Podobnie jak Henrietta, w ostatnich dniach również poświęcił tych kilka chwil na to, żeby znaleźć odpowiedniego lekarza. Uważał to za sprawę wysokiej wagi. Jedną z tych, które nie powinny były być odkładane na później. Dziecko było tym czego potrzebowali. Było ono tym czego on potrzebował. Gdyby nie kwestia potomka - rzecz jasna w grę wchodził jedynie potomek odpowiedniej płci - nie zdecydowałby się na kolejne małżeństwo. W swoim życiu nie potrzebował stałej obecności jakiejkolwiek kobiety.
Armani Clifford był lekarzem, o którym ciężko było usłyszeć choćby jedno złe słowo. Ponoć porządny specjalista. Polecony Robertowi przez dobrego znajomego - oczywiście mężczyznę - dobrze zaprezentował się podczas wstępnej rozmowy. Kto jak kto, ale Mulciber nie zdecydowałby się przecież na umówienie wizyty bez wcześniejszego kontaktu; bez pewności, że udadzą się na spotkanie z właściwą osobą.
Nie lubił marnować czasu.
Gabinet Clifforda znajdywał się przy ulicy Pokątnej. Było to na tyle blisko należącego do Mulciberów sklepu z kadzidłami, żeby skorzystać z okazji i na krótką chwilę do niego zajrzeć. W ramach kontroli. To właśnie z tej lokalizacji, pieszo, pokonał trasę prowadzącą pod właściwy adres. Na miejscu pojawił się w szarym płaszczu, całkiem nieźle chroniącym przed pogodą, która bynajmniej nie rozpieszczała. Do wiosny co prawda nie było daleko, ale temperatura nie była najwyższa.
- Jesteś. Doskonale. - przywitał się, ku swojemu zadowoleniu zastając Henriettę na miejscu. Nie w smak byłoby mu czekać na małżonkę. Cenił sobie punktualność. Sam zjawił się dokładnie o umówionej godzinie. Nie za wcześnie, ani też nie za późno. - Pan Clifford powinien już na nas czekać.
Nie zamierzał tracić czasu na instruowanie małżonki, przypominanie jej o zasadach, do których powinna się stosować. Nie tym razem. Zamiast tego gestem dał kobiecie znać, żeby ruszyła za nim. Otworzył ciężkie, drewniane drzwi, wchodząc do niewielkiego pomieszczenia, które było czymś na kształt poczekalni. Nie przepuścił Henrietty przodem. Ich oczom ukazało się kilka krzeseł, stolik, punkt oznaczony jako rejestracja, jakieś kwiatki, insze roślinki, wieszak. Na stoliku kilka ulotek. Raczej nic ciekawego.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - ich pojawienie się zwróciło uwagę siwowłosej recepcjonistki. Kobieta była w słusznym wieku. Uśmiechała się ciepło, gotowa zająć się kolejnymi pacjentami swojego pracodawcy. - Są państwo umówieni?
Ujmując Henriettę za ramię, delikatnie dał jej znać, żeby razem z nim podeszła do rejestracji. Nie zachowywał się tym razem znowu tak najgorzej. Pilnował się. Był dość ostrożny, jakby nie chciał zwracać na nich zbyt dużej uwagi.
- Tak. Razem z małżonką jesteśmy umówieni na konsultację. Państwo Mulciber. - podał wyłącznie swoje nazwisko. Nie miało dla niego znaczenia, że Henrietta posługiwała się dwoma. Z reguły starał się o tym fakcie nie wspominać.
Kobieta kiwnęła głową. Zaczęła coś sprawdzać w swoich papierach. Zajęło jej to chwilę.
- Na godzinę 16? - upewniła się, odnajdując właściwą informację. - W takim razie trzeba jeszcze chwilkę poczekać. Proszę usiąść. Płaszcz można powiesić na wieszaku. Gdyby było czegoś trzeba... - proszę powiedzieć. Tego jednak już nie dodała, koniec wypowiedzi pozostał niewypowiedziany.