22.12.2025, 21:16 ✶
Domknięcie pewnego rozdziału na pewno było czymś, czego oboje potrzebowali. Zamknięcia, wielkiego napisu The End, który pojawi się tuż po tym, jak gruby materiał kurtyny opadnie miękko na deski sceny. Oboje grali w przedstawieniu, którego scenariusz nie został napisany ani w żaden sposób dogadany. Była to jedna, wielka improwizacja, lecz nawet te największe miały to do siebie, że kiedyś się kończyły. Czy właśnie tego dnia, 30 września, uda im się spleść scenariusze tak, żeby w końcu się zgrały a serca aktorów zabiły jednym rytmem?
Gdy patrzył na płomień świecy, który tańczył nieśmiało na bawełnianym knocie, naraz jego umysł cofnął się o kilka dni. Wbrew temu, co stało się z Londynem, kilka dni temu Rodolphus miał kolejny sen. Tym razem był to sen o śniegu. Przyszedł do niego nagle, jak nieproszony gość, wkradł się w jego umysł i rozsiadł się niczym zaraza, która miała zamiar dręczyć go od zmierzchu aż do świtu. Sen, który wtedy śnił, nie był takim zwyczajnym snem. Nie był też snem proroczym, jednak należał do kategorii snów, o których pamięta się jeszcze przez kolejne dni. Duże, leciutkie płatki śniegu spadały z nieba coraz szybciej, wirując wściekle w tylko sobie znanym tańcu. Powoli przysypywały wszystko - Pokątną, Horyzontalną, cały Londyn. Zasypały Ministerstwo Magii, zasypały szpital św. Munga. Zasypały mugolskie dzielnice, a śnieg nadal nie przestawał padać. Był biały, jasny, czysty. A jednak dusił ludzi. Pojedyncze leciutkie płatki zmieniały się w gęste, ciężkie zaspy, pod którymi ludzie nie mogli oddychać. Londyn już nie płonął - Londyn milknął na zawsze. Właśnie wtedy, gdy przedzierał się przez zaspy, wykrzykując czyjeś imię (nie pamiętał już, czyje), zobaczył płomień świecy. Taki sam jak ten, który miał obecnie przed oczami.
To wspomnienie uderzyło tak nagle, że nie dosłyszał stukotu obcasów Astorii. Drgnął dopiero w chwili, gdy ta wypowiedziała jego imię. Natychmiast wstał, odrywając wzrok od świecy.
- Miło cię widzieć - odezwał się miękkim, acz nieco nieprzytomnym głosem. Zupełnie tak, jakby Avery wyrwała go ze snu, chociaż zdecydowanie nie spał. A może śnił na jawie? Wyciągnął dłoń, ignorując obraz, który lewitował za kobietą, a następnie złożył na grzbiecie jej dłoni pocałunek. Krótki, ledwo wyczuwalny, książkowy wręcz. Tak samo książkowy jak kolejny gest, którym było odsunięcie Astorii krzesła, by mogła usiąść. Dopiero wtedy sam usiadł i swobodnie zawiesił wzrok na obrazie. Uniósł nieco brew. - Zdobyłaś oryginał?
Zapytał cicho, lekko przekrzywiając głowę w geście zaskoczenia. Po co - chciało się zapytać, ale zamiast tego po prostu spojrzał na Avery z mieszaniną niedowierzania i przyjemnego podziwu.
- Dziękuję. Chociaż nie jestem pewny, czy nie marnujesz go na mnie. Gdybyś postawiła obok oryginału kopię, nie potrafiłbym ich odróżnić - nie widział nic złego w tym, by przyznawać się do niewiedzy. To stanowiło siłę każdej w miarę inteligentnej osoby: przyznawanie się do błędów i uginanie karku przed niewiedzą. Podał jej kartę dań. Królowała tu kuchnia, którą można było nazwać fusion, aczkolwiek znajdowało się tu sporo klasycznych pozycji zarówno mięsnych, jak i tych wegetariańskich. Makarony, zapiekane dania, sałatki, no i oczywiście alkohole. Na nie Lestrange nie spojrzał, lecz nie musiał, bo zaraz obok nich pojawił się kelner z tacą, na której spoczywały dwa kryształowe kieliszki oraz czerwone, półwytrawne wino. Jeden z lepszych roczników, lekkie, idealne do większości pozycji z menu. Najpierw kieliszek wylądował cicho przed Astorią i takowoż wino zostało jej wlane jako pierwszej. Rodolphus nawet nie uniósł głowy. Planował zrobi to samo, co kiedyś z Victorią: umoczyć usta w alkoholu i nie prosić o dolewkę, bo zwyczajnie alkoholu nie lubił. Nie chodziło nawet o smak, a o to, co robił z umysłem. - Jeżeli jesteś otwarta na różne opcje, polecam makaron z cukinii w sosie. Jest delikatny, dobrze przyprawiony i to jedno z najlepszych dań tutaj.
I był bez mięsa.
Gdy patrzył na płomień świecy, który tańczył nieśmiało na bawełnianym knocie, naraz jego umysł cofnął się o kilka dni. Wbrew temu, co stało się z Londynem, kilka dni temu Rodolphus miał kolejny sen. Tym razem był to sen o śniegu. Przyszedł do niego nagle, jak nieproszony gość, wkradł się w jego umysł i rozsiadł się niczym zaraza, która miała zamiar dręczyć go od zmierzchu aż do świtu. Sen, który wtedy śnił, nie był takim zwyczajnym snem. Nie był też snem proroczym, jednak należał do kategorii snów, o których pamięta się jeszcze przez kolejne dni. Duże, leciutkie płatki śniegu spadały z nieba coraz szybciej, wirując wściekle w tylko sobie znanym tańcu. Powoli przysypywały wszystko - Pokątną, Horyzontalną, cały Londyn. Zasypały Ministerstwo Magii, zasypały szpital św. Munga. Zasypały mugolskie dzielnice, a śnieg nadal nie przestawał padać. Był biały, jasny, czysty. A jednak dusił ludzi. Pojedyncze leciutkie płatki zmieniały się w gęste, ciężkie zaspy, pod którymi ludzie nie mogli oddychać. Londyn już nie płonął - Londyn milknął na zawsze. Właśnie wtedy, gdy przedzierał się przez zaspy, wykrzykując czyjeś imię (nie pamiętał już, czyje), zobaczył płomień świecy. Taki sam jak ten, który miał obecnie przed oczami.
To wspomnienie uderzyło tak nagle, że nie dosłyszał stukotu obcasów Astorii. Drgnął dopiero w chwili, gdy ta wypowiedziała jego imię. Natychmiast wstał, odrywając wzrok od świecy.
- Miło cię widzieć - odezwał się miękkim, acz nieco nieprzytomnym głosem. Zupełnie tak, jakby Avery wyrwała go ze snu, chociaż zdecydowanie nie spał. A może śnił na jawie? Wyciągnął dłoń, ignorując obraz, który lewitował za kobietą, a następnie złożył na grzbiecie jej dłoni pocałunek. Krótki, ledwo wyczuwalny, książkowy wręcz. Tak samo książkowy jak kolejny gest, którym było odsunięcie Astorii krzesła, by mogła usiąść. Dopiero wtedy sam usiadł i swobodnie zawiesił wzrok na obrazie. Uniósł nieco brew. - Zdobyłaś oryginał?
Zapytał cicho, lekko przekrzywiając głowę w geście zaskoczenia. Po co - chciało się zapytać, ale zamiast tego po prostu spojrzał na Avery z mieszaniną niedowierzania i przyjemnego podziwu.
- Dziękuję. Chociaż nie jestem pewny, czy nie marnujesz go na mnie. Gdybyś postawiła obok oryginału kopię, nie potrafiłbym ich odróżnić - nie widział nic złego w tym, by przyznawać się do niewiedzy. To stanowiło siłę każdej w miarę inteligentnej osoby: przyznawanie się do błędów i uginanie karku przed niewiedzą. Podał jej kartę dań. Królowała tu kuchnia, którą można było nazwać fusion, aczkolwiek znajdowało się tu sporo klasycznych pozycji zarówno mięsnych, jak i tych wegetariańskich. Makarony, zapiekane dania, sałatki, no i oczywiście alkohole. Na nie Lestrange nie spojrzał, lecz nie musiał, bo zaraz obok nich pojawił się kelner z tacą, na której spoczywały dwa kryształowe kieliszki oraz czerwone, półwytrawne wino. Jeden z lepszych roczników, lekkie, idealne do większości pozycji z menu. Najpierw kieliszek wylądował cicho przed Astorią i takowoż wino zostało jej wlane jako pierwszej. Rodolphus nawet nie uniósł głowy. Planował zrobi to samo, co kiedyś z Victorią: umoczyć usta w alkoholu i nie prosić o dolewkę, bo zwyczajnie alkoholu nie lubił. Nie chodziło nawet o smak, a o to, co robił z umysłem. - Jeżeli jesteś otwarta na różne opcje, polecam makaron z cukinii w sosie. Jest delikatny, dobrze przyprawiony i to jedno z najlepszych dań tutaj.
I był bez mięsa.