• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy

[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
18.12.2025, 01:18  ✶  
Ta rozmowa wciągnęła mnie wbrew rozsądkowi, czułem to wyraźnie, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną linkę i nagle zamiast pilnować ognia, sprzętu i krawędzi lasu, zacząłem słuchać jej z tą samą uwagą, z jaką zwykle mierzyło się dystans do osuwiska, świat skurczył się do nas i naszych ripost. W głowie zapalały mi się lampki ostrzegawcze, ale było w tym coś uzależniającego, ta dyskusja momentalnie eskalowała bardziej, niż mógłbym się spodziewać, jedno słowo za dużo i pojawiła się ta niepotrzebna iskra, która potrafiła rozpalić coś, czego nie dało się potem łatwo ugasić. Stałem obok zupełnie mi nieznanej kobiety i słuchałem, jak brnie dalej, jak próbuje nadać sens temu, co sensu mieć nie powinno, a jednak miało. Zaskakiwało mnie to, w obozie ludzie zwykle mówili krótko, ostro, do celu - ona mówiła dużo, precyzyjnie, jakby świat naprawdę dało się ułożyć w porządne akapity. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio tyle mówiłem, wymieniając się tak gładkimi i szybkimi reakcjami, to było zadziwiająco przyjemne, może nie do końca jak powrót do pewnego zamkniętego rozdziału w historii, ale jak krótkie nawiązanie do czegoś, co kiedyś znałem.
Istota tematu wymknęła się spod kontroli już dawno, tylko oboje udawaliśmy, że jeszcze trzymamy ją w ryzach. Słuchałem jej wywodu o ptakach, o technice, o tolerancji dla drobiu wszelkiej maści, i zamiast przerwać, pozwalałem, żeby to płynęło dalej, bo w tym wszystkim było coś żywego. Coś, co nie pasowało do Appalachów, do zimna, do zapachu dymu i potu. Czułem narastające napięcie, to dziwne, niewygodne, które pojawia się, gdy ktoś mówi jedno, a ciało reaguje na coś zupełnie innego. Jasne, mógłbym przysiąc, że to nadal było o drobiu, ale równie dobrze mogłem przysiąc, że nie było. Mówiła szybko, za szybko, jak ktoś, kto próbował nadgonić własne myśli i moje przy okazji też, wyprzedzając je wszystkie - o tolerancji, o szansach, o tym, że smak jest najważniejszy, otwarty umysł, nisze, zaskoczenia…
- Czyli otwartość kulinarna. Delikatniejsze ptaki, większe ptaki… To dobre podejście, tak sądzę, wszystko da się docenić, jeśli się wie, jak podejść. - Rzuciłem lekko, kiedy zaprzeczyła, niemal obruszona, i zaczęła się prostować, i poprawiać sama siebie, mnie też, tak przy okazji. - Dobrze wiedzieć, że je wyznajesz. To dopiero ulga, już myślałem, że mam do czynienia z radykalną frakcją drobiową. A koguty? Kuropatwy? Bażanty? Gołębie? „Jak wszystko, to wszystko?” - Upewniłem się cicho, zaczepnie, trochę z rozbawieniem, trochę z tym głupim, młodzieńczym napięciem, które pojawia się, kiedy rozmowa skręca w niebezpiecznie sugestywną stronę.
Słowa robiły się coraz bardziej śliskie. „Pokażę ci więcej”, „poradzę sobie z każdym”, „eksperymentować z jednym na raz”, brzmiało to jak rozmowa, po której ktoś zwykle zamyka namiot od środka. Byłem zaczepny, tak, świadomie - zawsze lubiłem sprawdzać, gdzie jest granica, zanim ktoś mi ją narysuje. Podobała mi się ta upartość, chociaż jednocześnie wiedziałem, że to kłopot. Patrzyłem, jak się plącze w słowach, jak próbuje ratować merytoryczność rozmowy, która już dawno wymknęła się sztywnym ramom konwenansów. Słuchałem, a jednocześnie zastanawiałem się, co my właściwie robimy. Czy ona właśnie oznajmia mi, że jest gotowa na wszystko, byle nie dać się zaszufladkować? Czy ja przypadkiem nie zostałem wytypowany albo - co gorsza - sam się zgłosiłem na coś więcej niż „techniczne wsparcie przy indyku”? Nie byłem pewien, co właściwie między nami padło. Czy to była zapowiedź jednorazowej przygody, czy próba oswojenia mnie na czas pobytu w obozie, czy zwykła rozmowa, która nie wiedziała, kiedy się zatrzymać. Czy to, co sobie dawaliśmy, to było zaproszenie do jednorazowej przygody, ten rodzaj „tu i teraz, jutro nas tu może nie być”. Czy to było tylko gadanie, nerwowe, zagłuszające fakt, że ona była tu sama, nowa, bez zaplecza, a ja najwidoczniej nie potrafiłem panować nad własnymi głupimi odruchami. Czy może coś znacznie prostszego i bardziej pierwotnego - takich rzeczy nie robiłem, przynajmniej nie planowałem, ale nie byłem naiwny.
