20.12.2025, 17:18 ✶
Zaczęło się zupełnie niewinnie, od zdań rzuconych jak kamyki, bez planu, bez mapy, bardziej żeby sprawdzić, czy w ogóle odbiją się echem. Odbijały się - i to jak - to było chyba największe zaskoczenie tego wieczoru. Zorientowałem się dopiero po chwili, że wymieniamy zdania w tempie, którego nie pamiętałem od lat. Jedno zdanie, riposta, drugie, poprawka, trzecie, półżart, półargument, jakby ktoś wcisnął we mnie zapomniany mechanizm, trybiki ruszyły i nagle okazało się, że potrafię to robić - rozmawiać bez tej całej szorstkiej osłony, której zwykle używałem. Słowa zwykle były dla mnie narzędziem, nie zabawką, a tu nagle… Bawiłem się nimi. Miałem wrażenie, że flirtujemy, okrężnie, absurdalnie, zupełnie nie wprost. Przez ptaki, technikę, tolerancję, wielkość, smak, brzmiało to jak rozmowa dwóch osób, które udają, że mówią o czymś zupełnie innym, ale oboje doskonale wiedzą, że to kłamstwo, to mnie zaskoczyło najbardziej. Nie przywykłem do tego, żeby tak szybko łapać czyjś rytm, do tego, żeby ktoś nadążał za moim, a nawet próbował go wyprzedzić. To było… Szkolne, jak wtedy, kiedy słowa były grą, a nie koniecznością, jakby ktoś cofnął mnie o dobre kilka lat, do czasów, kiedy rozmowa mogła być celem samym w sobie.
Co gorsza, ciągnęło mnie do niej, do głosu, do tonu, do tej pewności podszytej prowokacją, a przecież nie wiedziałem o niej nic, nawet jak wygląda. Półmrok robił swoje, ogień rzucał cienie, twarz była zbiorem fragmentów, nie całością, chociaż może właśnie dlatego było w tym coś tak bezpiecznie niebezpiecznego. Złapałem się na myśli, że to wszystko zmierza w bardzo konkretnym kierunku, gdzieś między jednym żartem a drugim, między „techniką” a „zaangażowaniem”, właśnie umówiliśmy się na coś więcej niż gotowanie - na przygodę, na noc. Może na kilka nocy, na to, żeby się do siebie zbliżyć w sposób, którego normalnie bym nie rozważał. Absurdalne? Jasne. Nierozsądne? Też. Ale jednocześnie… Czemu nie, byliśmy w górach, na końcu świata, daleko od wszystkiego, co nas definiowało. Ona była obca, inteligentna, drażniąca i zaskakująco zabawna, rozmawialiśmy, jakbyśmy się znali od dawna, a jednocześnie jakby jutra miało nie być. Metafory piętrzyły się same, coraz mniej udając, że chodzi o cokolwiek innego. Nie padły żadne konkretne słowa, żadne „chodź”, żadne „zróbmy to”, a jednak było w tym porozumienie, jakbyśmy oboje skinęli głową w tym samym momencie, nawet jeśli żadne z nas tego nie zrobiło. Myśl „czemu nie” brzmiała zaskakująco sensownie. To była chyba najdziwniejsza umowa, jaką zawarłem w ostatnich latach, ale brzmiała… Zbyt dobrze. Oczywiście, że gdzieś po drodze musiała skręcić w złą stronę.
Poszło nagle, jakby ktoś przełączył dźwignię - to samo tempo, ta sama iskra, tylko zamiast śmiechu pojawił się zgrzyt. Słowo w słowo. Ping. Pong. Ani jednego zbędnego uderzenia.
- W jakim moim wieku? - Odbiłem natychmiast. Prychnąłem, bo to było zbyt dobre, parsknąłem głośno, aż para poszła mi z ust. - Doprecyzuj, bo zgubiłem się między zdaniem a przecinkiem. Sekundę temu byłem nastolatką z problemami emocjonalnymi, a teraz jestem za stary na naukę? Zdecyduj się. - Nie czekałem, aż odpowie, tempo było zbyt dobre, żeby hamować. - Bo wiesz, to są dwie różne narracje. - Ciągnąłem. - Albo jestem rozkapryszoną dziewczynką, albo starym dziadem. Jedno i drugie naraz średnio się spina. - Uniósłem brew, nawet jeśli mogła tego nie widzieć. - I w sumie to sporo mówi o tobie. - Dorzuciłem lekko, jakby to była luźna obserwacja. - Albo lubisz się bawić w kuguarzycę, albo masz klasyczne daddy issues. Jedno i drugie da się przeżyć, ale wypadałoby być ze sobą szczerą i trafnie weryfikować target. - Znów parsknąłem, krócej, ostrzej. - Dla jasności - dodałem zaraz, zanim cisza zdążyła zgęstnieć, a ona - wejść mi w słowo - w papierach mam dwadzieścia sześć, średnio łapię się w którąkolwiek kategorię, więc jak chcesz mnie postarzać albo odmładzać pod tezę, to chociaż bądź konsekwentna. - Nie musiałem jej tego mówić, mogłem ją pozostawić w niewiedzy, ale nie o to chodziło w tym meczu, piłeczka znowu była po jej stronie.
Uderzyła kogucikiem i pawiem jednocześnie, tak precyzyjnie, że aż mnie to użarło - nie dlatego, że było szczególnie błyskotliwe, tylko dlatego, że było trafione w sposób, którego nie zamierzałem jej ułatwiać. Prychnąłem krótko, już bez rozbawienia, raczej z tym suchym dźwiękiem, który zdradzał irytację. To było zbyt celne, zbyt obrazowe, a ja nie miałem najmniejszej ochoty dać się wsadzić do jednego worka z napuszonym ptactwem.
- Jasne. - Rzuciłem. - Kogucik. Paw. - Powtórzyłem wolno. - Wszystko, co ma pióra i trochę koloru, od razu nie jest warte czasu. - Uniosłem głowę, odruchowo, po czym natychmiast sam się na tym przyłapałem i skrzywiłem. - Tylko że ja tu nie przyszedłem piać ani rozkładać piórek dla publiki. To raczej nie mój sport. - Nachyliłem się odrobinę, głos miałem spokojny, ale ostrzejszy. Oparłem się mocniej ciężarem ciała na jednej nodze, mój ton zrobił się twardszy, ale nadal szybki, ping-pongowy. - Zresztą, wiesz co - ciągnąłem, nie pusząc się, raczej obniżając głos - jeśli ja jestem kogutem, to ty jesteś gołębicą. Taką gelikatną, sterylną gołąbeczką, z idealnie białymi piórkami. - Przekrzywiłem głowę, jakbym naprawdę ją oglądał. - Zastanawiam się tylko, co ty właściwie robisz w tym kurniku. Przecież powinnaś siedzieć w swoim gołębniku z kości słoniowej, pod kloszem, gdzie nikt nie brudzi piórek. Nawet nie wiesz, jak to jest dziko piać z zachwytu, a szkoda. - Uśmiech wrócił, krzywy, prowokujący. - Tu jest brudno, głośno. Chyba że się mylę. - Dodałem wolniej. - Chyba że to tylko poza, bo wiesz… Ewidentnie nikt cię dawno porządnie nie wydziobał. Pewnie chciałaś, żeby ktoś ci pogruchał z aprobatą, wybierając miejsce bez konkurencji. - Przechyliłem głowę, spojrzałem na nią uważnie.
Prychnąłem, kiedy zaczęła o instynkcie i ognisku, bo to akurat było zabawne w ten okropny sposób - to już nie było czyste rozbawienie, raczej ten rodzaj irytacji, który aż swędzi pod skórą. Na moment ucichłem, pozwalając, by to napięcie zawisło między nami, to irytujące, znajome mrowienie, które nie znika tylko dlatego, że ktoś ogłasza koniec.
- Widzę, że bardzo chcesz mi odebrać wszystko naraz - instynkt, teorię i prawo do dalszego istnienia. - Rzuciłem sucho. - Gratuluję rozmachu, wszystko policzone, opisane, sklasyfikowane. Jak na kogoś, kto twierdzi, że zna odpowiedzi na wszystko, całkiem dużo energii wkładasz w udowadnianie, że świat powinien działać wyłącznie według twoich notatek. Góry na pewno to docenią, jak przyjdzie co do czego. - Uniósłem kącik ust w półuśmiechu, nieprzyjemnie pewnym. - Tak, instynkt nie uchronił mnie przed oczywistością przy ognisku, ale instynkt nie jest wyłącznie od tego, żeby chronić przed gorącym metalem. Jest od tego, żeby nie zastygnąć, kiedy robi się naprawdę źle. I tego jeszcze nie zdążyłaś sprawdzić, jeśli się nie mylę, obyś nie musiała. - Wzruszyłem ramionami, jakby chodziło o drobiazg. - Wepchnąłem łapę tam, gdzie nie trzeba, bo za bardzo myślałem o nadziewaniu. Błąd taktyczny. Już mi przeszło. - Parsknąłem, krótko, z tym dźwiękiem, który nie był śmiechem, tylko tarciem zębów. Trafiła. Nie w samo serce, ale w coś, co było blisko ambicji, a to zawsze bolało bardziej. Uśmiechnąłem się krzywo, ale oczy miałem już ostrzejsze.
- O, widzisz. - Odbiłem natychmiast, bez namysłu. - Czyli jednak fantastyka też wchodzi w repertuar. A ja myślałem, że trzymasz się nauk ścisłych. Dobrze wiedzieć, że mamy jasność co do kategorii. Przynajmniej pasuję do krajobrazu. - Przechyliłem głowę, jakbym ją oglądał z nowej strony, nawet jeśli półmrok niewiele mi dawał. Zrobiłem pół kroku w bok, dając jej przestrzeń, ale nie odpuszczając spojrzeniem. - Jeśli to ma się skończyć castingiem, to w porządku. Nie będę cię zatrzymywał. - Wzruszyłem ramionami. - Tylko nie udawaj, że to teraz to była czysta kalkulacja, bo jak na kogoś, kto zawsze polega na wiedzy, reagujesz wyjątkowo emocjonalnie. - Pauza. Krótka, gęsta. - „Och, jesteś taki fatalny, niedźwiedź jest lepszy, każdy jest lepszy, w życiu bym nie chciała twojego wielkiego, naprężonego ptaka, debil, idiota, sprawiasz, że tak bardzo nie chcę tu być, wcale nie myślę o naszym spółkowaniu”, zwykle ludzie nie muszą tak akcentować, jeśli naprawdę w to wierzą, wiesz? Bo to, gołąbeczko, mówi więcej niż wszystkie twoje mądre słowa razem wzięte. To prosty mechanizm. Najpierw bodziec, potem ucieczka, na końcu racjonalizacja. Bardzo eleganckie. - Odwróciłem się półprofilem, zostawiając jej ostatnie słowo w powietrzu, jakby naprawdę miało to być zakończenie, poniekąd było…
Tryb przetrwania wchodził mi w kości szybciej niż zimno, wchodził mi w krew szybciej niż gniew schodził z czubków zaciskanych palców, to był ten moment, w którym wszystko inne schodziło na dalszy plan - ambicje, złość, słowa rzucone chwilę wcześniej jak noże, liczyło się tylko tempo, kierunek i to, że była przywiązana do mnie tym cholernym szalikiem. Czułem każde jej szarpnięcie, każde potknięcie, każde opóźnienie. Wiedziałem, że sama by nie dała rady, wiedziałem też, że ja z nią mam trudniej niż sam, mimo to ani przez sekundę nie przyszło mi do głowy, żeby ją puścić - gdybym ją zostawił, nie spojrzałbym sobie w oczy już nigdy. To nie była kalkulacja, to był odruch, ten instynkt, o którym debatowaliśmy, ten, którego rzekomo nie miałem, a jednak emocje odcinałem jak zbędny balast. Zostawały mięśnie, oddech, rytm kroków i ten jeden fakt, że nie mogłem jej puścić.
Szła, wolniej niż ja, krótszym krokiem, ale szła. Czułem to w każdym szarpnięciu materiału, w tym, jak próbowała nadążyć, nawet kiedy śnieg brał ją po kostki, potem po łydki. Szalik napięty między nami był jak linia życia, a ja nie zamierzałem sprawdzać, co się stanie, jeśli pęknie. Kiedy się zaplątała, poczułem napięcie materiału, jakby ktoś nagle zahaczył mnie hakiem. Zareagowałem odruchowo, nie myślałem - pociągnąłem, mocno, zbyt mocno. Szarpnąłem, podniosłem ją, prawie rzuciłem do przodu, stawiając siebie za nią, między nią a tym, co pędziło z góry, nie było w tym heroizmu, była czysta kalkulacja - ona miała iść, ja miałem trzymać. Uniosłem ją, tak, na ułamek sekundy oderwała się od ziemi, a potem wylądowała przede mną, wsunąłem się za nią, barkiem w śnieg, plecami do kierunku, z którego nadchodziła masa. Zatrzymać, spowolnić, złamać impet, to było głupie i wiedziałem o tym, ale czasem głupota jest jedyną rzeczą, która działa.
Śnieg był wszędzie, ciężki, mokry, żywy, czułem go na plecach, na karku, w ustach - dogonił nas jak fala, uderzył bokiem, porwał, zakręcił światem, który na moment zniknął. Było tylko szarpnięcie, bezładny ruch, walka o to, żeby się zaprzeć, żeby znaleźć punkt oporu. Wbiłem buty, wbiłem rękę, cokolwiek, co mogło nas zatrzymać. Nie wiedziałem, jak długo to trwało. Sekundy rozciągnęły się w coś bezkształtnego, aż wreszcie uderzyliśmy o coś twardego.
A potem cisza. Głucha, ciężka, nienaturalna. Oddychałem jak zwierzę. Wypchnąłem ją pierwszą, zawsze tak robiłem - najpierw sprawdzasz, czy druga osoba oddycha, dopiero potem patrzysz na siebie. Kiedy zobaczyłem, jak łapie powietrze, jak wypluwa śnieg, jak kaszle, poczułem coś na kształt ulgi, która aż zabolała w klatce piersiowej. Wygrzebałem się zaraz za nią, wyczołgując się na śnieg, dysząc ciężko, z ramionami jak z ołowiu.
Przyciągnąłem ją do siebie automatycznie, ciało robiło to szybciej niż głowa, domagało się ciepła, a my byliśmy tu sami razem. Nim zdążyłem pomyśleć, przytuliłem ją bardziej, niż to było konieczne, niby odruchowo, niby tylko po to, żeby było cieplej, ale prawda była taka, że musiałem mieć ją w zasięgu, żeby samemu nie rozsypać się na kawałki. Czułem jej dygotanie, szybki oddech, to, jak wtuliła się we mnie bez kombinowania, bez dumy, bez tej całej wojny sprzed kilku minut. I właśnie to mnie uderzyło najmocniej. Drżała, ja też, serce waliło mi w uszach. Zamknęła się w moich ramionach bez oporu, jakby to było najnormalniejsze na świecie. Zaległem tak, trzymając ją, czując jej oddech na piersi, własne serce łomoczące jak oszalałe.
Śnieg był wszędzie, pod plecami, za kołnierzem, we włosach, w myślach. Leżeliśmy tak chwilę, jakby świat zapomniał nas podnieść po tym, co właśnie zrobił. Ona była na mnie, bardziej z potrzeby niż z decyzji, a ja tuliłem ją odruchowo, szeroko, tak żeby mogła oddychać, żeby nie czuła, że zaraz znowu coś ją przygniecie. Serce wciąż waliło mi jak oszalałe, więc zrobiłem to, co zawsze robiłem, kiedy było za głośno w środku - otworzyłem usta. Śnieg jeszcze osypywał się z krawędzi, kiedy pozwoliłem sobie odetchnąć na tyle, żeby wrócić do gadania, hałas słów lepiej znosiłem niż hałas myśli.
Kiedy się odezwała, jej głos był zmęczony, ale nadal miała w nim ten swój przekorny pazur. Parsknąłem krótko, bardziej wydechem niż śmiechem.
- Mój gust bywa fatalny. - Mruknąłem nisko, zerkając w gwiazdy. - To fakt, nie obelga dla ciebie. Jeśli już o kimś to źle świadczy, to pewnie dla mnie, to się nie bierze znikąd, zawsze tak miałem, trafiam na uparte gatunki i stwierdzam „o”. Znowu to zrobiłem. - Przestawiłem się na tryb, który znałem najlepiej, kiedy robiło się za cicho, za biało i za blisko końca. Pancerz z autoironii, bo jeśli pozwoliłbym sobie na sekundę szczerości, przyznałbym, że serce waliło mi jak młot, a w ustach nadal czułem smak śniegu i strachu.
Westchnąłem, patrząc w niebo, w gwiazdy, które nadal były tam wysoko, jakby nic się nie stało. Przez chwilę milczałem, czując, jak jej oddech powoli się uspokaja, mój też, śnieg skrzypiał gdzieś dalej, ale tu, wokół nas, było zadziwiająco cicho. Nie poluzowałem uścisku, wręcz przeciwnie, zimno zaczynało gryźć, a ja nie miałem zamiaru udawać, że to nie problem. Westchnąłem ciężko, opierając czoło na moment o jej włosy, zanim zdążyłem się zastanowić, czy w ogóle powinienem to robić.
- Ale jak już coś robię źle, to konsekwentnie, trzeba mi przyznać. - Mruknąłem, znów trochę lżej, znowu patrząc w czarne niebo nad nami. Wypuściłem powietrze nosem. - Zawziętość to miła nazwa. - Powiedziałem. - Inni mówią, że mam problem z odpuszczaniem, ale hej, dziś akurat wyszło nam to na zdrowie.
Parsknąłem cicho, bardziej nosem niż śmiechem, bo to pytanie uderzyło w punkt, w który zwykle się nie celuje. Trafiła, chociaż pewnie nie tak, jak sobie to wyobrażała. Przez moment spojrzałem gdzieś obok niej, jakbym tam miał zapisane te słynne statystyki, a potem wróciłem wzrokiem, już spokojniejszy.
- Wyjątkowa? - Powtórzyłem wolno. - O tak. Jesteś wyjątkowa. Wyjątkowo mnie wkurwiasz. - Przekrzywiłem głowę, jakbym naprawdę coś liczył w myślach. - Totalnie masz drugie miejsce w rankingu najbardziej pociągająco wkurwiających kobiet, jakie kiedykolwiek na mnie leżały. - Dodałem z bezczelną powagą. - Pierwsze jest nie do pobicia, historyczne, zamknięte. Ty masz srebro. Gratulacje, to naprawdę niełatwa liga. - Westchnąłem krótko. - Szczerze? Nie wiem, czy to normalne. - Powiedziałem, jakby chodziło o coś zupełnie przyziemnego, a nie statystyki przeżycia. - Wolałbym, żeby nie. Serio. Katastrofy, statystyki, zagrożenia, prawie-śmierć to raczej nie jest mój ideał wieczoru przy świecach. To nie jest coś, co chcę zbierać jak znaczki. - Uniósłem brew, już bardziej rozbawiony niż drażliwy. - Na naszej drugiej randce powinniśmy przynajmniej dać radę zjeść w spokoju, bez lawin, ognia i ingerencji sił wyższych. - Westchnąłem krótko, bardziej teatralnie niż z rezygnacją. - Kolejną katastrofę naturalną zostawmy sobie na rocznicę. Jedna do roku brzmi wystarczająco intensywnie, nie sądzisz? - Przesunąłem dłonią po śniegu obok niej, stawiając kropkę nad „i”. - Dla mnie to brzmi jak całkiem uczciwy układ, nie musimy bić rekordów. - Prychnąłem cicho, już bez złośliwości, bardziej z tym zmęczonym rozbawieniem, które zwykle przychodziło po zbyt bliskim spotkaniu ze śmiercią.
Kiedy rzuciła, że przecież jej jeszcze nie widziałem, uniosłem lekko głowę - rzeczywiście, półmrok, śnieg, chaos, znałem ją z głosu, z tonu, z uporu, nie z wyglądu.
- Wiesz, do jakiego ptaka mi pasujesz? - Rzuciłem w odpowiedzi, jakbyśmy dalej stali przy ognisku, a nie na granicy bycia żywymi. Nie wiedziałem, skąd mi się to wzięło. Może z adrenaliny, może z tego, że przez chwilę byłem kompletnie skołowan, może z potrzeby nadania temu czemuś imienia, żeby przestało być tylko strachem. - Rudzik. - Zawyrokował, krzywiąc się w półuśmiechu. - Mały, niby delikatny, a jak się uprze, to cały ogród ma przesrane. Albo sójka. Hałaśliwa, uparta, wszędzie jej pełno, ma opinię, że zawsze pakuje się tam, gdzie nie trzeba, ale za każdym razem jakoś z tego wychodzi. - Prawie się uśmiechnąłem. To był ten rodzaj głupiego żartu, który wyskakuje z człowieka, kiedy adrenalina jeszcze nie zdążyła opaść, a mózg szuka czegokolwiek, żeby nie myśleć o tym, co by było, gdyby. Przytłoczyło mnie to pewnie tak samo jak ją, tyle że ja miałem w zwyczaju zakładać maskę i robić z niej tarczę - bezczelną, lekko krzywą, ale wystarczająco twardą, żeby nikt nie zobaczył, jak bardzo świadomy byłem, że właśnie minęliśmy się ze śmiercią.
Co gorsza, ciągnęło mnie do niej, do głosu, do tonu, do tej pewności podszytej prowokacją, a przecież nie wiedziałem o niej nic, nawet jak wygląda. Półmrok robił swoje, ogień rzucał cienie, twarz była zbiorem fragmentów, nie całością, chociaż może właśnie dlatego było w tym coś tak bezpiecznie niebezpiecznego. Złapałem się na myśli, że to wszystko zmierza w bardzo konkretnym kierunku, gdzieś między jednym żartem a drugim, między „techniką” a „zaangażowaniem”, właśnie umówiliśmy się na coś więcej niż gotowanie - na przygodę, na noc. Może na kilka nocy, na to, żeby się do siebie zbliżyć w sposób, którego normalnie bym nie rozważał. Absurdalne? Jasne. Nierozsądne? Też. Ale jednocześnie… Czemu nie, byliśmy w górach, na końcu świata, daleko od wszystkiego, co nas definiowało. Ona była obca, inteligentna, drażniąca i zaskakująco zabawna, rozmawialiśmy, jakbyśmy się znali od dawna, a jednocześnie jakby jutra miało nie być. Metafory piętrzyły się same, coraz mniej udając, że chodzi o cokolwiek innego. Nie padły żadne konkretne słowa, żadne „chodź”, żadne „zróbmy to”, a jednak było w tym porozumienie, jakbyśmy oboje skinęli głową w tym samym momencie, nawet jeśli żadne z nas tego nie zrobiło. Myśl „czemu nie” brzmiała zaskakująco sensownie. To była chyba najdziwniejsza umowa, jaką zawarłem w ostatnich latach, ale brzmiała… Zbyt dobrze. Oczywiście, że gdzieś po drodze musiała skręcić w złą stronę.
Poszło nagle, jakby ktoś przełączył dźwignię - to samo tempo, ta sama iskra, tylko zamiast śmiechu pojawił się zgrzyt. Słowo w słowo. Ping. Pong. Ani jednego zbędnego uderzenia.
- W jakim moim wieku? - Odbiłem natychmiast. Prychnąłem, bo to było zbyt dobre, parsknąłem głośno, aż para poszła mi z ust. - Doprecyzuj, bo zgubiłem się między zdaniem a przecinkiem. Sekundę temu byłem nastolatką z problemami emocjonalnymi, a teraz jestem za stary na naukę? Zdecyduj się. - Nie czekałem, aż odpowie, tempo było zbyt dobre, żeby hamować. - Bo wiesz, to są dwie różne narracje. - Ciągnąłem. - Albo jestem rozkapryszoną dziewczynką, albo starym dziadem. Jedno i drugie naraz średnio się spina. - Uniósłem brew, nawet jeśli mogła tego nie widzieć. - I w sumie to sporo mówi o tobie. - Dorzuciłem lekko, jakby to była luźna obserwacja. - Albo lubisz się bawić w kuguarzycę, albo masz klasyczne daddy issues. Jedno i drugie da się przeżyć, ale wypadałoby być ze sobą szczerą i trafnie weryfikować target. - Znów parsknąłem, krócej, ostrzej. - Dla jasności - dodałem zaraz, zanim cisza zdążyła zgęstnieć, a ona - wejść mi w słowo - w papierach mam dwadzieścia sześć, średnio łapię się w którąkolwiek kategorię, więc jak chcesz mnie postarzać albo odmładzać pod tezę, to chociaż bądź konsekwentna. - Nie musiałem jej tego mówić, mogłem ją pozostawić w niewiedzy, ale nie o to chodziło w tym meczu, piłeczka znowu była po jej stronie.
Uderzyła kogucikiem i pawiem jednocześnie, tak precyzyjnie, że aż mnie to użarło - nie dlatego, że było szczególnie błyskotliwe, tylko dlatego, że było trafione w sposób, którego nie zamierzałem jej ułatwiać. Prychnąłem krótko, już bez rozbawienia, raczej z tym suchym dźwiękiem, który zdradzał irytację. To było zbyt celne, zbyt obrazowe, a ja nie miałem najmniejszej ochoty dać się wsadzić do jednego worka z napuszonym ptactwem.
