• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy

[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#22
22.12.2025, 19:23  ✶  
Złapałem się na tym, że uśmiecham się do ciemności, do głosu, którego jeszcze nie potrafiłem przypisać do twarzy, i że to wcale mi nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie, gdzieś pomiędzy jednym żartem a kolejną ripostą przesunęliśmy granicę, nawet nie zauważając, kiedy, to nie było zaproszenie wypowiedziane wprost, raczej ciche porozumienie, zawieszone w powietrzu, jak obietnica, której nikt jeszcze nie musiał dotykać. I to było absurdalne, i kuszące, i niebezpiecznie proste. Pomyślałem, że po tych nocach, po tym chłodzie, po tym miejscu, posiadanie kogoś obok mogłoby być… Logiczne, nie romantyczne, logiczne. Nie wiedziałem, jak wyglądała, nie obchodziło mnie to aż tak bardzo, nie wtedy, kiedy słowa układały się tak gładko, kiedy myśli zderzały się bez tarcia. Wyobraziłem sobie, że równie łatwo mogłaby oprzeć się o mnie ramieniem, moglibyśmy ogrzać się nawzajem bez zobowiązań, bez jutra, tylko na chwilę - pozwoliłem tej myśli zostać, nie odrzucałem jej, nie spieszyłem się też, by ją spełniać.
A potem wszystko się przesunęło, jedno drobne potknięcie, jeden gest za szybki, jeden ton za ostry, rozmowa skręciła, napięcie zgęstniało, zrobiło się mniej gładko, bardziej szorstko, ale zamiast się wycofać, zamiast wygasić to, co jeszcze przed momentem było obietnicą, poszliśmy w to dalej, bo najwyraźniej oboje lubiliśmy sprawdzać, jak bardzo można coś naciągnąć, zanim pęknie. Parsknąłem krótko, bardziej nosem niż śmiechem, to było to miejsce, w którym człowiek albo się cofał, albo szedł na zwarcie, a ja nigdy nie byłem dobry w cofanie się. Zrobiłem pół kroku bliżej, nie nachalnie, bardziej jak duży ptak sprawdzający, czy mniejszy odleci, czy jednak zostanie na gałęzi - została. Uśmiechnąłem się krzywo, tym sposobem, który wcale nie oznaczał rozbawienia, tylko gotowość do kolejnego starcia. Słuchałem jej uważnie, aż za uważnie, chociaż oczywiście udawałem, że to tylko kolejny bełkot z ambony wyznawczyni pseudorozsądku.
- Wiesz, liczby są świetne. Zwłaszcza do kontroli granicznych i robienia wrażenia na ludziach, którzy potrzebują cyferek, żeby wiedzieć, co myśleć. Tyle że ja nie zachowuję się „według wieku”, tylko według sytuacji, i najwyraźniej ten typ elastyczności absolutnie nie doprowadza cię do białej gorączki. To, co teraz mówisz, to zdecydowanie nie próba ustawienia mnie pod linijkę, tylko „dostosowanie do możliwości”, prawda. Brzmi niemal łagodnie, gdyby nie fakt, że cały czas mówisz do mnie jak do projektu badawczego, który nie spełnił normy. - Wzruszyłem ramionami, naśladując ją bez wstydu. - W dokumentach mam dwadzieścia sześć, w terenie mam doświadczenie, a w tej rozmowie mam cierpliwość na wyczerpaniu, jeśli to się nie zgadza, trudno, świat rzadko bywa symetryczny. A to, czy zachowuję się jak nastolatka czy jak stary buc, zależy chyba głównie od tego, jak bardzo ktoś próbuje mnie ustawić na tablicy poglądowej. - Spojrzałem na nią z tym samym bezczelnym błyskiem w oczach. - Toporny czy nie, jakoś funkcjonuję. Góry mnie jeszcze nie wypluły, ogień mnie nie zjadł, a wiedza praktyczna trzyma się mnie lepiej niż ty trzymasz te twoje obrazki. Może dlatego, że nie próbuję jej wtłaczać komuś do głowy na siłę. - Machnąłem dłonią niedbale. - Tak inteligentna osoba powinna wiedzieć, że zachowanie to kwestia warunków bytowych. W złych warunkach nawet najrozsądniejszy okaz potrafi zacząć piać o północy. - Wzruszyłem ramionami. - Ty na przykład mówisz jak wykładowczyni, a zachowujesz się jak ktoś, kto z premedytacją sprawdza, jak daleko może kogoś pchnąć, zanim ten się cofnie. Albo zanim zrobi krok w przód. To zabawne, wszystko, co mówisz brzmi dokładnie jak coś, co mówi się chwilę przed tym, jak zaczyna się wyliczać cudze ograniczenia punkt po punkcie. - Kącik ust drgnął mi minimalnie. - Brzmisz jak broszura informacyjna. Ładna, dopracowana, tylko trochę śliska w dotyku. - Przesunąłem ciężar ciała, nie cofając się ani o krok, bardziej z przekory niż z potrzeby.
