05.03.2023, 23:52 ✶
Jeśli Leta czegokolwiek się spodziewała po tej nocy, to na pewno nie sterty snów, od których o mało co nie umarła. Dosłownie, o czym świadczyło zraniona ręka i ślady na gardle – choć te to bardziej w tej chwili odczuwała niż oglądała; do lustra jeszcze nie zdążyła doczłapać.
Zresztą, przeglądanie się w zwierciadle w tej chwili naprawdę było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę.
I jeszcze jednego się nie spodziewała: tego, że po naprawdę krótkim od przebudzenia czasie dom niemalże dosłownie zadrży w posadach od walenia w drzwi. Walenia, bo tego inaczej się nie dało nazwać, zwłaszcza że to nie tak, iż akurat znajdowała się w pobliżu wejścia – a jednak dźwięk ten dotarł do uszu kobiety. Gdyby wciąż spała – niewykluczone, że i owszem, jak najbardziej wyrwałby ją z godzin niebytu. W każdym razie, Cathal w tej chwili najprawdopodobniej zbudziłby nawet nieboszczyka, i to nie takiego świeżego, ale porządnie zmumifikowanego i zamkniętego w solidnym sarkofagu.
Ukłucie irytacji. O ile nie miała powodów, by nie cenić mężczyzny jako współpracownika – i już pal licho, że zdarzały się tarcia i to takie, że okopywali się porządnie po obu stronach barykady – tak wskazówki zegara sugerowały, że zdecydowanie to nie była pora na odwiedziny. Bo Leta nie pomyślała od razu, że również i Cal w tych popapranych snach był prawdziwy.
Właściwie to nie bardzo do tej pory zdążyła wszystko przemyśleć – po części z powodu szoku, po części wzbierającej furii, przez którą prawie zaczynała chodzić po ścianach, po części w końcu – musiała się o siebie zatroszczyć, z którejkolwiek by strony na to nie spojrzeć.
Tak że tak, najchętniej posłałaby teraz Shafiqa prosto do mugolskiego diabła, a może i na pożarcie Ammutowi. Ale i też miała na tyle rozumu, żeby nie posyłać skrzata do starcia z Calem – z jakiegoś powodu była święcie przekonana, że on mężczyzny nie byłby w stanie zatrzymać. Nie. Zatem czoła musiała mu stawić sama.
- Czy ciebie Merlin i Matka opuścili, że... – wychrypiała cicho, ze złością, otwierając drzwi. Jeszcze większy chaos na głowie niż zwykle świadczył o tym, że naprawdę niedawno musiała wywlec się z łóżka; szlafrok narzuciła na siebie chyba w ostatniej wręcz chwili – nawet nie przewiązała w pasie.
Urwała, tknięta nagle myślą.
Śniła. Ktoś próbował ją zabić. O mało naprawdę nie zginęła. I za każdym jebanym razem wybawcą okazywał się właśnie Cal. Czyżby i ten fragment snów okazywał się być prawdziwym? Przymrużyła oczy, zadzierając głowę i wpatrując się w blondyna. Trybiki najwyraźniej musiały zaskoczyć, sądząc po wyrazie twarzy Lety.
- Wejdź – tylko tyle i aż tyle; usunęła się też mu z drogi, żeby faktycznie mógł przejść przez próg. O pewnych rzeczach rozmawiało się wyłącznie w czterech ścianach.
Zresztą, przeglądanie się w zwierciadle w tej chwili naprawdę było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę.
I jeszcze jednego się nie spodziewała: tego, że po naprawdę krótkim od przebudzenia czasie dom niemalże dosłownie zadrży w posadach od walenia w drzwi. Walenia, bo tego inaczej się nie dało nazwać, zwłaszcza że to nie tak, iż akurat znajdowała się w pobliżu wejścia – a jednak dźwięk ten dotarł do uszu kobiety. Gdyby wciąż spała – niewykluczone, że i owszem, jak najbardziej wyrwałby ją z godzin niebytu. W każdym razie, Cathal w tej chwili najprawdopodobniej zbudziłby nawet nieboszczyka, i to nie takiego świeżego, ale porządnie zmumifikowanego i zamkniętego w solidnym sarkofagu.
Ukłucie irytacji. O ile nie miała powodów, by nie cenić mężczyzny jako współpracownika – i już pal licho, że zdarzały się tarcia i to takie, że okopywali się porządnie po obu stronach barykady – tak wskazówki zegara sugerowały, że zdecydowanie to nie była pora na odwiedziny. Bo Leta nie pomyślała od razu, że również i Cal w tych popapranych snach był prawdziwy.
Właściwie to nie bardzo do tej pory zdążyła wszystko przemyśleć – po części z powodu szoku, po części wzbierającej furii, przez którą prawie zaczynała chodzić po ścianach, po części w końcu – musiała się o siebie zatroszczyć, z którejkolwiek by strony na to nie spojrzeć.
Tak że tak, najchętniej posłałaby teraz Shafiqa prosto do mugolskiego diabła, a może i na pożarcie Ammutowi. Ale i też miała na tyle rozumu, żeby nie posyłać skrzata do starcia z Calem – z jakiegoś powodu była święcie przekonana, że on mężczyzny nie byłby w stanie zatrzymać. Nie. Zatem czoła musiała mu stawić sama.
- Czy ciebie Merlin i Matka opuścili, że... – wychrypiała cicho, ze złością, otwierając drzwi. Jeszcze większy chaos na głowie niż zwykle świadczył o tym, że naprawdę niedawno musiała wywlec się z łóżka; szlafrok narzuciła na siebie chyba w ostatniej wręcz chwili – nawet nie przewiązała w pasie.
Urwała, tknięta nagle myślą.
Śniła. Ktoś próbował ją zabić. O mało naprawdę nie zginęła. I za każdym jebanym razem wybawcą okazywał się właśnie Cal. Czyżby i ten fragment snów okazywał się być prawdziwym? Przymrużyła oczy, zadzierając głowę i wpatrując się w blondyna. Trybiki najwyraźniej musiały zaskoczyć, sądząc po wyrazie twarzy Lety.
- Wejdź – tylko tyle i aż tyle; usunęła się też mu z drogi, żeby faktycznie mógł przejść przez próg. O pewnych rzeczach rozmawiało się wyłącznie w czterech ścianach.
434