22.12.2025, 22:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2025, 22:59 przez Primrose Lestrange.)
Chociaż nawykła już do przepychu, jakim nieustannie obdarzała ją zamożna rodzina, Primrose nigdy nie oczekiwała od życia luksusów. Nie zarabiała przecież sama wybitnych sum pieniędzy. Nie przyniosła rodzinie żadnych innych sensownych korzyści – akademię ukończyła ledwo, nigdy nie została wybitną wynalazczynią ani pisarką, w uzdrowicielstwie mimo wielu starań była wciąż mierna w porównaniu z osiągnięciami innych. Z tego też powodu nie oczekiwała, że ktoś będzie ją wiecznie klepał po głowie i obdarowywał w nieskończoność prezentami. Praca na etacie, nawet jeżeli Lecznica Dusz nie była miejscem, w którym faktycznie chciała się znaleźć, miała być swego rodzaju wyzwoleniem. Wreszcie miała zarobić na siebie, kupić własne rzeczy za własne pieniądze, bo ostatnia praca… No właśnie. Zamiast wyzwolenia przyniosła jej wstyd. Nie dziwota, że ją matka wysłała na przymusowe nauki u babci.
Teraz wszystko miało się zmienić! Tylko, że nawet mimo wojny, Primrose naprawdę myślała, że wraz z powrotem do Anglii jej życie zmieni się na lepsze. Spalona Noc okazała się, na przekór jej pragnieniom, absolutnym dramatem. Może i nikomu z rodziny nic się nie stało, może i przetrwała to…
Ale już nic nigdy nie będzie takie samo. Dom, do którego tak bardzo chciała wrócić stał się pogorzeliskiem. Wszystkie jej pamiątki, wspomnienia, cały posiadany przez nią dobytek poszedł z dymem. Pieniądze, które chciała odkładać na własne mieszkanie korzystając jeszcze z dobrodziejstwa ojca, musiała teraz wydać na rzeczy pierwszej potrzeby. Prawie zapłakała się przy spotkaniu ze Śmierciożercą, który wtargnął do Lecznicy i narobił tam bałaganu i… Matulu, jak ona nienawidziła tej pracy. Naprawdę próbowała korzystać z teleportacji żeby się tam dostawać, bo ciągle ktoś jej mówił, że jest tam potrzebna, ale nawet kiedy ściągali ją tam inni uzdrowiciele, od razu wymiotowała. Musiała wstawać wcześniej, żeby poradzić sobie z żołądkiem, a później i tak chciało jej się permanentnie wymiotować, bo jak niby miałoby być inaczej? Przecież ludzie, którzy prosili o pilne terminy u hipnotyzera opowiadali jej o traumach, o bólu. Przychodzili tam z poparzonymi twarzami, opowieściami o widoku umierających w katuszach rodziców. A później niezręcznie mierzyli ją spojrzeniem, bo przecież nosiła nazwisko Lestrange.
Opowiadali jej o tym wszystkim, a później mimowolnie wiązali jej nazwisko z tą pożogą.
Gdyby tylko wiedzieli, że ona też straciła tej nocy niemal wszystko, co mogła, z wyjątkiem życia bliskich.
Zestresowana, najwyraźniej nie dobierała najlepiej słów. Nie zależało jej na tym, żeby przeprowadzać się akurat do kuzyna. Primrose chciała po prostu porozmawiać z kimś, kto nie obwiniał jej smutnymi oczyma za całe zło tego świata i nie musiała robić dobrej miny do złej gry. Z przykrością zauważyła, że takich osób miała w swoim życiu niewiele. Owszem, była Victoria, ale Victoria dosłownie walczyła tam z jakimiś okropnymi ludźmi w centrum pożaru? Nie dało się nie czuć przy tym przynajmniej odrobinę niezręcznie.
Pierwszym, co zobaczył Rodolphus kiedy drzwi przed nim roztworzyły się, były zmęczone oczy pełne nadziei. Było w niej jakieś takie zwątpienie – że może zaraz kuzyn opowie jej o tym jak to naukowcy z Ministerstwa walczyli tam z wrogiem cyrklami i probówkami z kwasem, ale teraz jeszcze była bezpieczna w objęciach, w które wpadła.
Niedopasowane do niej ubrania, które miała na sobie, ewidentnie należały do starszej siostry. Primrose ubierała się na biało, do tego los nie obdarzył jej krągłościami – w czarnej, lekko wiszącej na niej sukience wyglądała podobnie do młodszej Victorii, jednocześnie bardzo niepodobnie do samej siebie.
– Rudi – chlipnęła wciągając chłopaka do środka, kiedy tylko przestała obejmować go kościstymi rękoma – jak się cieszę. – Omal nie przytrzasnęła biednego skrzata drzwiami, bo była ślepa jak kret i go zwyczajnie nie zauważyła. – Przepraszam! Jeju, jakbym cię walnęła to bym nie spała przez pięć dni.
A później zmierzyła ich obu spojrzeniem pytająco.
Teraz wszystko miało się zmienić! Tylko, że nawet mimo wojny, Primrose naprawdę myślała, że wraz z powrotem do Anglii jej życie zmieni się na lepsze. Spalona Noc okazała się, na przekór jej pragnieniom, absolutnym dramatem. Może i nikomu z rodziny nic się nie stało, może i przetrwała to…
Ale już nic nigdy nie będzie takie samo. Dom, do którego tak bardzo chciała wrócić stał się pogorzeliskiem. Wszystkie jej pamiątki, wspomnienia, cały posiadany przez nią dobytek poszedł z dymem. Pieniądze, które chciała odkładać na własne mieszkanie korzystając jeszcze z dobrodziejstwa ojca, musiała teraz wydać na rzeczy pierwszej potrzeby. Prawie zapłakała się przy spotkaniu ze Śmierciożercą, który wtargnął do Lecznicy i narobił tam bałaganu i… Matulu, jak ona nienawidziła tej pracy. Naprawdę próbowała korzystać z teleportacji żeby się tam dostawać, bo ciągle ktoś jej mówił, że jest tam potrzebna, ale nawet kiedy ściągali ją tam inni uzdrowiciele, od razu wymiotowała. Musiała wstawać wcześniej, żeby poradzić sobie z żołądkiem, a później i tak chciało jej się permanentnie wymiotować, bo jak niby miałoby być inaczej? Przecież ludzie, którzy prosili o pilne terminy u hipnotyzera opowiadali jej o traumach, o bólu. Przychodzili tam z poparzonymi twarzami, opowieściami o widoku umierających w katuszach rodziców. A później niezręcznie mierzyli ją spojrzeniem, bo przecież nosiła nazwisko Lestrange.
Opowiadali jej o tym wszystkim, a później mimowolnie wiązali jej nazwisko z tą pożogą.
Gdyby tylko wiedzieli, że ona też straciła tej nocy niemal wszystko, co mogła, z wyjątkiem życia bliskich.
Zestresowana, najwyraźniej nie dobierała najlepiej słów. Nie zależało jej na tym, żeby przeprowadzać się akurat do kuzyna. Primrose chciała po prostu porozmawiać z kimś, kto nie obwiniał jej smutnymi oczyma za całe zło tego świata i nie musiała robić dobrej miny do złej gry. Z przykrością zauważyła, że takich osób miała w swoim życiu niewiele. Owszem, była Victoria, ale Victoria dosłownie walczyła tam z jakimiś okropnymi ludźmi w centrum pożaru? Nie dało się nie czuć przy tym przynajmniej odrobinę niezręcznie.
Pierwszym, co zobaczył Rodolphus kiedy drzwi przed nim roztworzyły się, były zmęczone oczy pełne nadziei. Było w niej jakieś takie zwątpienie – że może zaraz kuzyn opowie jej o tym jak to naukowcy z Ministerstwa walczyli tam z wrogiem cyrklami i probówkami z kwasem, ale teraz jeszcze była bezpieczna w objęciach, w które wpadła.
Niedopasowane do niej ubrania, które miała na sobie, ewidentnie należały do starszej siostry. Primrose ubierała się na biało, do tego los nie obdarzył jej krągłościami – w czarnej, lekko wiszącej na niej sukience wyglądała podobnie do młodszej Victorii, jednocześnie bardzo niepodobnie do samej siebie.
– Rudi – chlipnęła wciągając chłopaka do środka, kiedy tylko przestała obejmować go kościstymi rękoma – jak się cieszę. – Omal nie przytrzasnęła biednego skrzata drzwiami, bo była ślepa jak kret i go zwyczajnie nie zauważyła. – Przepraszam! Jeju, jakbym cię walnęła to bym nie spała przez pięć dni.
A później zmierzyła ich obu spojrzeniem pytająco.