- „Tolerancyjna i otwarta”. - Powtórzyłem, wolno, niemal uprzejmie, jakbym obracał w palcach kamyk, zanim nim rzucę. Uśmiech miałem krzywy, zbyt pewny siebie jak na kogoś, kto przed chwilą dostał po kostkach. - Jasne. Jasne. Tylko wiesz, gołąbeczki niby latają wszędzie, a i tak zawsze wracają do swojego gzymsiku, ale rozumiem, to pewnie ta elastyczność sytuacyjna, o której mówisz. - Wzruszyłem ramionami. - Ramy może i Cię nie interesują, ale linijkę trzymasz pewnie, przyznaj, że tak samo ochoczo pilnujesz, żeby nikt nie przestawił Ci klatki. Nie muszę cię nigdzie wsadzać, wystarczy mi, że sama co chwilę sprawdzasz, czy drzwiczki są zamknięte. - Wypowiedziałem to, jakby to była zupełnie normalna deklaracja, a nie próba wbicia jej kolejnego pazura.
- Mój instynkt? Jasne, bywa zawodny. Tak samo jak teorie ludzi, którzy „już coś widzieli”. Różnica jest taka, że ja biorę odpowiedzialność za błędy, zamiast chować się za cudzym doświadczeniem. Ty wolisz elegancko je cytować, to też wybór. - Przechyliłem głowę, spojrzenie miałem czujne, uparte. Jej metafory krążyły nad nami jak natrętne kruki, więc złapałem jedną w locie. - Teorie są świetne. - Przyznałem. - Do momentu, kiedy trzeba wyjść z klatki i przestać cytować podręczniki hodowli. Góry mają gdzieś wykresy i przypisy. Tu albo lecisz, albo spadasz. - Przechyliłem głowę, mierząc ją spojrzeniem, spokojnie, bez pośpiechu. Parsknąłem znowu, tym razem już bez rozbawienia, raczej z tym suchym dźwiękiem, który pojawiał się wtedy, gdy ktoś właśnie dotknął nerwu i najpewniej doskonale o tym wiedział.
- Muszę przyznać, że masz bogatą awifaunę w głowie i bardzo wysokie mniemanie o własnym gołębniku. Gratuluję. - Kącik ust mi drgnął. - Tylko wiesz, co jest zabawne. Te najbardziej „oblegane gołębice” zwykle najgłośniej muszą o tym mówić. Reszta po prostu robi swoje i nie liczy ptaków w kolejce. Gołąbeczki, które naprawdę nie potrzebują niczego udowadniać, zwykle nie wygłaszają manifestów o tym, ilu chętnych czeka w rezerwie, one po prostu odlatują. Ty stoisz w kurniku i tłumaczysz mi, dlaczego powinienem przestać trzepotać w twoim polu widzenia. Tylko że im dłużej ćwierkasz o tym, jak bardzo nie potrzebujesz uwagi, tym wyraźniej słychać echo. - Głos mi stwardniał, chociaż nadal mówiłem równo. - Młode ptaszyny zawsze twierdzą, że nie interesuje ich pióropusz, a potem i tak najdłużej pamiętają tego jednego. - Zawiesiłem głos na moment, znacząco, jakby to była tylko definicja z podręcznika, który ktoś mi właśnie wciskał do ręki.
