Victorii nie chodziło o te materialne rzeczy, które stracili w ogniu. Byli bogaci, skarbiec z pieniędzmi i niektórymi kosztownościami znajdował się w banku Gringotta, który nie ucierpiał w wyniku ataków wcale i wszystko mogli kupić czy wybudować na nowo, potrzeba było na to jedynie czasu. Chodziło o zasady. I chodziło o te rzeczy, które były ulotne, a których życie poszybowało w górę, niesione liźnięciami żółtego, a może nawet i białego ognia, który rozszalał się na tej posesji, zostawiając kupę gruzów.
Słuchała słów Primrose, lecz na nią nie patrzyła. Kucnęła teraz na kamiennej dróżce i dłonią przejechała po wypalonej ziemi, na której nie ostała się nawet trawa, po czym spojrzała na swoją dłoń. Była czarna od pyłu, który jeszcze w całości nie wywietrzał. Ale słuchała słów siostry bardzo uważnie, wszystkich jej bolączek i rozmyślań nad tematem. Rozmyślań, które i jej zaprzątały głowę, zupełnie nieproszone, przez kawał tej strasznej nocy i wczorajszy dzień.
Primrose miała rację: to nie było losowe. To nie było przypadkowe. Victoria długi czas zastanawiała się, kiedy przyjdą konsekwencje tego, że weszła wraz z innymi do Limbo i stanęła przeciwko Voldemortowi. Cisza rzeczywiście uśpiła czujność (Alastor byłby bardzo niepocieszony), ale… kto mógł przewidzieć, że skończy się to w ten sposób? Że spłonie cały dom jej rodziny, która wcale nie była mu przeciwna?
Milczała przez dłuższą chwilę, aż w końcu podniosła się i otrzepała rękę, a przynajmniej próbowała to zrobić, aż w końcu odwróciła się do siostry, by na nią spojrzeć.
– Nie sądzę, że rodzice kolaborują – powiedziała w końcu. – Ale masz rację, że to mogła być kara. Za mnie – pozwoliła temu wybrzmieć, zawisnąć w powietrzu, nim odetchnęła i kontynuowała. – W Limbo… On był tam. Nie sam, tylko ze swoimi pomagierami, którzy tak się wstydzą pokazywać twarz, bo boją się konsekwencji tego co robią. Chciał, żebyśmy się do niego przyłączyli. Mówił, że prędzej czy później będziemy musieli przed nim uklęknąć. Ale ja nie uklęknęłam, Prim. Nie będę przed nikim klękać – dodała ciszej. – Jestem aurorem, moją pracą jest wyłapywać takich jak oni i od… prawie od zawsze przyjaźnię się z jedną z Longbottomów i to nie jest i nigdy nie była żadna tajemnica – nie robiła nic poza pracą i nawet… nawet chroniła tożsamość jednego Śmierciożercy, który przyznał się jej, pokazał jej znak, a ona nic z tym nie zrobiła, ale… To akurat była tajemnica. – Moje mieszkanie przetrwało, ale ten dom… Może to było ostrzeżenie. Może kara. Nie wiem. Może nie wiedzieli, że się przeprowadziłam? – to jedyne sensowne, logiczne wyjaśnienie.