- Jasne. - Rzuciłem. - Kogucik. Paw. - Powtórzyłem wolno. - Wszystko, co ma pióra i trochę koloru, od razu nie jest warte czasu. - Uniosłem głowę, odruchowo, po czym natychmiast sam się na tym przyłapałem i skrzywiłem. - Tylko że ja tu nie przyszedłem piać ani rozkładać piórek dla publiki. To raczej nie mój sport. - Nachyliłem się odrobinę, głos miałem spokojny, ale ostrzejszy. Oparłem się mocniej ciężarem ciała na jednej nodze, mój ton zrobił się twardszy, ale nadal szybki, ping-pongowy. - Zresztą, wiesz co - ciągnąłem, nie pusząc się, raczej obniżając głos - jeśli ja jestem kogutem, to ty jesteś gołębicą. Taką gelikatną, sterylną gołąbeczką, z idealnie białymi piórkami. - Przekrzywiłem głowę, jakbym naprawdę ją oglądał. - Zastanawiam się tylko, co ty właściwie robisz w tym kurniku. Przecież powinnaś siedzieć w swoim gołębniku z kości słoniowej, pod kloszem, gdzie nikt nie brudzi piórek. Nawet nie wiesz, jak to jest dziko piać z zachwytu, a szkoda. - Uśmiech wrócił, krzywy, prowokujący. - Tu jest brudno, głośno. Chyba że się mylę. - Dodałem wolniej. - Chyba że to tylko poza, bo wiesz… Ewidentnie nikt cię dawno porządnie nie wydziobał. Pewnie chciałaś, żeby ktoś ci pogruchał z aprobatą, wybierając miejsce bez konkurencji. - Przechyliłem głowę, spojrzałem na nią uważnie.
Prychnąłem, kiedy zaczęła o instynkcie i ognisku, bo to akurat było zabawne w ten okropny sposób - to już nie było czyste rozbawienie, raczej ten rodzaj irytacji, który aż swędzi pod skórą. Na moment ucichłem, pozwalając, by to napięcie zawisło między nami, to irytujące, znajome mrowienie, które nie znika tylko dlatego, że ktoś ogłasza koniec.
- Widzę, że bardzo chcesz mi odebrać wszystko naraz - instynkt, teorię i prawo do dalszego istnienia. - Rzuciłem sucho. - Gratuluję rozmachu, wszystko policzone, opisane, sklasyfikowane. Jak na kogoś, kto twierdzi, że zna odpowiedzi na wszystko, całkiem dużo energii wkładasz w udowadnianie, że świat powinien działać wyłącznie według twoich notatek. Góry na pewno to docenią, jak przyjdzie co do czego. - Uniósłem kącik ust w półuśmiechu, nieprzyjemnie pewnym. - Tak, instynkt nie uchronił mnie przed oczywistością przy ognisku, ale instynkt nie jest wyłącznie od tego, żeby chronić przed gorącym metalem. Jest od tego, żeby nie zastygnąć, kiedy robi się naprawdę źle. I tego jeszcze nie zdążyłaś sprawdzić, jeśli się nie mylę, obyś nie musiała. - Wzruszyłem ramionami, jakby chodziło o drobiazg. - Wepchnąłem łapę tam, gdzie nie trzeba, bo za bardzo myślałem o nadziewaniu. Błąd taktyczny. Już mi przeszło. - Parsknąłem, krótko, z tym dźwiękiem, który nie był śmiechem, tylko tarciem zębów. Trafiła. Nie w samo serce, ale w coś, co było blisko ambicji, a to zawsze bolało bardziej. Uśmiechnąłem się krzywo, ale oczy miałem już ostrzejsze.
- O, widzisz. - Odbiłem natychmiast, bez namysłu. - Czyli jednak fantastyka też wchodzi w repertuar. A ja myślałem, że trzymasz się nauk ścisłych. Dobrze wiedzieć, że mamy jasność co do kategorii. Przynajmniej pasuję do krajobrazu. - Przechyliłem głowę, jakbym ją oglądał z nowej strony, nawet jeśli półmrok niewiele mi dawał. Zrobiłem pół kroku w bok, dając jej przestrzeń, ale nie odpuszczając spojrzeniem. - Jeśli to ma się skończyć castingiem, to w porządku. Nie będę cię zatrzymywał. - Wzruszyłem ramionami. - Tylko nie udawaj, że to teraz to była czysta kalkulacja, bo jak na kogoś, kto zawsze polega na wiedzy, reagujesz wyjątkowo emocjonalnie. - Pauza. Krótka, gęsta. - „Och, jesteś taki fatalny, niedźwiedź jest lepszy, każdy jest lepszy, w życiu bym nie chciała twojego wielkiego, naprężonego ptaka, debil, idiota, sprawiasz, że tak bardzo nie chcę tu być, wcale nie myślę o naszym spółkowaniu”, zwykle ludzie nie muszą tak akcentować, jeśli naprawdę w to wierzą, wiesz? Bo to, gołąbeczko, mówi więcej niż wszystkie twoje mądre słowa razem wzięte. To prosty mechanizm. Najpierw bodziec, potem ucieczka, na końcu racjonalizacja. Bardzo eleganckie. - Odwróciłem się półprofilem, zostawiając jej ostatnie słowo w powietrzu, jakby naprawdę miało to być zakończenie, poniekąd było…
Tryb przetrwania wchodził mi w kości szybciej niż zimno, wchodził mi w krew szybciej niż gniew schodził z czubków zaciskanych palców, to był ten moment, w którym wszystko inne schodziło na dalszy plan - ambicje, złość, słowa rzucone chwilę wcześniej jak noże, liczyło się tylko tempo, kierunek i to, że była przywiązana do mnie tym cholernym szalikiem. Czułem każde jej szarpnięcie, każde potknięcie, każde opóźnienie. Wiedziałem, że sama by nie dała rady, wiedziałem też, że ja z nią mam trudniej niż sam, mimo to ani przez sekundę nie przyszło mi do głowy, żeby ją puścić - gdybym ją zostawił, nie spojrzałbym sobie w oczy już nigdy. To nie była kalkulacja, to był odruch, ten instynkt, o którym debatowaliśmy, ten, którego rzekomo nie miałem, a jednak emocje odcinałem jak zbędny balast. Zostawały mięśnie, oddech, rytm kroków i ten jeden fakt, że nie mogłem jej puścić.
Szła, wolniej niż ja, krótszym krokiem, ale szła. Czułem to w każdym szarpnięciu materiału, w tym, jak próbowała nadążyć, nawet kiedy śnieg brał ją po kostki, potem po łydki. Szalik napięty między nami był jak linia życia, a ja nie zamierzałem sprawdzać, co się stanie, jeśli pęknie. Kiedy się zaplątała, poczułem napięcie materiału, jakby ktoś nagle zahaczył mnie hakiem. Zareagowałem odruchowo, nie myślałem - pociągnąłem, mocno, zbyt mocno. Szarpnąłem, podniosłem ją, prawie rzuciłem do przodu, stawiając siebie za nią, między nią a tym, co pędziło z góry, nie było w tym heroizmu, była czysta kalkulacja - ona miała iść, ja miałem trzymać. Uniosłem ją, tak, na ułamek sekundy oderwała się od ziemi, a potem wylądowała przede mną, wsunąłem się za nią, barkiem w śnieg, plecami do kierunku, z którego nadchodziła masa. Zatrzymać, spowolnić, złamać impet, to było głupie i wiedziałem o tym, ale czasem głupota jest jedyną rzeczą, która działa.
Śnieg był wszędzie, ciężki, mokry, żywy, czułem go na plecach, na karku, w ustach - dogonił nas jak fala, uderzył bokiem, porwał, zakręcił światem, który na moment zniknął. Było tylko szarpnięcie, bezładny ruch, walka o to, żeby się zaprzeć, żeby znaleźć punkt oporu. Wbiłem buty, wbiłem rękę, cokolwiek, co mogło nas zatrzymać. Nie wiedziałem, jak długo to trwało. Sekundy rozciągnęły się w coś bezkształtnego, aż wreszcie uderzyliśmy o coś twardego.
A potem cisza. Głucha, ciężka, nienaturalna. Oddychałem jak zwierzę. Wypchnąłem ją pierwszą, zawsze tak robiłem - najpierw sprawdzasz, czy druga osoba oddycha, dopiero potem patrzysz na siebie. Kiedy zobaczyłem, jak łapie powietrze, jak wypluwa śnieg, jak kaszle, poczułem coś na kształt ulgi, która aż zabolała w klatce piersiowej. Wygrzebałem się zaraz za nią, wyczołgując się na śnieg, dysząc ciężko, z ramionami jak z ołowiu.
Przyciągnąłem ją do siebie automatycznie, ciało robiło to szybciej niż głowa, domagało się ciepła, a my byliśmy tu sami razem. Nim zdążyłem pomyśleć, przytuliłem ją bardziej, niż to było konieczne, niby odruchowo, niby tylko po to, żeby było cieplej, ale prawda była taka, że musiałem mieć ją w zasięgu, żeby samemu nie rozsypać się na kawałki. Czułem jej dygotanie, szybki oddech, to, jak wtuliła się we mnie bez kombinowania, bez dumy, bez tej całej wojny sprzed kilku minut. I właśnie to mnie uderzyło najmocniej. Drżała, ja też, serce waliło mi w uszach. Zamknęła się w moich ramionach bez oporu, jakby to było najnormalniejsze na świecie. Zaległem tak, trzymając ją, czując jej oddech na piersi, własne serce łomoczące jak oszalałe.
Śnieg był wszędzie, pod plecami, za kołnierzem, we włosach, w myślach. Leżeliśmy tak chwilę, jakby świat zapomniał nas podnieść po tym, co właśnie zrobił. Ona była na mnie, bardziej z potrzeby niż z decyzji, a ja tuliłem ją odruchowo, szeroko, tak żeby mogła oddychać, żeby nie czuła, że zaraz znowu coś ją przygniecie. Serce wciąż waliło mi jak oszalałe, więc zrobiłem to, co zawsze robiłem, kiedy było za głośno w środku - otworzyłem usta. Śnieg jeszcze osypywał się z krawędzi, kiedy pozwoliłem sobie odetchnąć na tyle, żeby wrócić do gadania, hałas słów lepiej znosiłem niż hałas myśli.
Kiedy się odezwała, jej głos był zmęczony, ale nadal miała w nim ten swój przekorny pazur. Parsknąłem krótko, bardziej wydechem niż śmiechem.
- Mój gust bywa fatalny. - Mruknąłem nisko, zerkając w gwiazdy. - To fakt, nie obelga dla ciebie. Jeśli już o kimś to źle świadczy, to pewnie dla mnie, to się nie bierze znikąd, zawsze tak miałem, trafiam na uparte gatunki i stwierdzam „o”. Znowu to zrobiłem. - Przestawiłem się na tryb, który znałem najlepiej, kiedy robiło się za cicho, za biało i za blisko końca. Pancerz z autoironii, bo jeśli pozwoliłbym sobie na sekundę szczerości, przyznałbym, że serce waliło mi jak młot, a w ustach nadal czułem smak śniegu i strachu.
Westchnąłem, patrząc w niebo, w gwiazdy, które nadal były tam wysoko, jakby nic się nie stało. Przez chwilę milczałem, czując, jak jej oddech powoli się uspokaja, mój też, śnieg skrzypiał gdzieś dalej, ale tu, wokół nas, było zadziwiająco cicho. Nie poluzowałem uścisku, wręcz przeciwnie, zimno zaczynało gryźć, a ja nie miałem zamiaru udawać, że to nie problem. Westchnąłem ciężko, opierając czoło na moment o jej włosy, zanim zdążyłem się zastanowić, czy w ogóle powinienem to robić.
- Ale jak już coś robię źle, to konsekwentnie, trzeba mi przyznać. - Mruknąłem, znów trochę lżej, znowu patrząc w czarne niebo nad nami. Wypuściłem powietrze nosem. - Zawziętość to miła nazwa. - Powiedziałem. - Inni mówią, że mam problem z odpuszczaniem, ale hej, dziś akurat wyszło nam to na zdrowie.
Parsknąłem cicho, bardziej nosem niż śmiechem, bo to pytanie uderzyło w punkt, w który zwykle się nie celuje. Trafiła, chociaż pewnie nie tak, jak sobie to wyobrażała. Przez moment spojrzałem gdzieś obok niej, jakbym tam miał zapisane te słynne statystyki, a potem wróciłem wzrokiem, już spokojniejszy.
- Wyjątkowa? - Powtórzyłem wolno. - O tak. Jesteś wyjątkowa. Wyjątkowo mnie wkurwiasz. - Przekrzywiłem głowę, jakbym naprawdę coś liczył w myślach. - Totalnie masz drugie miejsce w rankingu najbardziej pociągająco wkurwiających kobiet, jakie kiedykolwiek na mnie leżały. - Dodałem z bezczelną powagą. - Pierwsze jest nie do pobicia, historyczne, zamknięte. Ty masz srebro. Gratulacje, to naprawdę niełatwa liga. - Westchnąłem krótko. - Szczerze? Nie wiem, czy to normalne. - Powiedziałem, jakby chodziło o coś zupełnie przyziemnego, a nie statystyki przeżycia. - Wolałbym, żeby nie. Serio. Katastrofy, statystyki, zagrożenia, prawie-śmierć to raczej nie jest mój ideał wieczoru przy świecach. To nie jest coś, co chcę zbierać jak znaczki. - Uniósłem brew, już bardziej rozbawiony niż drażliwy. - Na naszej drugiej randce powinniśmy przynajmniej dać radę zjeść w spokoju, bez lawin, ognia i ingerencji sił wyższych. - Westchnąłem krótko, bardziej teatralnie niż z rezygnacją. - Kolejną katastrofę naturalną zostawmy sobie na rocznicę. Jedna do roku brzmi wystarczająco intensywnie, nie sądzisz? - Przesunąłem dłonią po śniegu obok niej, stawiając kropkę nad „i”. - Dla mnie to brzmi jak całkiem uczciwy układ, nie musimy bić rekordów. - Prychnąłem cicho, już bez złośliwości, bardziej z tym zmęczonym rozbawieniem, które zwykle przychodziło po zbyt bliskim spotkaniu ze śmiercią.
Kiedy rzuciła, że przecież jej jeszcze nie widziałem, uniosłem lekko głowę - rzeczywiście, półmrok, śnieg, chaos, znałem ją z głosu, z tonu, z uporu, nie z wyglądu.
- Wiesz, do jakiego ptaka mi pasujesz? - Rzuciłem w odpowiedzi, jakbyśmy dalej stali przy ognisku, a nie na granicy bycia żywymi. Nie wiedziałem, skąd mi się to wzięło. Może z adrenaliny, może z tego, że przez chwilę byłem kompletnie skołowan, może z potrzeby nadania temu czemuś imienia, żeby przestało być tylko strachem. - Rudzik. - Zawyrokował, krzywiąc się w półuśmiechu. - Mały, niby delikatny, a jak się uprze, to cały ogród ma przesrane. Albo sójka. Hałaśliwa, uparta, wszędzie jej pełno, ma opinię, że zawsze pakuje się tam, gdzie nie trzeba, ale za każdym razem jakoś z tego wychodzi. - Prawie się uśmiechnąłem. To był ten rodzaj głupiego żartu, który wyskakuje z człowieka, kiedy adrenalina jeszcze nie zdążyła opaść, a mózg szuka czegokolwiek, żeby nie myśleć o tym, co by było, gdyby. Przytłoczyło mnie to pewnie tak samo jak ją, tyle że ja miałem w zwyczaju zakładać maskę i robić z niej tarczę - bezczelną, lekko krzywą, ale wystarczająco twardą, żeby nikt nie zobaczył, jak bardzo świadomy byłem, że właśnie minęliśmy się ze śmiercią.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)