi w miejscu. W głowie układała mi się mapa obozu, ścieżki ucieczki, miejsca, gdzie teren się załamuje, gdzie można schować się przed pierwszą falą. Liczyły się sekundy, może dziesiątki sekund. Śnieg nie pytał, kto tu gotował kolację i kto miał rację w rozmowie o ptakach. Płatki, które zaczęły spadać z nieba, sypały coraz gęściej, były ciężkie, mokre, przyklejały się do rzęs. Kolejny trzask przeszedł przez zbocze, wyraźniejszy, bliżej. Znałem ten dźwięk, to był moment, w którym góra podejmowała decyzję. - Szalik. - Powiedziałem krótko, nisko, bez dyskusji. - Daj mi szalik. Teraz. - Wyciągnąłem rękę już w trakcie mówienia, bo nie chodziło o pytanie ani uprzejmość. Potrzebowałem czegoś, czym nas zwiążę, luźno, funkcjonalnie, tak żebyśmy nie pogubili się w bieli, a jednocześnie mogli biec, skręcać, upadać i wstawać bez plątania nóg. Materiał był wystarczająco długi, elastyczny, żeby związać nadgarstek z nadgarstkiem albo owinąć go wokół pasa i dłoni. Tak, żebyśmy mogli się poruszać osobno, ale nie rozdzielić, gdy ziemia zacznie uciekać spod nóg. Śnieg dudnił coraz głośniej, nie patrzyłem już w górę, skupiłem się na niej i na tym, żebyśmy byli gotowi ruszyć w tej samej sekundzie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (20801), Prudence Fenwick (15920)




Wiadomości w tym wątku
[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 14:58
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 17:30
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 18:19
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 19:19
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 20:17
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 21:07
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 21:37
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 22:33
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 22:55
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 00:58
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 01:46
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 03:40
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 15:38
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 18:55
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 20:26
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 01:18
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 16:53
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 23:37
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 19.12.2025, 19:32
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 20.12.2025, 17:18
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 00:07
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 22.12.2025, 19:23
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 23:34
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 23.12.2025, 14:24
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 24.12.2025, 01:03

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa