– Sama prawda – i wiedziała to z pierwszej ręki, bo sama czasami bardzo celowo zadręczała znajomych paplaniem, albo wbijała kij w mrowisko i patrzyła jak świat płonie, całkiem z siebie zadowolona. To były rozrywki, które całkiem lubiła, zwłaszcza Nell się w ten sposób bajecznie podpuszczało, bo jej zwykle niewiele trzeba było. – Bo ty nie jesteś od podziwiania kolegów – zawyrokowała, jakby to nie było oczywiste.
Uniosła wyżej brwi, kiedy ich kolega wstał i zaczął mówić coś o Jezusie. Jaki znowu Jezus? Znaczy słyszała już to imię kilka razy od Hiszpanów, którzy przewinęli się przez Aleksandrię czy Kair, gdy akurat była w pobliżu, ale jej mina chyba dobitnie wskazywała na to, że nie rozumie.
Przyszło jej za to do głowy coś zupełnie innego.
– Urodził ci się syn? – zapytała ostrożnie kolegę. – Albo komuś w twojej rodzinie? – dodała zaraz, bo jakoś nie kojarzyła w sumie, by się chwalił, że spodziewa się dziecka, ale może… Może chwalić się nie chciał do czasu aż to nie nastąpiło i nagle poczuł z tego tytułu jakieś wcześniej nieodczuwane szczęście. Już zresztą miała otworzyć buzię po raz kolejny i powiedzieć, że w sumie nie wiedziała, że się z kimś spotyka, ale wtedy mugolak pospieszył z odpowiedzią, co skutecznie zamknęło jej paszczę. I przez moment po prostu gapiła się na niego z brakiem zrozumienia wypisanym na twarzy. Jezus Zbawiciel, który umarł za ich grzechy. No to było… Nikt nie musiał za nią umierać, to na pewno. A potem kliknęła językiem.
– Brzmi jak czarodziej wprawiony w iluminacji*, a nie boży syn – powiedziała cicho, tak, żeby tylko Cathal mógł to usłyszeć. Bo można było transmutować trochę wody tak, by zmieniła się jej właściwość na tej podobnej drewnu, które było wypychane do góry i w ten sposób chodzić, choć by nie było to tak oczywiste, wymagało to zdolności rzucania zaklęć bez użycia różdżki, co w Afryce było powszechne. To Guinevere była tutaj dziwadłem z różdżką, lecz był to jej świadomy wybór. No a to wino… – Ano, ja się uczyłam takiego zaklęcia – zaczęła, to już mówiąc głośniej. – Szło to mniej-więcej tak: dźwięki harfy, wiatru szum, wodo wodo zmień się w rum. Ale z winem też się da – dokończyła, a ich kolega spojrzał na nią z politowaniem, na co uśmiechnęła się rozbrajająco, pozwalając mu pokontemplować życie przed choinką, której żadne z nich tu nie zatargało. – Zapraszam – i to mówiąc kiwnęła głową na Cathala, by poszedł za nią. Kawa z rana zawsze była dobrą odpowiedzią.
*iluminacja – afrykański odpowiednik transmutacji nazwany tak z powodu wierzeń i kręgów kulturalnych, według których przemiana czarodzieja w dane zwierzę jest iluminacją jego duchowej energii