W gruncie rzeczy - kobiety i mężczyźni byli podobni, gdy chodziło o trudne warunki, mieli pewne pragmatyczne zachowania, chociaż może to był bardziej instynkt. Faceci w nowym miejscu często od razu próbowali podkreślić swoją pozycję, zaznaczali dominację poprzez uderzenie w kogoś, kto obecnie sprawował władzę, kobiety były dyskretniejsze, bardziej przebiegłe, nie musiały uciekać się do podkreślania swojej pozycji w taki sam sposób, często korzystały z cudzej. Widziałem takie rzeczy, nie robiłem takich rzeczy, przynajmniej tak sobie powtarzałem, nawet jeśli w ostatnim czasie mógłbym szukać podobnych okazji, bo już nic mnie nie ograniczało. Teoretycznie to było normalne, niektóre kobiety w takich miejscach szukały tymczasowego „męża obozowego”, żeby nikt inny nie zawracał im głowy - rozrywki, tarczy i grzejnika na zimne, górskie dni i noce. Inne po prostu lubiły sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć, a potem „jakoś to wychodziło”, zazwyczaj im wychodziło, nietrudno było manipulować niewyżytymi samcami na krańcu świata.
Skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niej, próbując sprowadzić myśli na ziemię - ogień trzaskał, śnieg skrzypiał pod butami, to była robota. Tylko robota.
A potem zjebałem - złapałem ptaka zbyt szybko, bez namysłu, ból był ostry, głupi, niepotrzebny, w tej samej chwili cały ten pół-żartobliwy nastrój pękł jak bańka. Oddychałem głęboko, próbując trzymać się tej wersji siebie, która była opanowana, profesjonalna - nie wychodziło - coś we mnie pękło, jak zawsze, kiedy ktoś mówił do mnie z góry, jakby znał mnie lepiej, niż znał. Obróciłem się do niej, stanąłem zbyt blisko, górując nad nią bez wysiłku. Nie zrobiła kroku w tył, to mnie zdziwiło, i zirytowało jeszcze bardziej. W walce słownej czułem się jednak tak samo pewnie jak w tej fizycznej. Odpaliła się natychmiast, ja też. Mimo że widziała palec blisko twarzy, nie drgnęła. Miała w sobie ten upór, który albo się łamie, bo nie chce się użerać, albo idzie na wojnę - wybrała wojnę. Jej słowa były ostre, celne, cedzone przez zęby. O logice, o debilach - urocza precyzja, korzystała z noży, które sam jej dałem, z zapałek do wzniecania większego ognia, który nieustannie podsycaliśmy.
- Edukacyjny… - Powtórzyłem wolno, głosem niższym, bardziej napiętym niż wcześniej. - Jasne. Widzę, że masz gotową diagnozę. Zapiszę sobie. Następnym razem poproszę cię o rozpiskę krok po kroku, najlepiej z rysunkami. - Uniosłem kącik ust, wolno, z tym irytującym spokojem, który zwykle doprowadzał ludzi do szału szybciej niż krzyk. Nie odsunąłem się ani o krok, ale też jej nie dotknąłem. Stałem jak mur, gorący od środka, chłodny na zewnątrz. - Masz rację. - Powiedziałem cicho, tonem, który niewiele miał związku z przeprosinami. - Zjebałem. Mięso było gorące. Brawo, medal za spostrzegawczość możesz sobie przypiąć do fartucha. - Przechyliłem głowę, patrząc na nią z góry, bez pośpiechu, każde jej słowo tylko dolewało paliwa, a nie gasiło ogień. To nie było już to niewinne droczenie sprzed chwili, tylko czysta irytacja, która wchodziła pod skórę jak mróz. Nie spuściłem z niej wzroku, kiedy skrzyżowała ręce. Ten gest był jak zaproszenie do zwarcia, jak postawienie flagi na spornym terenie - to było jak rzucenie rękawicy prosto pod nogi..
Gotowałem się, dosłownie i w przenośni. Stałem naprzeciwko niej, czując jak coś we mnie narasta, gęste, gorące, niewygodne. Nikt dawno mnie tak nie wkurwił, nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ktoś potrafił mnie doprowadzić do tego punktu samymi słowami. Bez ciosu, bez prowokacji fizycznej, tylko głos, spojrzenie i ten jej upór. Patrzyłem na nią, na te skrzyżowane ramiona, zadarty podbródek - małe ciało, duży duch.
„Rozkapryszona nastolatka”. „Nie panujesz nad emocjami”. „Nie sprawdzam, jak daleko mogę się posunąć”.
Na konkluzję przy tym ostatnim uniosłem kąciki ust - powoli, wymownie - kiedy rzuciła, że jak ma ochotę, to się posuwa, uniosłem kąciki ust, spojrzałem na nią wolno, od góry do dołu, bez pośpiechu, bez wstydu, bez cienia zażenowania. Jeden kącik ust uniósł mi się sam wyżej niż drugi, w tym powolnym, niebezpiecznym geście, który nie obiecuje nic dobrego.
- Nie wątpię. - Odpowiedziałem cicho. - Naprawdę. Wyglądasz na kogoś, kto dokładnie wie, kiedy i gdzie chce się posunąć. - Mruknąłem. - Uwierz mi, nie mam co do tego wątpliwości. - Przełknąłem ślinę tak szybko, że aż poczułem metaliczny smak pod językiem. - Jak masz ochotę się posuwać, to się posuwaj. Wydajesz się świadoma swoich potrzeb. - Dodałem, taksując ją spojrzeniem od góry do dołu, bez wstydu. Przez ułamek sekundy miałem bardzo prosty, bardzo prymitywny impuls - zrobić krok bliżej, nie po to, żeby zrobić jej krzywdę, nie dlatego, że nie panowałem nad sobą, tylko, żeby zobaczyć. Zobaczyć, czy cofnie się choć o centymetr. Czy zadrży. Czy to wszystko to tylko gadanie, czy naprawdę ma w sobie tyle ognia, ile udaje. „Obrażalski debil” trafił mnie jak kamień. Odpowiedziałem bez pauzy.
- Przemądrzała pannica. - Powtórzyłem, twardo. - Skoro już rzucamy etykietami. - Wzruszyłem ramionami, jakby to wszystko było lżejsze, niż było. - Rozpłakać? - Powtórzyłem z krzywym uśmiechem. - Nie, pannico. Łzy robią na mnie zerowe wrażenie. Nie musisz ryczeć na zawołanie ani robić przedstawienia. Nie ten typ widowni. - Spojrzałem na nią uważnie, bez pośpiechu, nie kryjąc tego, że mnie wkurza i że jednocześnie mnie to wciąga, jedno nie wykluczało drugiego. Nie odpuszczała, rzucała we mnie kolejnymi zdaniami, coraz bardziej absurdalnymi, coraz bardziej osobistymi. O innych rękach. O innych ptakach. O tym, że nie jestem jedynym ptakiem w karmniku.
- Życzę powodzenia. - Rzuciłem złośliwie. - Naprawdę. Nie wątpię, że znajdziesz sobie inne ręce do ptaka. Innego ptaka. Jakiego chcesz. Jest ich tu pod dostatkiem. Tutejszy karmnik jest pełny. Zawsze znajdzie się jakiś, co potrzyma, jakiś, co się zgodzi. - Przerwałem na moment, patrząc jej prosto w oczy. - Nic nie tracę. Jeśli nie chcę z tobą pracować, to dlatego, że nie muszę. To nie jest osobiste. To robota. A robota kończy się tam, gdzie zaczyna się gadanie bez sensu. Nie myl tego z czymś więcej. - Kłamałem tylko trochę. Kiedy zarzuciła mi, że nikt mnie nie zmuszał do słuchania, wzruszyłem ramionami. Pochyliłem się odrobinę, już na granicy jej przestrzeni, głos miałem niższy, bardziej chropowaty.
- Wiesz co, idę, zgodnie z życzeniem. Dam ci przestrzeń - dorzuciłem - jak już będziesz się posuwać, to możesz o mnie pomyśleć, bo ewidentnie moje słowa już i tak dotykają cię dość głęboko. Pierwszych interakcji się nie zapomina. A my już mamy historię. Krótką, zawiłą i… Zapamiętywalną. Szczerze wątpię, żeby ktoś inny tak szybko cię rozpalił, ale od czego jest wyobraźnia. - Byłem gotów się odwrócić, naprawdę, ta rozmowa była zbyt gęsta, zbyt naładowana emocjami, a ja nie miałem zamiaru robić z siebie jej tymczasowego rozwiązania ani obozowej atrakcji. Już miałem rzucić jeszcze jedno słowo, kiedy świat postanowił przerwać tę farsę.
Zamilkłem w połowie oddechu, nie dlatego, że zabrakło mi riposty, po prostu wszystko, co mówiła, nagle przestało mieć znaczenie. Przestałem jej słuchać w chwili, w której dźwięk stał się zbyt równy, zbyt głęboki, ten odgłos nie był normalny, nie był częścią obozu, nie był wiatrem ani trzaskiem drewna, to nie był huk ani trzask, to było ruszenie masy. Objąłem wzrokiem obóz tylko przelotnie - ogień, namioty, ludzie zbyt wolni w reakcjach - to nie miało teraz znaczenia, liczyła się ona i odległość, którą trzeba było pokonać, zanim śnieg zrobi z nas część krajobrazu. Słowa, złość, cały ten pyskaty taniec sprzed chwili zniknął, został instynkt. Nie było w tym już ani grama tej wcześniejszej zabawy ani wściekłości - wszystko, co między nami iskrzyło, w złym i dobrym znaczeniu, zgasło w jednej chwili, jakby ktoś zakrył palenisko mokrym płótnem. Dźwięk był zbyt znajomy, zbyt ciężki, zbyt prawdziwy - góry nie ostrzegają drugi raz.
Zacisnąłem palce na jej ramieniu mocniej, niż planowałem, nie brutalnie, nie po to, żeby ją zranić, tylko żeby była w moim zasięgu, by mi nie zniknęła w chaosie, który właśnie się rodził, nie było w tym czułości, była konieczność.
- Tak. - Odpowiedziałem krótko. Nachyliłem się do niej odruchowo, osłaniając ją trochę własnym ciałem przed wiatrem i dźwiękiem, który narastał. Głos miałem niski, równy, zupełnie inny niż chwilę wcześniej, kiedy gotowałem się ze złości. To nie była gra, to była robota. - Teraz słuchasz. - A o to mi chodziło. Przestała patrzeć w tamtą stronę i dobrze, widzenie tego nie pomagało, wiedza już tak. W ciemnościach widziałem, jak przełknęła ślinę, to jedno słowo, które z niej wyszło, kosztowało ją więcej niż cała wcześniejsza awantura. Nie pytała, nie dyskutowała. Sekundy faktycznie mogły zdecydować o tym, czy stąd wyjdziemy, czy zostaniemy tu na zawsze, zakopani pod białą ciszą. Dudnienie było coraz głośniejsze, śnieg zaczął sypać grubymi płatkami, ciężkimi, lepkimi, jakby niebo też brało udział w tym spektaklu. Nie patrzyła w tamtą stronę i nie zachęcałem jej do tego, ja spojrzałem raz, przelotnie - wystarczyło - warstwa śniegu wyżej zaczęła się ruszać, powoli, zdradliwie, jak coś ogromnego, co dopiero się budziło.
Poprosiłem o szalik i nie czekałem, aż coś zabierze nam kolejne sekundy. Wziąłem go z jej dłoni i od razu owinąłem wokół swojego nadgarstka, a potem wokół jej, ciasno, bez ozdobników. Materiał był miękki, ale wiązałem go twardo, kilkoma pewnymi węzłami, nie na supełek, nie na półśrodek, na serio.
- Nie luzuj. - Powiedziałem nisko. - Jak pociągnę, idziesz. Jak upadniesz, wstajesz. Jak nie wstaniesz, podnoszę cię ja. Postaraj się nie wpaść w zaspę. - Poprawiłem węzeł jeszcze raz, sprawdzając go szarpnięciem. Odpowiedział oporem, jak trzeba, dobrze, tak miało być, nie mogłem jej zgubić. Nie myślałem o tym, co do siebie powiedzieliśmy, nie myślałem o tym, jak na mnie patrzyła minutę wcześniej, w tej chwili była tylko żywą, ciepłą obecnością po drugiej stronie materiału, który trzymałem jak ostatnią linę.
- Teraz. - Powiedziałem i ruszyłem, ciągnąc ją za sobą, już nie jako pannicę, nie jako rozmówczynię od ptaków, tylko jako kogoś, kto został mi powierzony w chwili, gdy góra postanowiła sprawdzić, kto zasługuje na kolejne rano. Zrobiłem pierwszy krok, prowadząc ją ze sobą, bokiem względem stoku, w stronę niższego terenu, gdzie śnieg miał szansę się rozproszyć. Nie biegliśmy jeszcze - bieg przychodził później, najpierw trzeba było wyjść z najgorszego miejsca. Słyszałem za plecami krzyki obozu, czyjeś imię, trzask łamanego drewna, ogień gasł pod naporem wiatru i śniegu, robiło się coraz ciemniej. Góry ryczały coraz głośniej. Świst narastał, powietrze zmieniło smak, to był ten moment, w którym albo działasz, albo jesteś częścią krajobrazu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (20801), Prudence Fenwick (15920)




Wiadomości w tym wątku
[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 14:58
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 17:30
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 18:19
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 19:19
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 20:17
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 21:07
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 21:37
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 22:33
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 22:55
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 00:58
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 01:46
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 03:40
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 15:38
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 18:55
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 20:26
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 01:18
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 16:53
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 23:37
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 19.12.2025, 19:32
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 20.12.2025, 17:18
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 00:07
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 22.12.2025, 19:23
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 23:34
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 23.12.2025, 14:24
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 24.12.2025, 01:03

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa