22.12.2025, 22:57 ✶
Żyła daleko od domu od tak dawna, że pozostawało jej zaufać temu, co mówiła Victoria. No i tak poza tym… nawet przed tym rokiem, który spędziła w Paryżu – czy można było powiedzieć, że zauważyłaby dziwne zachowanie matki lub ojca? Nie była kimś tępym, nie potrafiącym połączyć łatwych w zauważeniu punktów, ale nie była też kimś bardzo spostrzegawczym. Będąc tego w pełni świadomą i celowo manipulując sytuacjami tak, żeby nie musieć niczego się domyślać, Primrose wychodziła z założenia, że wiele detali mogących potwierdzić jej teorię o kolaboracji, mogło jej zwyczajnie umknąć. Jej siostra za to utrzymywała się z prowadzenia śledztw. Nie musiała sięgać głową i oczyma wybitnym wieszczom, żeby Primrose miała ją za wzór kogoś o wyjątkowo czułej percepcji.
– Może to zabrzmi niestosownie w okoliczności tego, że spłonął nam dom… – zaczęła niepewnie, unosząc wzrok na przysmolony dach. Wczoraj, kiedy to wszystko stało jeszcze w ogniu, wyglądał tak źle, że bała się obejść budynek i zobaczyć jak wygląda z drugiej strony. Spodziewała się zobaczyć tam wielką, wypaloną dziurę w miejscu, w którym niegdyś znajdował się jej pokój. Czy to było możliwe, że mogła tam zginąć, gdyby nie uratował jej Bertie Bott? – Ale gdyby to była prawda, to chyba dobrze? Bo to by znaczyło, że ten cały Lord Voldemort nie ma obok ciebie nikogo, kto by o tym wiedział. Czyli wśród twoich znajomych nie ma Śmierciożerców? – Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak naiwne było to założenie, bo zwyczajnie nie potrafiła myśleć o świecie w kategorii takiej jak wojna. Jej głowa nie tworzyła scenariuszy, w których chciała kogoś zastraszyć jednocześnie ukrywając swoją tożsamość. No bo czemu miałaby to robić? Najgorszym co w życiu zrobiła, było udawanie na statku do Anglii jakiegoś Hindusa, żeby rozbawić znudzone, wyłożone na leżakach cnotki, które znała ze szkoły. Nigdy by nikogo nie zaatakowała, a co dopiero knuła jak zniszczyć mu życie, jak go ukarać, jak kogoś zniszczyć bez brudzenia sobie rąk i rzucania na siebie światła podejrzeń.
– Może to zabrzmi niestosownie w okoliczności tego, że spłonął nam dom… – zaczęła niepewnie, unosząc wzrok na przysmolony dach. Wczoraj, kiedy to wszystko stało jeszcze w ogniu, wyglądał tak źle, że bała się obejść budynek i zobaczyć jak wygląda z drugiej strony. Spodziewała się zobaczyć tam wielką, wypaloną dziurę w miejscu, w którym niegdyś znajdował się jej pokój. Czy to było możliwe, że mogła tam zginąć, gdyby nie uratował jej Bertie Bott? – Ale gdyby to była prawda, to chyba dobrze? Bo to by znaczyło, że ten cały Lord Voldemort nie ma obok ciebie nikogo, kto by o tym wiedział. Czyli wśród twoich znajomych nie ma Śmierciożerców? – Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak naiwne było to założenie, bo zwyczajnie nie potrafiła myśleć o świecie w kategorii takiej jak wojna. Jej głowa nie tworzyła scenariuszy, w których chciała kogoś zastraszyć jednocześnie ukrywając swoją tożsamość. No bo czemu miałaby to robić? Najgorszym co w życiu zrobiła, było udawanie na statku do Anglii jakiegoś Hindusa, żeby rozbawić znudzone, wyłożone na leżakach cnotki, które znała ze szkoły. Nigdy by nikogo nie zaatakowała, a co dopiero knuła jak zniszczyć mu życie, jak go ukarać, jak kogoś zniszczyć bez brudzenia sobie rąk i rzucania na siebie światła podejrzeń.