- A co do kamuflażu… - Dodałem ciszej. Zatrzymałem na niej spojrzenie, dłużej niż było to konieczne. - Nie, to nie mój sport, gdybym chciał się przed tobą kamuflować, już dawno bym to zrobił. Jeśli jeszcze tu stoję, to nie po to, żebyś mogła triumfalnie notować, że kolejny kogucik zapiał zgodnie z przewidywaniami. - Wyprostowałem się, jakby to był gest dobrej woli, odchyliłem się minimalnie, dając jej przestrzeń tylko na pokaz. - Jak na kogoś, kto „ma gdzieś mojego ptaka”, poświęcasz mu zadziwiająco dużo uwagi. Najwyraźniej liczysz mi piórka szybciej, niż ja zdążę je nastroszyć. Nie jesteś taka nieprzezroczysta, jak ci się wydaje. Pod tą elegancją i racjonalizacją aż furkocze. Możesz udawać, że nie, ale ja nie mam cierpliwości do aktorek. Lubię wiedzieć, z jakim gatunkiem mam do czynienia, zanim uznam, że w ogóle warto mu sypać ziarno. - Uśmiechnąłem się lekko. - Spokojnie. Nie mam zamiaru zaciągać cię do żadnego gniazda, przynajmniej nie bardziej, niż ty próbujesz udowodnić, że absolutnie, kompletnie i całkowicie nie masz na to ochoty. Ja tylko patrzę, jak sama krążysz wokół jednego, bardzo konkretnego karmnika. - Zawiesiłem na niej spojrzenie, dłużej niż trzeba, zupełnie niepotrzebnie. - Szczególnie, że mówisz o tym wszystkim z taką pewnością, jakbyś naprawdę często opuszczała ten swój sterylny gołębnik. A coś mi mówi, że to raczej rzadkie migracje. - Przyjrzałem jej się uważniej, bez pośpiechu, w końcu to była część tej samej gry, w której oboje udawaliśmy, że nie chodzi o to, co oczywiste.

Oddychałem głęboko, trochę za głośno, śmiesznie nierówno, jakbym dopiero uczył się z powrotem podstawowych funkcji organizmu. Przekręciłem się  tylko lekko, tak żeby było nam wygodniej, by ciężar rozkładał się sensownie, a nie na jednym zdrętwiałym biodrze, a potem na chwilę zamarłem w tej pozycji. Adrenalina jeszcze we mnie huczała, więc mówiłem szybciej niż zwykle, trochę za gładko, jakbym próbował zagadać własne łomoczące serce, to było jedyne, co w tej chwili potrafiłem zrobić, żeby nie myśleć o tym, jak blisko było. Leżeliśmy w śniegu, obolali, żywi, a ja gadałem chyba głównie po to, żeby nie dopuścić do tej jednej myśli, że naprawdę mogliśmy tam zostać, i że świat mógł nie być jeszcze do końca pewien, czy już nas puścić, czy dorzucić poprawkę. Zaśnieżony grunt skrzypiał pod moimi plecami, noc była absurdalnie cicha po tym całym huku.
Uniósłem brew, wyraźnie szczerze zaskoczony, a potem prychnąłem cicho, tym krótkim śmiechem, który pojawia się, kiedy ktoś właśnie przestrzelił założenie. Akurat w tym trafiła kulą obok tarczy.
- Świece? - Reagowałem szybciej, mówiłem więcej i lżej, niż od wielu miesięcy, nawet tego nie analizując, jakbym coś nadrabiał. Przesunąłem dłoń po ramieniu dziewczyny, odruchowo, bardziej uspokajająco niż bohatersko, jakby ciało samo wiedziało, że teraz trzeba trzymać, nie puszyć się. - O, tu bym cię zaskoczył. To jeden z podstawowych rekwizytów w mojej robocie, to chyba mówi wszystko, lubię, jak nie gasną przy pierwszym podmuchu wiatru. - Uśmiechnąłem się krzywo, trochę zbyt żywo, bo wciąż próbowałem odsunąć od nas obraz śniegu zsuwającego się z góry. - Nie jestem obozowym kucharzem, to już ustaliliśmy. Jestem klątwołamaczem. Mogę rozpalić kolację przy świecach nawet w środku niczego i nie byłby to nawet romantyczny gest, tylko odruch zawodowy. Ogień kontrolowany, wiesz, kręgi, runy, rytm, nie ten od przypalania ptaków. Pieczęcie, znaki, zamykanie rzeczy, które nie chcą być zamknięte. W połowie moich zleceń stoję po kostki w wosku. Gdybyś zobaczyła, ile ich noszę, zmieniłabyś zdanie, mam ich zawsze więcej, niż potrzebuję, więc tak, do kolacji też potrafię je zapalić. Nawet równo. - Parsknąłem cicho, tym razem już bez zadziorów, bardziej zmęczeniem niż drwiną. Leżeliśmy w śniegu jak po źle zaplanowanym pikniku i naprawdę ostatnią rzeczą, na jaką miałem siłę, było budowanie mitu o sobie.
- Z tym ratowaniem dam, to… Nie przesadzaj. - Dodałem. Pociągnąłem nosem, czując zimno i adrenalinę, parsknąłem cicho, bo inaczej chyba bym się roześmiał albo zaklął, a nie byłem pewien, co byłoby bardziej na miejscu po prawie-śmierci. - Nie robię tego, żeby ktoś nie mógł mi się oprzeć, do tego wystarczy mi pięć minut w normalnych warunkach, prawda jest prostsza. Katastrofy mają tę wadę, że robią z ludzi legendy na kredyt. To raczej niski próg przyzwoitości. Jak już ktoś wpada w kłopoty w mojej obecności, to głupio byłoby udawać, że mnie tam nie ma. Tyle. Reszta to marketing. - Mruknąłem, ironicznie miękko, jakby cały mój wcześniejszy pazur został gdzieś pod tą lawiną. Poprawiłem nas bardziej odruchowo niż świadomie, tak, żeby ona mogła normalnie oddychać, a ja żebym przestał czuć, jak jej serce waliło mi w gardło.
- Fakt, planowanie przyszłości po jednej lawinie brzmi jak przesada. - Dodałem, tonem niby żartobliwym, niby nie do końca, z tym udawanym luzem, który ledwo trzymał się kupy. - Ale umówmy się, byłoby strasznie słabe, gdybyśmy po czymś takim wrócili do cywilizacji, skinęli sobie głowami i poszli w swoje strony, jakby nic się nie wydarzyło. - Wskazałem brodą w mrok, z którego przyszliśmy. - Poza tym - urwałem, odchrząkując, jakby to była najpoważniejsza analiza świata - masz ewidentnie do czynienia z kimś, kto ma talent do wyciągania ludzi z zasp. Śnieżnych, błotnych, życiowych. Byłoby mało rozsądne pozbywać się mnie przed wiosną. - Stwierdziłem lżej, drocząc się już zupełnie jawnie. - Na wiosnę są kałuże. - Ciągnąłem tonem quasi-wykładowym. - Też zdradliwe, potrafią być głębokie. Latem przedzieranie się przez pokrzywy, jesienią przez liście. Zimą już wiesz, cały rok pełen pułapek, patrząc logicznie, jestem wyborem podręcznikowym. Całorocznym. - Parsknąłem cicho, bo brzmiało to absurdalnie nawet dla mnie. - Zwłaszcza że czeka nas dłuższy spacer, a ja znam siebie. Potrafię być czarujący, da się we mnie zakochać, podobno. Przynajmniej na krótko, na odcinku od punktu A do punktu B. To wada zawodowa. Tragiczna sprawa, naprawdę. - Mrugnąłem, nawet jeśli mogła tego nie zobaczyć, bardziej po to, żeby odgonić obraz śniegu zsuwającego się nad nami, niż żeby naprawdę ją rozbawić. Leżeliśmy nadal blisko, za blisko jak na ludzi, którzy dopiero co się kłócili, i dokładnie wystarczająco blisko jak na tych, którzy prawie umarli razem. Odsunąć się teraz byłoby… Dziwnie.
Pochyliłem się nieco bliżej, głos obniżyłem do półszeptu, kumpelskiego, konspiracyjnego, mówiłem dalej, bardziej żeby utrzymać nas oboje w tym „tu i teraz”, niż dlatego, że wierzyłem we własne słowa.
- W sekrecie ci powiem, że w tym kurniku jest mnóstwo ptasich móżdżków, które tylko stroszą piórka, gdaczą, a w praktyce niewiele potrafią. Na ich tle wypadam naprawdę dobrze. Musisz mi na razie zaufać na słowo, bo jeszcze nie miałaś okazji sprawdzić empirycznie, ale… No, statystyki są po mojej stronie. - Wzruszyłem ramionami, nadal bardziej koleżeńsko niż zaczepnie. Odchyliłem głowę na śnieg, wpatrując się w niebo, gwiazdy wciąż wydawały się zbyt ostre. - Właściwie to, dobra. - Mruknąłem jeszcze, z tym suchym humorem, który przychodzi tylko po prawie-śmierci. - Oficjalnie zmieniam teorię. To nie był kurnik. To była kolonia lęgowa dla idiotów z ambicjami. - Nie zwróciłem uwagi na dobór słownictwa i na to, co powiedziałem między słowami - „była”, nie „jest”, ale przecież oboje wiedzieliśmy, że tam już nie wrócimy, bo nie było, do czego wracać, musieliśmy udać się w kierunku cywilizacji, tak mieliśmy większe szanse, niż czekając na to, kiedy ktoś z zewnątrz zauważy zniknięcie jednego obozu w samym środku dziczy.
- Jesteś inteligentna i zachowawcza. Jeśli faktycznie planujesz karierę w terenie, to jasne posunięcie. Doświadczony, zabawny, inteligentny, przystojny, lojalny facet stanu wolnego, bez zobowiązań, bez dzieci w siedmiu portach, to całkiem sensowne wsparcie. Mogę ręczyć słowem. - Uniosłem brew. - A że dobry w łóżku, długie ręce, długie nogi, długie… I umie cię ogrzać w każdych warunkach cywilizacyjnych… To już tylko miły dodatek. Nie pamiętam, czy wspominałem, że równie inteligentny, co atrakcyjny fizycznie. - Westchnąłem teatralnie. Zerknąłem na nią z dołu, nawet jeśli widziałem głównie zarys. - Patrząc na dzisiejszy wieczór, to zestaw całkiem… Kompatybilny z twoimi potrzebami. Przynajmniej w sytuacjach granicznych. - Uśmiechnąłem się krzywo, spojrzeniem uciekając w gwiazdy, bo łatwiej było żartować niż przyznać, że serce wciąż waliło jak oszalałe. - Wiesz, po czymś takim człowiek zaczyna być bardzo liberalny w kwestii klasyfikacji. - Głos miałem lżejszy, ironiczny, ale podszyty czymś niepokojącym. Parowało nam z ust, gwiazdy wyglądały jakby były bliżej niż zwykle, a ja miałem wrażenie, że mój mózg wciąż próbował nadrobić fakt, że jeszcze chwilę temu mógł przestać działać na zawsze. - Bywam wkurwiający, to fakt. Ty też. Wychodzimy na zero. Poza tym duży ptak, który potrafi naładować baterie w każdych warunkach cywilizacyjnych i fakt, że właśnie żyjemy, bardzo pomagają wybaczać mi okazjonalne zachowywanie się jak… Jak to było? Rozemocjonowana nastolatka. - Śnieg skrzypiał pod moimi plecami, oddech miałem głośniejszy niż zwykle, serce waliło jak oszalałe, a mimo to parsknąłem krótkim śmiechem, zanim zdążyłem się ugryźć w język.
- Wiesz co, przyznaję, trochę poniosła mnie wyobraźnia. Prawie-śmierć ma to do siebie, że nagle wszystko przyspiesza, to ponoć klasyczny objaw. Trauma, adrenalina, mózg robi skróty. Spokojnie. Nie mówię o gnieździe, patykach i wspólnym wysiadywaniu jaj. Raczej… Chwilowym zawieszeniu migracji. - Mruknąłem ironicznie, kręcąc głową i patrząc gdzieś w nocne niebo. - Jedna katastrofa rocznie brzmi jak bardzo rozsądny plan. Podpisuję się obiema łapami i jednym skrzydłem. - Jej zgoda zabrzmiała jak rozejm - oparła się wygodniej, a ja odruchowo objąłem ją ramionami, tak, żeby mogła oddychać, żeby śnieg nie wpychał się między nas, było w tym coś z desperackiej czułości, tej, która pojawia się tylko wtedy, gdy statystyka prawie się domknęła.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słuchając jej głosu, już mniej drżącego, to było kojące, jak powrót pulsu do normalnego rytmu. Poruszyłem ramieniem, nieświadomie przyciągając ją jeszcze odrobinę bliżej, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie.
- Myszołów. - Powiedziałem po chwili. Oparłem brodę o jej włosy, ostrożnie, tak żeby wciąż mogła swobodnie oddychać, chociaż nie do końca orientowałem się w tym, co robiłem, to był autopilot. Śnieg skrzypiał pod nami, noc była nienaturalnie cicha, bycie obok kogoś wydawało się najlepszym rozwiązaniem. - Wolałbym myszołowa niż sokoła. Mniej efektowny, za to uparty i długodystansowy. A sójki i myszołowy… - Zamyśliłem się na chwilę, patrząc w gwiazdy nad nami. - Potrafią się kręcić wokół siebie latami, podkradać sobie przestrzeń, obserwować się z drzew, naśladować swoje dźwięki. Jedna kradnie błyskotki i wszystko zapamiętuje, drugi nurkuje bez zastanowienia. To by nawet pasowało. - Przesunąłem dłonią po jej plecach, bardziej uspokajająco niż śmiało. - Albo możemy to uprościć. - Rzuciłem lżej. - Kruk i wrona. To brzmi jak rozwiązanie pośrednie, pasujące do tej całej naszej narracji. - Przesunąłem ramię tak, żeby było jej wygodniej, ciepło między nami robiło się coraz bardziej oczywiste.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (20801), Prudence Fenwick (15920)




Wiadomości w tym wątku
[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 14:58
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 17:30
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 18:19
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 19:19
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 20:17
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 21:07
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 21:37
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 22:33
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 22:55
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 00:58
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 01:46
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 03:40
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 15:38
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 18:55
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 20:26
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 01:18
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 16:53
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 23:37
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 19.12.2025, 19:32
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 20.12.2025, 17:18
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 00:07
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 22.12.2025, 19:23
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 23:34
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 23.12.2025, 14:24
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 24.12.2025, 01:03

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa